niedziela, 6 października 2013
NAD BRZEZINKĄ
Za Boga, honor i ojczyznę (sanacja)
Płynęła niebieską wstążeczką z Głębokiego na północ, zataczała półkole, jakby chciała zawrócić. Przed folwarkiem dziedzica spiętrzała się, koło młyńskie obracała.
Rozlewiska na łąkach torfowych towarzyła, rozdziela wioski, w gniewie zalewa pola, porywała stogi i drewniane mosty, a spokojnie po zielonych masywach płynęla, gdzie dzikie gęsi i żurawie i czarne czaple kaczowały. .
Bajecznie zachodziło tam słońce,światełka, nad bulgoczaca topielą niby swietojanskie robaczki migotały –„to dusze pokutujące” mówiono. Prawosławni ziołami znachorek , gromnicą , a katolicy modlitwą przy kapliczce, od zagrod ich odpędzali .Dzieliła ona wieś na dobrych Polaków i złych kacapów.
Podróżny jadąc tam, ryzykował złamaniem karku; oddzielona od świata złą drogą, żyła niepisanym prawem. Za miedzę zaoraną orczykami walili, za dziewuchę sztachetami bili , kindżałem w bok, z nahajkami na zabawę szli. Samogon animuszu dodawał.
Zniewaga krwi wymaga –, wbijając nóż w plecy, syczał i uciekał w zmroku na drugi brzeg rzeki. Poharatanych znachorki leczyły, a ubitych na górce grzebano, obiecując zemstę.
Cmentarz drutem kolczastym prawosławnych od katolików rozdzielał, a, pod płotem – mogiłki nie chrzczonych. były.a
. Bolszewicy ich później pogodzili, z cerkwi i kościołów domy kultury zrobili, do kołchozów zapędzili.W tej wsi dziadek moj czterech synów miał, po hektarze ziemi dał, a młodszemu i kuźnię. Podkuwał konie, a wieczorami pod oknem piętnastoletniej ślicznotki grał na harmoszce, temu graniu zawdzieczam ten swiat..
Z kołyski wylazłem, na podwórku bawiłem się, a dzieci straszyły diabłami. Ze strachu trząsłem portkami. Nie bała się tylko głupia Frania, wroną jestem, mówiła, machała rękoma, krakała i leciała do rzeczki. Fornalom tyłek tam obnazala , a dziedzic śmiał się, „walcie ją jchłopy, nie żałujcie chamskiej żopy; bękarta powiła i dalej tam chodziła.
Wychodek za stodołą, muchy bzykają, sikać przeszkadzają, jak być czystym?Brudasa po czubki w nosie zanurzała w beczce, po desce do chaty wchodzić kazała, dzieci czystych chciała w izbie mieć. Po zachodzie słońca z pola wracała, pachniała pięciolistną koniczynką, na podłogę tatarak kładła, by pchły nie wpijały się w łydki i pocieszała, że wkrótce wróci tata z Łotwy. Skąd wiesz? – Kukułka wykukała, przytulała i szeptała kuku, wróci, wróci – powtarzałem, w jej objęciach zasypiałem.
Ale legowisko było na piecu, w szparkach pluskwy wielgachne, a suszone skóry baranie śmierdzą, a pod piecem kury gdakają i kogut pieje – jak spać?
A w dzień brat popłakuje, w błocie nogi packa, a pokrzywą po tyłku ja dostaję. Nie było sprawiedliwości!
Na pastwisku łaciata jęzorem kręci, jakby miała połknąć, ryczy i ryczy, płoszy żurawie i moje myśli rozprasza o ojcu. Zimą strasznie za nim tęskniłem, w śnieżnych zamieciach demony skowytały i lamowały w szyby. Skrzypiało łóżko, a braciszek krzyczał, duchy, duchy. Kiedy ojciec był, to buzię zamykał karceniem, ale łóżko skrzypiało, a mama jęczała.
Wiatr stuka w szyby, w izbie ciemno jak w kominie, a rogaci z ognistym jeziorem, jakby za plecami, a mama u innych pracuje.
Brat woła jeść, popłakuje i sika, z duszą na ramieniu czekam, a wiatr harcuje z diablikami aż komin drży! Przytulałem brata i szeptałem „Boże wróć nam mamę”.
Z belki wyzierali, skowytali, a może i po podłodze skakali, strach miał wtedy duże oczy. Wracała późno, zapalała gromnicę i tuląc nas, mówiła „to tylko wiatr, to tylko wiatr”. A on wdzierał się do chaty, gasił świecę. A zapałek już nie było. Ciemności egipskie pogrążały do snu. Drogi zawiane, jak przynieść naftę od Żyda? I w izbie nie zapłonęła lampa następnej nocy. Diabły w piecu rozdmuchiwały popiół, aż kur zapiał, a owca zabeczała. Wróciła z cepem na ramieniu, stawiła w kącie i bez słowa łożyła się do snu. I tak mijały tygodnie, u dziedzica harowała, drzewo na opał dawał Leśniczy liczy drewienka, a umizguje się do mamy – wszystko opowiem ojcu – straszyłem. Zimy, długie, mroźne i monotonne, jak ptaszka w klatce trzymały. Brak ciepłego obuwia nie pozwalał na śnieżne szaleństwo. Słyszałem tylko łupu, cup cup – trwała na wsi młocka.
Zmęczona gasiła świecę, szybko rozlegało się chrapanie, za oknem księżyc, wędrował po niebie gwiaździstym, rozniecał tęsknotę za jaskółką, co w oborze uwiła gniazdko w zeszłym roku, za ojcem, lepsze życie obiecywał.
Rano braciszek na karku, a mama na odrobkach długów u dziedzica pana.
Ciocia z koszykiem żurawin przyszła, buty zdjęła i na piec weszła nogi grzać. Pogadała, pogłaskała i poszła plotkować na wieś. W sieni owca szturchała burka, a Brat wołał me, me, Śnieżyca, wiatr wyje w kominie aż piec drży, a mamy nie ma, odrabia długi za sianokosy, orkę, za co jeszcze tak długo się męczy, a my głodni na nią czekamy?
Zamykam oczy i proszę, Boże wróć rodziców, a w oknach szyby drżą, mama wraca zmęczona, to tylko wiatr mówi, i modli o lepsze jutro, zapala świeczkę.
Kogut budzi rano, słonko z okna lód usuwa, biel za nim puszysta po horyzont, a brat sepleni „chcę tam lecieć”, i tak przemijał dzień za dniem. O zmroku piec stygł, a bies harce w kominie rozpoczynał. Latem w stodole spałem jak dziedzic w piernatach. Księżyc opowiadał bajki, a rankiem słonko budziło, biegłem na ryby, srebrzyły się w zasięgu ręki.
– Mamo, popatrz ile nałapałem – pochylała się nad koszykiem i szeptała – złowisz więcej jak tata wróci z Łotwy, – Wiesz, że wróci?– Cyganka wywróżyła – przytulała i powtarzała – wróci, wróci–
I tak płynęły miesiące smutne, aż długi pracą spłaciła, aż tata wrócił z Łotwy.
Minęło pół wieku,jak tam nad znów stanąłem, wody mętne płynęły, na ugorach wiatr kąkole roznosił, wycięte drzewa, osuszone moczary, został ino kamień, znajomy, spróchniałe krzyże na mogiłach przodków, ale dzieciństwo jak na dłoni zobaczyłem...
Ciepły majowy poranek, jasne barwy, niebieskie niebo i łaskawe słońce, do samej wody zwisały kiście odurzającej czeremchy, a wokół szczebiot ptaków i kumkanie żab. Przyroda śpiewała, czułem jej zielone serce, biło radością dla nas. Na błotnistych łąkach, otoczonych ścianą starych olch rozlegały się trwożne krzyki żurawi. Rzeka skręcała w ich kierunku. To wielkie i ostrożne ptaki, jak dopłynąć, by nie zobaczyły, szepnął? Leżąc na dnie łodzi, dotarliśmy do zwisającej czeremchy, ostrożnie uniosłem głowę na krawędź łódki i ujrzałem, szare z długimi szyjami baraszkowały, ale wyczuły nas, pomknęły w głąb bagna. Zamaskowani krzakiem cichutko płyniemy dalej, tam czarna czapla spacerowała, smutna jakoby skrzywdzona, powiedział ojciec.
Z powrotem łódź mknęła z prądem. Słońce wznosiło się coraz wyżej, rozlewając wokół błogosławione ciepło, poranną rosę na płatkach kwiatów suszyło, nad nimi unosiły się wielobarwne motyle i brzęczały pszczoły. Wysoko skowronek piosnkę nam dzwonił. Tato kocham ciebie. Ja też ciebie kocham synku – odpowiedział
Za parę miesięcy czołgi z czerwonymi gwiazdami zgniotły łódź.
Siedziałem na tym kamieniu wspomnień i czułem jakby ojca, do lasu dziedzica prowadził, barwny dywan liści i wrzosów szeleścił, borowików, podgrzybków zatrzęsienie, i do przymrozków rosną, same do koszyka wskakują – mówił ojciec Tato, jestem szczęśliwy, tyle grzybków, aż dech zapiera. Szczęście nie jedno ma imię – odpowiedział, gdyby ta chwila trwała latami byłoby życie koszmarne. Tyś szczęściem moim, rośniesz, poznasz las, usłyszysz jak bije jego serce, jak mech rośnie, wtedy zrozumiesz, że cząstką kruchą człowiek w przyrodzie jest.
Prawda ta dotarła po jego śmierci, ci co ich kochamy, odchodzą za szybko, ale we wspomnieniach do końca życia zostają – Widzę i słyszę matkę, ze snopkiem żyta stoi. Synku pomóż – woła, a chabry całują jej stopy, na dachu bociany klekoczą, a klony szumią, serce od tego bije niby dzwony modlitewne... Życie bez wspomnień – pustynią bez wody, wiosną bez kwiatów.
UŁANI
Przez wieś galopowali w pole las, a dziewczęta patrzyły im w oczy, machały chustami, spod kopyt unosiły się tumany kurzu, za rzeką siwa mgła w mgnieniu oka ich pochłaniała Z wrażenia zaniemówiłem, tyle żołnierzy we śnie nie widziałem! To ułani z Bierozwiecza, szukają szpiegów bolszewickich – wyjaśnił ojciec – wojowałem z nimi, kiedy ciebie nie było na świecie. Też zostanę ułanem, postanowiłem, bawiłem się w wojsko, na pastwisku krowy, zamieniałem w żołnierzy, na miedzy wydawałem rozkazy do ataku! Pochłonięty walką zapominałem o bożym świecie, a krowy wchodziły na łąkę dziedzica. Ręka ojca, mocno biła, wrzeszczałem: „więcej nie będę” i przestałem być pastuszkiem, ale bawiłem się dalej, kij był koniem, laska dziadka szablą. Cwałowałem nad rzeczką, w jej wodach poiłem bułanka, rówieśnikom mówiłem, że szpiegów łapię.– Zwerbuj ochotników – radził ojciec, brat się zgłosił pierwszy, lecz z kijka spadł, potłukł kolana, poszedł do cywila Mój szwadron, galopował przez wieś, wzniecając uśmiech dorosłych, śpiewaliśmy „heh, hej ułani chłopcy malowani...”. Gonili bolszewika, prawosławni i katolicy aż ksiądz zabronił zabawy, prawosławia to bolszewia – grzmiał; zabawa trwała mimo zakazu, aż do wybuchu wojny! Złapani bolszewicy do jamy po ziemniakach szli!
– Pilnujcie kresowych granic – mówił dziadek, jak korpus ochrony pogranicza śmigacie przez wieś, tylko nie biwakujecie u dziedziców, jak tamci, fornali czyścić kopyta koni waszych nie będą, a dziewuchy za mundurem biegną tylko sznurem, w stogach siana swawolą, a wy bosi i obdarci dla nich nic nie warci.
Prawdziwi ułani stacjonowali w klasztorze Bazylianów wzniesionym w siedemnastym wieku obok jeziora Wielkiego niedaleko miasta Głębokie. Tam Napoleon czterodniowy postój miał. Car za to wypędził zakonników, założył monastyr, a Polacy po wojnie bolszewickiej wtrącali tam do lochów komunistów, nacjonalistów białoruskich, naśladowaliśmy to w zabawie, związanych powrósłami bolszewików w jamie ziemniaczanej trzymaliśmy.
W 1939 roku enkawudziści w klasztorze gnębili dziedziców, Niemcy zrobili tam lagier, a obecnie więzienie wielkie białoruskie, obok niego pomniki zbrodni niemieckiej, a kto postawi obelisk zbrodni sowieckiej. Zginęło tam wiele dziedziców, osadników wojskowych, policjantów, leśniczych i sędziów zapytałem swego siostrzeńca z Głębokiego?
Na pewno nie Białoruś – odpowiedział.
Za sanacji W łapciach, podartej sukmanie kłaniali się dziedzicom,, ksiądz, wójt i dziedzic decydowali o ich losie. Kto nie katolik, to nie Polaka, pisały na szkolnej tablicy dzieci. Może za to tak okrutnie potraktował ich los, może za niegodziwość na Kresach Stalin zrobił im Katyń?
Ale ojciec mimo, że prawosławny, po ulicy z szablą paradował, a na Wielkanoc jechał z nią do cerkwi, na rękojeści siedem nacięć miała. Pewnego dnia zdjął ze ściany, uniósł błyszczący brzeszczot i rzekł, dzięki tobie na stole mięso mają bogacze, a biedni wszy za pazuchą, służ panu wiernie, a on ci pierdnie–, powiesił szablę na ścianie, pojadę zarabiać na chleb synku do Łotwy i na długo nas zostawił.
Córka osadnika wojskowego wtedy żoną chciała moją być, bułką z miodem namawiała do zmiany wiary, za taki rarytas dozgonną miłość obiecałem. Wspinała się na jabłonkę, śmiała się, machała różową wstążeczką i mówiła „wiem jak bocian robi dzieci”. Za te figle matka zamykała ją w kurniku, a brat bił kijkiem mnie, a pewnego razu z kamienia zepchnął do rzeki, woda znosiła w głębiny, krzyk usłyszał wujek, kosił trawę niedaleko, nieprzytomnego wyniósł na brzeg. Dzieciom prawosławnym nie wolno było się bawić z katolikami.
A jak wkroczyli bolszewicy, rozkułaczali rodzinę niedoszłej żony, zabrali krowy, mąkę i miód, stała przy płocie smutna i prosiła o kromkę chleba, a brat jej obgryzał paznokcie i płakał. Pewnej nocy wywieźli ich do łagru. Została na podwórku różowa wstążeczka i pies, skomlał, nie jadł i zdechł. Tak umierają prawdziwi przyjaciele człowieka, powiedział ojciec. Zakopałem go obok jabłonki, na której baraszkowała niedoszła żona Do nas też przyszli, zabrali szablę ze ściany, stukanie wiatru w szyby, ujadanie psa ogarniały trwogą, chleba razowy w daleką drogę suszyło się na piecu.
W 1941 roku oprawców powodzili Niemcy za druty kolczaste do tego łagru. Sprawiedliwości zadość się stało szeptały baby, a mama płakała. Czemu płaczesz?– nie rób tego co tobie nie mile, złe uczynki robił. Wybaczyć mu nie potrafią – odpowiedziała, znaczenia jej słów pojąłem dopiero znacznie później, za kratkami.
Do końca życia cicha i pokorna, serca nam połączyć z rozumem usiłowała, ale los nas naznaczył cierpieniem, a teraz rozum to za mało, serce stygnie, a pocałunek śmierci bliski. Cześć twej pamięci, mamo moja droga. Zycie jak ziarnka maku z dziurawego worka leci, leci, a nie doceniają tego tylko dzieci, chcą być dorosłymi.
TYLKO ONA ZOSTAŁA
Po wojnie polsko–bolszewickiej nie było pracy. Ojciec na Łotwie zarobkował, listy od niego rzadko przychodziły, czytał jej szlachcic na drugim brzegu rzeki. Analfabetką mama była, szła przez rwąca rzekę w zębach z listem, w rękach podkasaną spódnicę trzymała, a on wołał „wyżej podnoś ją, bo nic nie widzę...”. Na kamieniu czekałem na jej powrót.
Rybki płynęły pod prąd. „Dlaczego tak płyniecie” pytałem, machając nogami w wodzie? Z czerwoną twarzą i rozdartą bluzką prowadziła mnie do domu, ocierając łzy. Czego beczy, zastanawiałem się, była zła jak osa.
Spod nóg uciekały nam zające, a bociany brodziły po mokradłach, nie zwracając na nas uwagi, szykowały się do odlotu.. Żałowałem, że nie jestem boćkiem, pofrunąłbym do taty!
Czy można się urodzić bocianem? „Ależ masz we łbie pokręcone, czysty tatuś” sarkała i przyśpieszała kroku. W domu ciocia z małym braciszkiem czekała na nasz powrót. Mama doiła krowę; w drewnianych miseczkach dawała mleko, a potem w ogrodzie zbierała do fartucha ogórki.
A ja w podwórkowej kałuży zamieniałem w bociana brata, malowałem mu błotem skrzydła i kazałem klekotać, darł się mamo, mamo! Lanie pokrzywą po gołym tyłku za to miałem.
Na wsi szeptano, że porzucił nas ojciec, mama popłakiwała i wycierała chustką łzy. Sama pracowała w polu, brat ojca nie pomagał, żona zwariowała mu przy wykopkach i musiał ja pilnować.
Biegała naga, stukała w okna, w nocy krzyczała, pole im zarastało chwastami. Nie chodzili do łaźni, wszy pełzały po włosach, a nogi upaćkane błotem. Mówiono, że od tego zwariowała.
Wszyscy wtedy niedomyci chodzili boso do późnej jesieni, a buty od święta i do miasta mieli, po deszczu podwórko tonęło w błocie. Do izby wchodziło się po desce, brodziłem jednak po błocie, udając bociana, a brat klekotał, wymachując rękoma i znów było tęgie lanie.
Żałowałem jednak mamy, w łóżku wzdychała smutno i płakała. Nie płacz, nie płacz – prosiłem, siedząc z chorym braciszkiem na piecu, czułem jak mu w piersiach charczy.
Brzuch mamy powiększał się. Czemu robisz się gruba? Zapytaj o to ojca, sarkała i wypędzała na łąkę zbierać szczaw na zupę, a tam baby szeptały, że urodzi bachora. Zbierałem szczaw i rozmyślałem o niezrozumiałym życiu dorosłych. Szlachcic umie pisać i czytać, a analfabeci z wszami za pazuchą boso chodzą i kłosy żyta zbierają na jego rżyskach.
W polu pomagałem mamie wiązać i stawiać snopki w kopki. W rzece za to nacierała mnie tatarakiem, długie włosy wiatr zarzucał jej na twarz, baraszkowała w wodzie, łaskocząc pod pachami, a na brzegu, unosiła w górę ręce, a woda spływała wzdłuż ciała i wsiąkała w nagrzany piasek. Siedziałem obok niej, długimi włosami zakrywała brzuch i śpiewała o rozłące, miłości; piosenka jakby na skrzydłach tęsknoty do ojca leciała. „Mamo, ktoś na drugim brzegu”, mówiłem, widząc skradające się cienie. Wtedy rękoma zasłaniała piersi i prosiła „podaj spódnicę”. To fornale od szlachcica, zwabieni śpiewem podglądali, a mama była najpiękniejszą kobietą w okolicy i chłopy na nią wszędzie łypali.
Wieczorem na ganku też śpiewała takie piosenki, sąsiedzi spoglądając na gwiazdy, wtórowali jej! Błądziłem wzrokiem po niebie, szukałem szczęśliwej gwiazdy, o której śpiewała, a piosnka biegła po łąkach za wzgórza i rzekę, wyobraźnią leciałem za nią, szukałem swojej gwiazdki. Z gwiazdami najlepiej bez słów, w cichej zadumie być, zapalają się ponoć niektórym w sercu. „Pod szczęśliwymi rodzą się tylko bogaci, a tacy jak my muszą na nie mozolnie zapracować”.– tłumaczyła.
Stałem obok niej i machałem do nieba rękami, a ona śpiewała, „tam mnóstwo gwiazd i nikt nie policzy, a u nas pełno goryczy”. I chciałem z piosenką jej pofrunąć do ojca, powiedzieć, jak smutno i głodno bez niego nam żyć.
Wieczór pachniał skoszoną trawą, a gwiazdy siadały na rzęsach i liczyły moje marzenia, oświecały ojcu drogę do domu. Mamo, nie płacz, tata wraca, budząc się, wołałem i biegłem do jej łóżka.
Już tamte gwiazdy zgasły, świecą tylko ich wspomnienia, a marzenia wciąż trwają. A jeśli do prawdy, do szczęścia droga daleka, to chwała prorokom, co wiodą w krainę marzeń człowieka. Bez marzeń życie byłoby żałosne, cmentarne. I gdy serce i uczynki mieć pod kontrolą, to i gwiazdy betlejemskiej nie trzeba.
BEZ OJCA
Na podwórkach ostrzono kosy i sierpy, a na polu złociły się kłosy, i pachniały chlebem. Wyłuskiwałem z nich ziarna i zjadałem, popijając zimną wodą.
Z pierwszych snopków wymłócę cepem ziarenka, w żarnach zamienimy je na mąkę. Nie będziemy już głodować synku – pocieszała. Sierp w jej w dłoniach świstał niby kosa. Nie nadążałem stawiać snopki w kopki. Póki słonko świeci to poletko oprzątniemy. Tak mamo, musimy, i stawiałem snopki w kopki większe od siebie. Pierwsze gwiazdy na niebie prowadziły nas do domu. I tak przemijał dzień za dniem, aż na polu zostały same rżyska.
Dreptałem z matką do domu i myślałem o kromce obiecanego chleba. Od rozlewiska pełzła siwa mgła i zakrywała bose stopy. W rzeczce pluskały się ryby i jakoby zachęcały do kąpieli.
Odpoczniemy nad brzegiem, powiedziała i rozwiązała warkocze, a wiatr rozczesywał je, łaskotał po twarzy, szorowała plecy tatarakiem i myła nogi, a na kamieniu śpiewała smutnie, po policzkach płynęły łzy. „A do ojca daleko?” – pytałem. „Nie wiem gdzie ta Łotwa” odpowiadała, wycierając twarz chusteczką.
Mamo, ktoś jest za krzakiem, zasłaniała piersi i mówiła podaj spódnicę. To fornale szlachcica, zwabieni śpiewem, podglądali nas. Podążaliśmy do chaty, spod między uciekały zające, a bociany udawały, że nas nie widzą. Który przyniósł mnie, tamten z brzegu, największy? – zapytaj ojca jak wróci, i palcem wskazała zarośnięty piołunem dół, nie wchodź tam – Dlaczego?– Dusze nie chrzczone pokutują, zarąbano ich tam w potyczce nad rzeczką.
Kiedyś wskoczyłem, a jak wyłaziłem, liście zawirowały, jakaś siła uniosła i rzuciła na ziemię. Z rozbitym nosem i pełnym portkami biegłem do domu. „Śmierdzisz jak borsuk, wykąp się w rzece” karciła mama. W nocy zakrywałem głowę kołdrą, ale czułem niechrzczonego, jak unosi w górę i rzuca na ziemię, uciekałem do łóżka matki, ojciec dopiero później rozwiał lęki. Powietrzne trąby a nie duchy tam harcują, mimo to miejsce to omijałem na kilometr.Życie toczyło się w kręgu: dom, pola, stodoła i niebieskooka rzeczka. Taskałem z niej wodę w drewnianym kubełku, rozlewała się po nogach, prosiłem „Boże, pomóż nam"! Ale on milczał. Za kominem świerszcz cykał, na strychu gruchały gołębie, a mama pracowała poza domem. „Nie płacz, tata wróci”.– pocieszałem braciszka i dawałem łyk tej wody.
Wioskę od wielkiego dzwonu karetą odwiedzał dziedzic z żoną, rzucał cukierki bosonogim dzieciom.
Silniejsi wyrywali z rąk i przezywali bachorem, bo ojca nie miałem. „Wrócę za rok” pisał, w bród z listem w zębach, z zawiniętą spódnicą szła do szlachcica. Na kamieniu czekałem na jej powrót, zastanawiałem się, dlaczego bogaci umieją czytać i pisać, a ojciec w kuźni Łotysza, od rana do wieczora walił młotem w kowadło?
Z potarganymi włosami, w milczeniu wracała, a on wolał „przyjdź jutro, napiszemy list do mężusia”. Mocniej ściskała moją dłoń i krzyczała „śmierdzący stary wieprzu!".
Mijały miesiące, jesień chodziła po brzegach rzeki i kładła pajęczą sieć na trawie, kwiatach i gałązkach jarzębiny. Kropelki rosy błyszczały na nich jak łzy w oczach mamy, a listy rzadko przychodziły, czytał jej dalej szlachcic, szła z podkasaną spódnicą, a on wołał wyżej podnoś, nic nie widzę.. Na kamieniu czekałem, machając nogami w wodzie, wracała do domu ocierając łzy Spod nóg uciekały jak zwykle zające, a bociany, szykowały się do odlotu.. Żałuję, że nie jestem boćkiem – pofrunąłbym do taty!– można się urodzić bocianem?– Masz we łbie pokręcone, czysty tatuś, sarkała i przyśpieszała kroku.
W domu doiła krowę, w drewnianych miseczkach z pokruszonym chlebem jedliśmy, w ogrodzie zbierała do fartucha ogórki, a ja w podwórkowej kałuży brata zamieniałem w bociana, malowałem błotem skrzydła i kazałem klekotać, darł się „mamo, mamo!”. Lanie pokrzywą po tyłku miałem tęgie. Na wsi szeptano, „porzucił ich ojciec, mama smutna z pola wracała do chaty, a naga wariatka, stukała w okna, krakała, udając wronę. Nie chodziła do łaźni, wszy pełzały po włosach, a nogi upaćkane błotem”. Mówiono „zwariowała z lenistwa i brudu”.
Wszyscy chodzili boso, a buty od święta i do miasta mieli. Podwórko po deszczu tonęło w błocie – do izby po desce się karaskało. Mama wzdychała, trzymając się oburącz za brzuch. Czemuś gruba?
„Zapytaj ojca” sarkała i wypędzała na łąkę zbierać szczaw, a tam baby szeptały, że urodzi bachora.
Stawiałem snopki i gapiłem się na jej brzuch, wycierała spocone czoło i sierpem znów machała, nachylając dłonią złociste kłosy. W rzece nacierała mnie tatarakiem, włosy jej nurzały się w wodzie, oplatały łydki, unosiła w górę ręce, a woda spływała wzdłuż ciała, śpiewała rzewne, piosenki. Mamo, ktoś się skrada, zasłaniała piersi i prosiła : podaj spódnicę, najpiękniejszą kobietą w okolicy była i chłopy na nią łypali.
Czasami na ganku też śpiewała, sąsiedzi wtórowali jej, a piosnka leciała po zamglonych łąkach: „biednym wiatr w oczy wieje, a goryczy nikt nie policzy”.
Stałem obok niej i machałem do mrugających gwiazd. Wieczór pachniał skoszoną trawą.– Mamo, tata wróci?
Ku sobie garnęła, w ramionach unosiła do gwiazd, i szeptała „wróci, wróci”. Wołałem „tatusiu, wróć” zające spod nóg zmykały, a Bóg był głuchy!
A baby trajkotały: „ojciec znalazł Łotyszkę,”. I nikt nam w tej biedzie nie pomógł.
W ŁAŹNIACH
Ciotkę Anię nazywali czarownicą, bo nie miała dzieci. Chodziłem z nią do łaźni, nacierałem plecy tatarakiem, a ona chłostała witką brzozową, a gorąca para usta zatykała. Biegła do rzeczki się ochłodzić, a bezzębne baby rechotały „jałowa krowa, na dziewczynki rzuca uroki, bociany im dzieci nie przyniosą”.– Dlaczego nie przyniosą? – pytałem mamy.– Dorośniesz, to się dowiesz.
Ale urodziła trojaczki, baby gdakały, że to cud, a mąż z radości popijał bimber i grał na bałałajce.– Korzeń tataraku to sprawił, szorowałem jej nim plecy – opowiadałem chłopcom.
– A łasiczkę między nogami też? Nawet zwisające cycki starej znachorki wodą oblewałem.– Za dużo paplasz na wsi, pójdziesz do wujka, tam nowa łaźnia łaźni – zadecydowała mama.
Pod lasem stała, pachniała żywicą. Kamienny piec rozgrzeliśmy sosnowymi drewienkami, borowiki z siostrzeńcem na nim piekliśmy i zajadając, baraszkując, czekaliśmy na domowników.
Słońce chowało się za lasem, a wchodzili do bani, ciotka, wujek z dorastającą córką Tamarą, miotełkami okładaliśmy się nawzajem. Tamara jak ciocia Ania biegła do zimnej wody, mgła zasłaniała jej pupę. „Złap mnie” wołała. Z rozpuszczonymi warkoczami w stawie wyglądała jak rusałka z baśni...
W stodole na sianie spanie, bratanek chrapał i puszczał bąki, a ona gładziła moją ręką łasiczkę i wierzgała nogami, rozrzucając siano, a potem westchnęła, odwróciła się pupą gorącą jak ten piec w łaźni i powiedziała „mam piętnaście lat”. „A ja jedenaście” odpowiedziałem. Korzeniem tataraku zrobiłem dziecko cioci.
Śmiała się, „jutro pokażę, czym się robi” i znów zaczęła wierzgać nogami. „Mocniej dłoń przyciskaj” prosiła, „do gwiazd lecieć chcę”. Leżałem osłupiały, powoli zapadałem w senne marzenia, słońce i gruchanie gołębi zerwało nas z legowisk, na stole skibki chleba i świeże mleczko od krasuli czekały.– Z kim chcesz iść na grzyby? – pytała ciocia.– Ze mną – powiedziała Tamara.
– Uważaj na cygankę, żebyś znów nie narobiła wstydu!– ostrzegała, grożąc palcem.
Biegliśmy do lasu, skoszona trawa pachniała, bociany brodziły w torfowisku. „Który bocian przyniósł ciebie” zapytałem. Ten co siedzi w spodniach ojca, śmiejąc się dotknęła mojego ptaszka i wepchnęła do stawu, sama też wskoczyła. „Nauczę miłości cygańskiej” mówiła. Na brzegu okrakiem po mnie skakała, wołała wio, wio. „Nie bój się, to cygańska zabawa” wkładała moją rękę między uda, jak w imadło. „Nie wyciągaj” prosiła i tobie zrobię dobrze. I drżała jak skrzydełka skowronka, a potem prowadziła w żyto, „tam nikt nie obaczy” – mówiła. Naga wśród chabrów wgniatała mnie w miedzę. I kiedy odsapnęła, uczyła zabawy „ty mnie, a ja tobie”.
U cyganów od dziesięciu lat tak się bawią i wędrowała niżej pępka, aż usta gorące wessały mnie i zamieniły w chabry i śpiew skowronka. Jeleń na skraju lasu porożem machał, dzięcioł pukał w sosnę, a usta zanurzały w bajeczne rewiry... Szeptała, całuj jak cyganka, pachniała poziomkami i zielem i, słońce chowało się za drzewa, a twarze nasze były blisko.– To pożegnanie, jutro przyjedzie ojciec po ciebie. W milczeniu wracaliśmy, grzyby w koszyku pachniały. Gładziła mnie po plecach.– Długo was nie było. Cyganka napatoczyła się? – zapytała matka.
–Szukaliśmy jajek czarnej czapli – odpowiedziałem, kłamiąc jak z nut. Zuch z ciebie, pochwaliła.
Jechałem do domu, łaźnia chowała się za wzgórzem, mgła pełzła po łąkach i jakby zasłaniała siostrzenicę. Gońcie mnie, dolatywał jej głos do moich uszy.
Cygańskie zabawy zrywały ze snu, co ci jest, pytał ojciec? Skowronek nad miedzą śpiewał, odpowiadałem.
Za okupacji partyzanci ich szabrowali, przymierali głodem, wujek z dziećmi ziemniaki zbierał w majątku ojca na zimę. Pewnego razu niosłem im żywność, ale w lesie zabrali, przybiegłem z pustym koszykiem, ciocia przędła na kołowrotku. – Zanocuj, będzie raźniej – powiedziała.
Ujadanie psa, stukanie w drzwi zerwało nas ze snu. Otwierać, rozlegał się groźny rozkaz. – O Boże – jęknęła ciotka – to Akowce.
Do mieszkania wdarli się jak burza.
– Zapalaj lampę!
– Nie mam – powiedziała ciotka
– Ty suko prawosławna! – krzyknął dryblas w skórzanej kurtce, przyciskając pistolet do piersi – zapalaj świecę!
Postawili ją na stole, a mnie wepchnęli na piec i kazali cicho siedzieć. Rozbieraj się, jeśli chcesz żyć! No, no wstydzi się, piersi zasłania, a w lesie pod mężem rży jak kobyła, partyzantów budzi. Pchnęli na łóżka i wchodzili jeden za drugim. Płakała i prosiła nie róbcie tego, nie chcę.. nie!
Potem tylko jęczała... No widzisz daliśmy ci masła z chlebem – odchodząc powiedział ten w skórzanej kurtce, jak nieżywa leżała, a krople potu spływały jej z czoła. Gromnica powoli gasła, nie mogłem zasnąć! Kiedy się obudziłem stała w nowej sukience z czerwoną kokardką we włosach. Na stole gorąca zupa ze szczawiu i moje ulubione grzyby, jedz zachęcała. Przytuliła i gładząc po głowie prosiła: „nikomu nie mów o tej nocy, proszę cię syneczku...". Dobrze ciociu, nie powiem.– Jak było z partyzantami u cioci? – zapytał ojciec.
Wypaplałem w szczegółach. Wujek porachował jej kości, długo chodziła z opuchniętą twarzą, wyjeżdżając do Polski, wstydziłem się pożegnać.
W 1957 roku mama ich odwiedziła. Ciotka z wujem pracowali w kołchozie, siostrzeniec był brygadzistą, lasy wycinał, umarł od wódki, a Tamara urodziła córkę. Partyzanci ją dorwali w lesie i trzymali kilka tygodni, wróciła do domu ledwie żywa. Na fotografii, jej córka podobna do matki z tamtych lat, że zapach chabrów ogarnął, a kłosy zbóż zaszumiały. Gruba i brzydka baba z gromnicą to dziewczynka z huśtawki. Okrutny czas, szpeci nas, tylko wspomnienia młode zostawia.
ZA STODOŁĄ ZACZĘŁO SIĘ...
Za stodołą załatwiano potrzebę, rozglądając się na strony. Mimo to kiedyś natknąłem się na babę. – Podejdź bliżej – rozchylając grube uda, mówiła. Matka ma ładniejszą? – pytała.
– Wejdź pod spódnicę – zachęcała, kiwając palcem. Wystraszony uciekłem z potrzebą w portkach. „Śmierdzisz” wrzeszczała matka. I do rzeczki kąpać się gnała.
Opowieści, co pod spódnica baba mieści prawiłem starszym chłopakom, a oni machali siurkami, rozdziawione gęby sztywniały, a potem za krzaków kąpiące się dziewuchy podglądali, maluchy w dłoniach rosły, a twarze czerwieniały.
Naśladowanie i podglądanie starszych, było modne, w ciasnych izbach nie mogli ukryć grzesznej swawoli, drewniane łóżka skrzypiały, budziły ze snu. Kochali się w oborze, w stodole. Na włosach siano, na twarzy rumieńce, wiadomo, że była miłość, ojciec, pot z czoła ścierał rękawem, zapinał guziki. Obejmowali się na ganku, matka przynosiła harmonię, siadała obok niego i koncert na całą wieś, piosenka leciała aż do nieba, wpatrzone w ojca oczy błyszczały niby gwiazdki dwie, a dłonie gładziły mu plecy.
Zabawową żonę miałem, siostrę kolegi. Po hucznym weselu w ogródku, nocy poślubnej nie chciała, schowała się w stercie siana, a kiedy wyciągnęliśmy, ledwie zipała! Smagając pokrzywą po tyłku skłonił do posłuszeństwa. Ze łzami w oczach zdjęła sukienkę i położyła się na sianie. No to kochajcie się – powiedział i pobiegł do swojej, w stogu słomy też piszczała od pokrzywy, starszy ode mnie umiał posłuszeństwa uczyć.
Weselisko nie uszło płazem, od pasa tyłki długo bolały. Kobiety pochylone nad sierpem, wiatr spódnice im zadziera, a za miedzą sprzeczki, czyja ładniejsza pupa, siostry, czy matki? Cioci ładniejsza – wołał któryś, w łaźni ją gładziła i siurkiem się moim bawiła, przekomarzanki zamieniały się w kuksaniec, z podbitym okiem wracali do domu.
Zabawa – chowanie sukienek nad rzeczką, ach co to za widok był!
Wyskakują z wody golaski, tyłeczki w słońcu. Jak bochny chleba, szukają kiecek, popiskując...
A jak zobaczą i powiedzą rodzicom? Mnie jeszcze boli tyłek – mówiłem. Nie bój się, miedza wysoka, nie podnoś głowy, a jednak zobaczyły, długo nie mogłem usiąść na cztery litery. Ręka ojca, kowala była szczodra.
– Ciekawość do piekła prowadzi – straszyła matka, ale nie powiedziała, że zakazany owoc najbardziej smakuje, a wychowanie biciem uczy konspiracji. Nie ma tego złego co na dobre nie wyjdzie, podglądanie trwało.
Nauczycielkę kokosił kierownik na biurku – widok przez dziurkę od klucza jak na dłoni! Afera na całą szkołę wybuchła.
– A jak ojciec się dowie? – zadawałem trwożne pytanie.
Skończyło się na spowiedzi, ksiądz sapiąc, wymuszał szczegóły – od a do zet i pokutę na koniec walnął sto zdrowasiek – odmówić głośno i podał spoconą dłoń do ucałowania. Klepałem zdrowaśki na leśnej polanie, a sarny hasały obok w miłosnych zalotach.– Odprawiłeś pokutę?– Tak, proszę księdza. – To dobrze, zastaniesz ministrantem i połaskotał po brzuchu, aż mrówki do pięt poleciały.
Teraz satelity podglądają nawet robaczki świętojańskie, a dzieciom nadal nie wolno podglądać dorosłych, bo to grzech...
Hipokryzja stróży moralności od wieków trwa. Sędziowie w Starym Testamencie nagą w kąpieli podglądali i włos z głów nie spadł, a Kopernika, Galileusza i Bruno za podglądanie nieba karcono srogo. I to się nazywa sprawiedliwość?
Ciekawość i marzenia torturują, karami uczą co wolno, a co grzech, wychowują tak na posłusznych roboli co pójdą, ginąc za ich wartości.
Kiedy ministrantem byłem, a matka się cieszyła, że ksiądz będzie w rodzie i bida nas nie ubodzie –tak nie myślałem, ale jak klechę zobaczyłem z fujarką kolegi w ustach i jak potem swoją wtykał mu w buzie. Wtedy wino mszalne wypiłem, nasikałem do butelki, podarłem komżę i czmychnąłem z zakrystii na zawsze.
Matka dawała na msze, by syn wrócił na łono kościoła, a on szedł już swoją drogą usłaną cieniami, ale z bogiem nie rozstawał się. Zakonnik w celi więziennej, zdradzając tajemnicę spowiedzi, ubowcom pomógł go zgubić.
Krwawe dzieje biblijne, inkwizycje, walka kościoła z ruchem postępowym, księża na latarniach i pieśń Warszawianka – to nieliczne fakty odrazy do kleru – przekonały, że tam gdzie szukałem Boga, są tylko narzędzia zniewalania umysłów i mamona.
To co można nazwać Bogiem, drzemie we mnie. I wierzę, że to odnajdę, bez tego życie – to wiosna bez kwiatów!
Modlitwa niby opium, zniewalała drogę do siebie i dlatego zadaję teraz wiele pytań.
Jak Boże z miłością twoją?!
Maluczkich dręczą i zabiją, a możnowładców, łotrów na ołtarze wznoszą, tak budują wartości chrześcijańskie?!
Rodzice u bogobojnych dziedziców i okupacyjnych zbirów tyrali. Modliły się łzami, rozpaczą, głodem i chłodem, głuchy, niemy, ślepy byłeś Boże wszechmogący! Nie pomogłeś jak przyjaciele topili w łyżce wody, jak inni ginęli z imieniem twoim na ustach, a moje oczy to widziały, a strach gardło dusił... Kości poległych za ciebie Polaków nie mogą policzyć, a ty ręce zacierasz z radości?
Umiłowałeś nas jak Joba?
Z diabłem pakt zawarłaś, by miłość na próbę dać?
Klejone wiekami plemiona między Odrą, a Wisłą powierzyłaś oszustom, stworzyli mit o potędze i misyjnych podbojach. Katyń i Bereza, Oświęcim, siermiężny socjalizm dałeś, aktora, by ziemię całował i wolał „nie bójcie się” zesłałaś ku uciesze możnych. I uwierzył mu lud i Popiełuszko, w worku do Wisły wskoczył– męczennikiem został, a elektryk tylko płot przeskoczył i Nobla dostał – czy to sprawiedliwe?
Komunę samochwała niby rozwalił, ale Japonii nie zbudował, bo bracia syjamscy wkroczyli, liberum veto wskrzesili i trwa to do dziś, krzyżami się walą po łbach, bogobojny lud cierpi z czyjej wolnej woli? Czemu tak długo spółka bosko-diabelska na naszej utkanej krzyżami Ojczyźnie trwa?
Elitę bogobojną na ziemi smoleńskiej w miazgę zamieniłaś, by nienawiść i zgrzytanie zębów słyszał cały świat i pół Ameryki? Drugi Katyń sprawiłaś Panie!
Za ciebie ginęły i giną rzesze wiernych, walczą w Iraku, Afganistanie – nie widzisz tego?
Winowajcą Stalina, Hitlera za stare zbrodnie zrobiłaś, ale po jaki chrzan Palikota do sejmu wprowadziłeś? Żeby kościół wścieklizny macicy dostał?
Od morza do Karpat krzyże, kapliczki i kościoły z biednymi myszkami, limuzyny w różańcach, w toaletach publicznych też, dziewica wieczna w sejmie niby prawiczka ze spuszczonymi oczkami stoi, a tu hołota Palikota, monopol na prawdę i pozostałe wartości chcą odebrać, jak można Boże?
Od sołtysa do stolicy całują tyłki hierarchów, za bezcen nieruchomości i miliardy dają i Ty chcesz rozwalić tradycję narodową? Bez przelewu krwi nie możesz żyć? Pożarłeś tak wiele duszyczek w wojnach bratu i bogu zabójczych i ludobójczych i nadal nas judzisz miłością bliźniego?
Kościół i knajpa – mącą w głowach kowalskich, lekarstwem tylko abstynencja, a komuż na niej zależy? Uzależnionym łatwiej się manipuluje, wiedzą o tym dzierżymordy, a ty najlepiej – jeśli jesteś.
Pijak modli się do butelki za własne pieniądze, a ksiądz sprzedaje niewidoczny kit niby świeże bułeczki na klęczkach kupują! I niechaj tak ostanie!
Pijak zdycha w rynsztoku, a kapłan za państwowe dotacje samochód kupuje i byczy się z kochanicą, deprawuje bezkarnie nieletnich. I niechaj tak zostanie, błogosławieni, z Wojtyłą cudotwórcą nad Polską czuwają, Radio Maria naród do ciebie prowadzi, radę damy, a w niebie Rosjan dobijemy za Katyń, daj nam spokój Panie!
Takie cyrki przerabiałem wiele lat, a teraz świątynią wszechświat, lądy i oceany, tam szukam siebie i bez strachu akceptuję przemijanie. Czuję serce natury, szczerością bije, cząstką jej na wieki ostanę, zamienię się może w pyłek kosmiczny, w inne wcielenie, by grać serenady z gwiezdnych wysokości, o niedokończonej miłości. Może na rzęsach ani blaskiem księżyca tańczyć będę i marzenia senne w ekstazę zamienię...
Na ziemi nie koniec życia, nowe wcielenia napawają optymizmem, a zaczęło się to na Kresach tak niewinnie, od baby za stodołą!
Ludzie ludziom taki los gotują, niewidzialnym wierzą i zabijają się za nich, ziemia jęczy od nieprawości.
Gdybyś był faktycznie, zmiótłbyś to tałatajstwo i mannę wybrańcom znów sypnął. Nie pozwoliłbyś, by gówno mieszano z winem, a ciebie z kościołem.
Syn twój, bosy na krzyżach wzdłuż Polski dynda, a serca, zimne jak głazy syberyjskie gonią za mamoną, dlaczego milczysz?
O niebie marzą kowalscy, kojarzą z ulgą od cierpień, za pomocą kościoła tam fruną. Magia ta – przekonuje ich, że wieczna dziewica płacze krwawymi łzami, a Jarek Kaczyński to katolik i patriota wszechczasów.
Modlą się od maleńkości i nie potrafią już żyć bez tej magii.
Zrozumieć, znaczy przestać wierzyć – jak to łatwo powiedzieć, ale słuchać, bicia serca przyrody, całować listki zielone – to wyższa szkoła jazdy!
ZAJĄCZEK
Zimą drzewa od mrozu pękały, siedziałem z dziadkiem na zydlu, a ogień z pieca ciepłem buchał. Wspominał, jak nogę stracił na wojence z bolszewikami, jak po lesie dziedzica chodził z drewnianą nogą i dwururką gonił kłusowników, a potem opowiedział o zajączku, którego ponoć znał od dzieciństwa.
Na polanie bezszelestnie kicał, chciało mu się jeść. Znajomymi tropami, obok stawów, pomknął w brzozowe zagajniki i dalej w las, tam tajemnicza cisza była, mróz szronem srebrzył gałązki. Okrągła bajeczna łuna wisiała nad wierzchołkami drzew, rzucała cienie na garbate wykrzywione jodły, leżały na śniegu, jak zaczajone do ataku wilki.
Cienie ruszały się i coś przeleciało, zając drżał ze strachu, w bezruchu siedział wtopiony w śnieg, a cień bezszelestnie płynął obok niego, szaraczek silniej wcisnął się w puszysty śnieg, a niebezpieczeństwo wisiało nad głową.
Nieostrożny ruch i czujne oczy sowy zobaczą, przed jej zabójczymi szponami nie ma ratunku!
Cienie jednak pomknęły do spróchniałego pnia. Załopotały tam głośno skrzydła i rozległ się pisk myszy, a szarak podskoczył i pomknął jak najdalej, a potem zatrzymał się i długo nadsłuchiwał. Dookoła panowała cisza, kicał do znajomej polanki w młodziutkie brzózki. Czujny słuch i tu uchwycił cichutki szelest, jednak nie narobił wielkiego strachu, szelest zniknął, mignęły tylko dwa ciemne punkciki i też zamarły w bezruchu. Ktoś z ukrycia obserwuje? Okazało się, że to też zajączek. Z radości zatańczyli na zaśnieżonej murawie obertasa, zaczęli zajadać młodą korę i oszronione pączki na gałązkach, natrafili na trawę pod krzakami. Łakomstwo ponosiło, skakali od krzaczka do kasaczka, a chłodny księżyc powoli siadał na wierzchołkach drzew, cienie coraz dalej pełzły po polanie.
Niczego nie podejrzewając, zajadały przysmaki, a niebezpieczeństwo szło z innej strony. Rudy lisek natknął się niespodziewanie na ich ślady i ostrożnie skradał się wśród drzew. Po zapachu, czuł, że w pobliżu, szelest wiewiórki i cichutki pisk myszy. Zignorował, podążał za bardziej łakomym kąskiem jak wytrawny myśliwy. Zaczajony obok jodełki zastygł jak głaz i tylko oblizywał się, a zdobycz prawie w zasięgu jego łap. Zajączki beztrosko pożywiały się, lis słyszał nawet szelest gałązek, z których zjadały pączki. Pełzł bezszelestnie ku nim, a one siedząc na tylnych łapkach, poruszając długimi uszami, wciąż pałaszowały smakołyki, nie pamiętając o bożym świecie. Lis ostrożnie zmierzał do najbliższej ofiary, a kiedy zając pochylił się nad gałązką, by uszczypnąć kolejny pączek, to jak sprężyna skoczył ku niemu i nie zdążył się zajączek opamiętać, jak ostre zęby wpiły się w jego szyję. Śmiertelny ostry krzyk poraził nocną ciszę, a siły drugiego zajączka zlodowaciały ze strachu, gdyż pamiętał niedawne spotkanie z sową. Tylne jednak nogi z niebywałą mocą pchnęły go do przodu! I prędzej od ptaka mknął w głębiny lasu. Księżyc całkowicie schował się za lasem, żaden szelest, żaden głos nie naruszał ciszy mroźnego wchodzącego świtu. Zajączek zaczął szukać miejsca na odpoczynek.
Każda jodełka i krzaczek mogły przenocować nocnego uciekiniera. Kożuch przecież ciepły i żaden mróz niestraszny. Zajączek zaczął maskować swoje ślady. Biegał, zataczając koła i dziwaczne spirale, a potem położył się pod gęstą jodełką, głową skierowaną do ostatniego śladu. W ten sposób kreślone koła nie zostały zamknięte. I każdy wróg idący po śladach zerwie go z legowiska. Spał jednak czujnie, słyszał daleki głos głodnego lisa i wyraźny szurgot wiewiórki na pobliskim drzewie, gdzie pałaszowała szyszki. Te głosy nie trwożyły, ale kiedy sójka głośno zakrzyczała, zajączek natężył słuch. Ona bez powodu nie krzyczy. I nagle rozległo się ujadanie psów.
Biegły w dół błotnistych łąk. Ich głosy oddalały się, to znów przybliżały. Świeży zajęczy ślad gnał ich naprzód. Wtedy zajączek przysiadł na tylne łapki i nastawił uszy. Gończe psy przebiegły obok jego legowiska i poszły po nakreślonych śladach, a zajączek wówczas spod jodełki pomknął buszować po znajomym od dzieciństwa lesie. Nie pierwszy raz tak uciekał od złych psów. Skakał wśród młodych zagajników i starych drzew, zataczał zwodnicze esy–floresy, wprowadzając w błąd napastników. Psy daleko w tyle, to znowu go nachodziły blisko. Łapki zajączka pociły się od biegu i zostawiały wyraźniejsze pachnące ślady, a to bardziej ułatwiało myśliwym pogoń za nim, biegły prosto jego tropem. Zajączek wyskoczył z gęstego zagajnika i pomknął ku zielonej ścianie jodełek. Jego biały kożuszek zaświecił wśród drzew jak maleńka latarenka. Psy jednak zwęszyły pismo nosem, porzuciły jego ślad i poszły naprzeciw. I śmiertelny strach go ogarnął, nie udało się wyprowadzić ich w pole. Zamglonymi od lęku oczyma popatrzył dookoła i nagle zobaczył ogromne wywrócone drzewo. Zebrał resztki sił i skoczył na nie. Z obawy, by nie wpaść w zęby psów, czołgał się w górę po zaśnieżonej korze, a kiedy dotarł do grubych gałęzi, schował tam głowę i zastygł w oczekiwaniu. A dwa ogromne ogary z wywalonymi czerwonymi językami przebiegły tuż pod nim. Szybko jednak powróciły i wciąż szukały zgubionego śladu, w końcu zrezygnowane pomknęły z jazgotem w głąb lasu. Zajączek siedział wśród gałęzi niby żywy, niby martwy, a śmierć przeszła obok niego!
Wśród ludzi gorzej. Dorośniesz, to zrozumiesz, że wśród prawdziwych przyjaciół psy zająca zjadają, trzeba mieć dobre słuchy i oczy otwarte, bo w łyżce wody utopią.
„Gdyby moje były lepsze, z wojny wróciłbym na własnych nogach” zakończył opowieść dziadek.
Z OJCEM NA WOZIE
Do Głębokiego żydowskiego miasteczka jechał przez las, a tam napadali zbójcy. Czekaliśmy z niepokojem na jego powrót, właziłem na drzewo i wypatrywałem furmanki. Mgła pełzła po łąkach i zasłaniała widok na drogę.
Konie rżały nad rzeką, a przy ognisku pastuszek grał na bałałajce, zobaczył mnie i wołał „ojca porwali zbóje”. Smutny biegłem do domu, w oknach migały światełka z łuczywek. Modliliśmy się o szczęśliwy powrót.
Przyjeżdżał nad ranem, kładł się do łóżka i zasypiał. Przywieziony towar do sklepu wnosiliśmy na paluszkach, by go nie obudzić. „Czemu nie bierzesz szabli na zbójców” – pytałem. Wisiała na ścianie obok ikony z nacięciami na rękojeści.
– Dosyć się napracowała na wojnie – w kuźni wykujemy ostrą laskę, i pojedziemy do Żydków – powiedział.
Była to pierwsza moja podroż do miasta, pod siedzeniem leżała żelazna laska. Dzień pełen wrażeń upłynął szybko.
Żydzi towar dawali na kredyt, częstowali landrynkami. Ich stragany uginały się od różnorakich wyrobów, Cyganki, okręcone długimi chustami, nawoływały „daj powróżyć". Wracaliśmy z pełnym wozem towarów. Koła skrzypiąc, wpadały w koleiny, beczka ze śledziami turlała się, potrącając butelki z naftą. Ojciec podał lejce i ratował naftę, na wsi była drogocenna, dawała światło, odstraszała upiory, niepiśmienni i zabobonni bali się ich ogromnie. W każdym domu, obok świeczki gromnicznej, stała butelka ze świętą wodą! Kropiono ściany i okna, by odstraszyć upiorów. Ale i tak, skakały po szybach i skowytały w kominie.
W lesie wóz chybotał. Ciemno, choć oko wykuł, ogona konia nie dostrzegałem. – Nie bój się synku, tu nie ma duchów, ani wilków. Ludzie są gorsi od nich – uspakajał. Mówiąc te słowa, przeżegnał się. Uczyniłem to samo. Wtedy, jak na ironię, wyskoczyły bandziory.
Chwycili konia za uzdę i prowadzili na zbocze. Wskakiwali na wóz. Ojciec laską zadawał ciosy! Jęcząc, jeden osunął się na mnie i prosił, nie zabijaj, a ojciec targając lejce, krzyknął: – Wio, wio! – a echo pomknęło tak głośno, że przestałem płakać.. Koń jakby wyczuł trwogę i galopem na brzeg lasu dowiózł. Tam bandziora ojciec wyrzucił z wozu, a mnie mocno przytulił.
Jechaliśmy w milczeniu, księżyc oświetlał wyboistą drogę, w niebie szukałem gwiazdy, o której mama śpiewała piosenki, że daje szczęście i zręczność sokoła.– Gdzie ta gwiazda? – pytałem ojca. – Będziesz szukać wiele długich lat, aż zrozumiesz, że tam jej nie ma, ze szczęściem, i pogodą, nigdy nie wiadomo. – Kiedy będzie deszcz, a kiedy słońce?– Jedni lubią burze i pioruny, a drudzy ciszę i ciepłą kołdrę. Szczęście zmienne synku, zmienne jak pogoda! A znalazłeś swoje? –Ty jesteś nim, moją gwiazdą nadziei – odpowiedział.
Jechaliśmy dalej w milczeniu, myślałem o słowach ojca i czułem bicie jego serca, przed nami mrugały światełka naszej wioski, sen zamykał oczy. Zasypiającego wniósł na ganek do domu. – O Boże! – mama krzyknęła, widząc umazanych krwią. – Nie lamentuj, bandziorów twój syn rozgromił... – powiedział ojciec.
TYLKO ONA MNIE ZOSTAŁA
Brzuch mamy powiększał się. Czemu robisz się gruba? Zapytaj o to ojca, sarkała i wypędzała na łąkę zbierać szczaw na zupę, a tam baby szeptały, że urodzi bachora. Zbierałem szczaw i rozmyślałem o niezrozumiałym życiu dorosłych. Szlachcic umie pisać i czytać, a analfabeci z wszami za pazuchą boso chodzą i kłosy żyta zbierają na jego rżyskach.
W polu pomagałem mamie wiązać i stawiać snopki w kopki. W rzece za to nacierała mnie tatarakiem, długie włosy wiatr zarzucał jej na twarz, baraszkowała w wodzie, łaskocząc pod pachami, a na brzegu, unosiła w górę ręce, a woda spływała wzdłuż ciała i wsiąkała w nagrzany piasek. Siedziałem obok niej, długimi włosami zakrywała brzuch i śpiewała o rozłące, miłości, piosenka jakby na skrzydłach tęsknoty do ojca leciała. „Mamo, ktoś, na drugim brzegu” - mówiłem widząc skradające się cienie. Wtedy rękoma zasłaniała piersi i prosiła: podaj spódnicę. To fornale od szlachcica, zwabieni śpiewem podglądali, a mama była najpiękniejszą kobietą w okolicy i chłopy na nią wszędzie łypali.
Wieczorem na ganku też śpiewała takie piosenki, sąsiedzi spoglądając na gwiazdy wtórowali jej! Błądziłem wzrokiem po niebie, szukałem szczęśliwej gwiazdy, o której śpiewała, a piosnka biegła po łąkach za wzgórza i rzekę, wyobraźnią leciałem za nią, szukałem swojej gwiazdki. Z gwiazdami najlepiej bez słów, w cichej zadumie być, zapalają się ponoć niektórym w sercu, a pod szczęśliwymi rodzą się tylko bogaci, a tacy jak my muszą na nie mozolnie zapracować, tłumaczyła.
Stałem obok niej i machałem do nieba rękami, a ona śpiewała, „tam mnóstwo gwiazd i nikt nie policzy, a u nas pełno goryczy”. I chciałem z piosenką jej pofrunąć do ojca, powiedzieć, jak smutno i głodno bez niego nam żyć.
Wieczór pachniał skoszoną trawą, a gwiazdy siadały na rzęsach i liczyły moje marzenia, oświecały ojcu drogę do domu. „Mamo, nie płacz, tata wraca” budząc się wołałem i biegłem do jej łóżka.
Jej już nie ma i gwiazdy nie liczą marzeń moich. Idę za głosem serca i rozumu, a uczynki mam pod kontrolą i to nazywam gwiazdą betlejemską.
PRZYJACIELE
Szybko płyną lata, w sercu coraz więcej smutku, a wspomnienia, jak białe róże rozkwitają i prowadzą na ścieżki dziecięce, na brzegi rzeczki rodzinnej ziemi. I chociaż czas starł tam moje ślady i zniekształcił krajobraz, to idę po nich, jak wtedy gdy miałem siedem lat, słyszę krzyk żurawi, czuję zapach czeremchy, widzę też wujka, jakby to było dopiero wczoraj.
Wujek kochał wielką miłością przyrodę i swoją zagrodę. Mieszkał na skraju lasu. Pewnego razu spotkałem go na torfowych łąkach. Świstały kosy, w górze wtórzył im śpiew skowronka. Sianokosy, synku, powiedział wujek, ostrząc kosę. Poczekaj troszeczkę, a pójdziemy do lasu, coś ci tam pokażę. Była piękna, słoneczna pogoda. Zielone pachnące żywicą smukłe sosny stały w zasięgu mojego wzroku.
W lesie zobaczyłem łosie. Przywódca stada podniósł wysoko rozgałęzione poroże i nie spiesząc się, szedł, za nim podążały pozostałe. Kiedy podeszliśmy bliżej, wódz zatrzymał się, z uwagą obserwował nasze ruchy. Wujek wpatrując się w stado, rzekł „poczekajmy minutkę”. „Chyba jest mój, Paszka” – wskazując palcem na ostatniego z rzędu, powiedział z uśmiechem. Zostań, pójdę sam do niego. Z uwagą obserwowałem bieg wypadków, czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałem. Wujek wolnym krokiem podążał w kierunku stada, wołając, Paszka, Paszka, chodź tu do mnie! Wtedy łosie zaczęły szybko odchodzić. Tylko jeden z błyszczącym porożem, stał na miejscu. Śmiało ruszał uszami i przyjaźnie spoglądał na zbliżającego się wujka Paszka, nie poznajesz mnie, spokojnie powiedział. Wtedy łoś zaczął się zbliżać. Szli ku sobie coraz bystrzej i bystrzej.
Stary przywódca stada obejrzał się jeszcze raz na skraju leśnej łąki. Z wielkim jakoby zdziwieniem spoglądał na swojego pobratymca kumającego się z dwunożnym, odwiecznym ich wrogiem. Kiedy Paszka był w zasięgu reki, zabawnie wyciągnął mordę na spotkanie. Uszy jego, jak nożyce strzygły powietrze. Tak chyba wyrażał radość. Wujek ostrożnie gładził go po grzbiecie, a on ocierał się o niego i dotykał grubymi wargami kieszeni. Wujek tłumaczył, rozchylał ręce, że nic dla niego dzisiaj nie ma do jedzenia. Ręką zawołał wreszcie mnie. Cichutko, z duszą na ramieniu szedłem do nich, ale Paszka wnet mnie zauważył. Im bliżej podchodziłem, tym bardziej był niespokojny. Wujek gładził jego najeżoną sierść. Spokojnie, spokojnie, to swój. Strach jednak przed nieznajomym maleńkim człowieczkiem okazał się silniejszy od dobroci wujka. Łoś machnął garbato–watą głową, jakby żegnał się i pobiegł w głąb lasu. Staliśmy w milczeniu, odprowadzając go wzrokiem. Poznał mnie, a nie widziałem go od wiosny. Niebieskie oczy wujka świeciły radością, kiedy zaczął opowiadać jego historię. Maleńkim niemowlakiem trafił w jego ręce. Jechał wozem leśną drogą. Brzozy pachniały wiosną. Trawa bujnie szła w górę, a mech się zielenił. Na zakręcie, tuż przy skarpie koń zaniepokoił się, strzygł uszami. Czego się boi – pomyślał wujek i zaczął rozglądać na boki. Przy drodze zobaczył nieruchomo stojącą klępę. Nie uciekała, a pokornie spoglądała na wujka. W jej oczach dostrzegł jakby błaganie o pomoc. Stało się jakieś nieszczęście? Powoli odwróciła się i zaczęła odchodzić. Wujek szedł za nią kilka metrów i zatrzymał się. Wtedy ona też stanęła i smutnym wzrokiem jakby prosiła, pomóż mi, wołała go, prowadząc w głąb lasu. Idzie w rejon partyzanckich ziemianek, pomyślał wujek. Pod dużą jodłą zatrzymała się i wydała głos podobny do westchnienia. Nisko skłoniła głowę i zaczęła coś tam lizać na ziemi. Kiedy wujek zbliżył się, odeszła na bok i zamarła w oczekiwaniu. Obok drzewa zobaczył zerwany mech i miotającego się w jamie maleńkiego łosia. Kiedyś tu była ziemianka. Zarosła mchem, drewniane stropy runęły. Zwierzę było kilka dni po porodzie. Wpadło w jamę i ściśnięte starymi korzeniami miotało się, matka nie mogła mu pomoc. Mały nie mógł stanąć na własnych nogach. Za każdym razem odmawiały posłuszeństwa. Trzeba zabrać do domu, inaczej zginie, postanowił wujek i popatrzył na strwożoną matkę. Śledziła go zza drzew niespokojnym wzrokiem. Na rękach niósł małego do wozu, a matka szła za nim z tyłu. Zrozumiał, że żal jej było swojego dziecka. Lecz inaczej nie mógł postąpić. Jego syn nazwał małego łosia Paszką. Poił mlekiem z butelki, karmił chlebem i soczystą trawą. Paszka szybko się przyzwyczaił do nowych warunków. Kiedy podrósł i ośmielił, często chodził z nim po ulicy. Wyjątkowo radowały się ze spotkania z nim dzieci. Karmiły łakociami, a mały ochoczo korzystał z ich gościnności. Rósł jak na drożdżach, przeobrażał w dorodnego młodzieńca. Nogi wyprostowały się, szyja okrzepła. Był spokojnego usposobienia, nikogo nie krzywdził. Nawet kotu ustępował drogi. Trudno było tylko poradzić sobie z Szarkiem. Na każdym kroku obszczekiwał go. Paszka był podobny do cielaka, ale krowa go też nie chciała. Podchodził do niej i próbował baraszkować, machając rogami, odstraszała od siebie. Pewnego razu Wujek wybrał się na ryby i Paszka poszedł z nim. Kiedy podeszli do rzeczki, Paszka pierwszy wdepnął w wodę, pierwszy raz ją widział i myślał, że to droga. Machał nogami i ledwie wydostał się na brzeg. Żyło się Paszce pod dachem wujka wyśmienicie. Jednak zew krwi ciągnął do lasu. Tam przeobrażał się w dzikie zwierzę. Wąchał, nadsłuchiwał. Próbował jeść korę osiki i młodych sosenek. A kiedyś paszka poszedł w las i długo nie wracał. Syn wtedy nawoływał i szukał swojego przyjaciela. Za kilka dni, późnym wieczorem Paszka wrócił. Spacerował po podwórku, lecz nikogo nie spotkał. Wtedy podszedł do świecącego się okna syna i grubymi wargami zastukał w szyby. Domownicy witali powrót jego z radością. Ale wujek już wiedział, zwierzę wcześniej czy później i tak pójdzie w las. Zawiesił mu na szyję pamiątkową obrożę. Jesienią Paszka wyrósł. Z sąsiednich wiosek i szkoły przyjeżdżali na niego. Denerwowały go jednak te odwiedziny. Uciekał od ludzi, szukał spokojnych, cichych miejsc. Złote barwy pokrywały drzewa, a Paszka spoglądał coraz częściej w stronę lasu i pewnego wieczora odszedł tam na zawsze. Rodzina z tym się zgodziła, wiedziała, że on tam nie zginie. Las jest jego prawdziwym domem. A każdy przecież za takim tęskni. Kilka razy potem Wujek spotykał na tej polanie swego przyjaciela. Śmiało szedł na jego spotkanie. Ochoczo przyjmował poczęstunki. Wyjeżdżając w pole, zawsze brał do kieszeni kawałek chleba, garść soli, którą wyjątkowo uwielbiał zlizywać z dłoni. Dwa lata minęło od czasu, kiedy ostatni raz Paszka zlizywał mu sól z dłoni. Byłem mimowolnym świadkiem ich ponownego spotkania. I mocno utkwiło ono w pamięci, nie sposób tego zapomnieć. Między ludźmi z tym rożnie, miłość bliźniego zdewaluowała, człowiek człowiekowi wilkiem stał się, tamte łąki lasy zniknęły, wiatr hulał po pustych polach, ale miłość do ziemi rodzonej ostała!
I teraz wiem, że mimo upływu czasu, przyjaciół poznanych w biedzie, nie sposób zapomnieć. Ania, przyjaciółka podroży rzekła, każdy przecież za prawdziwym domem tęskni i chętnie do niego wraca, a gdzie jest nasz dom, szczęśliwy? „Tam gdzie my razem” odpowiedziałem, tamci odeszli, ale we wspomnieniach żyją, prócz nich mam ciebie i wspólne podróże. Kto podróżuje, żyje dwa razy dłużnej, musisz być ze mną do końca naszych dni!
MIŁOŚĆ I RELIGIA
Na Kresach kochać się prawosławnym z katoliczkami zabraniał ksiądz! W mojej wsi z tego powodu, rodzice córę zamykali w kurniku, a narzeczonego szczuli psami i bili kijami.
Zakochani jednak spotykali się przy kamieniu nad brzegiem Brzezinki. Owocem spotkań była ciąża, żeby ukryć tę hańbę przed ludźmi, wywieźli córkę do lasu i powiesili.– Gdzie wasza córka? – dopytywały się wścibskie babinki.– Służy u dziedzica w Zalesiu – wyjaśniali, nie patrząc im w oczy. Narzeczony z rozpaczy stracił zmysły. Biegał po polach i zbierał kłosy na chleb dla niej, składał pod głazem ich tajemnej miłości. Nikt go nie leczył, rodzina biedna i niepiśmienna, a do tego prawosławna, klepała biedę wśród zamożnych katolików. Tylko starszy brat przynosił pieczone ziemniaki pod ten głaz a zabierał kłosy, suszył na piecu i w żarnach zamieniał na mąkę, a on dalej zbierał i cieszył się, że zjada. Ukochana. Miejsce sanacji zajęli bolszewicy, ale dola jego w niczym się nie zmieniła, biegał z torbą przez wieś, a dzieci rzucały kamieniami i wołały „wariat, wariat”. Bolszewicy w 1941 roku uciekali przed Niemcami on też z torbą pełną kłosów biegł pod ten głaz, strzelali do uciekających, jak myśliwi do zajęcy, a on wciąż biegł z wypchaną kłosami torbą. Na wezwanie halit! Nie zatrzymał. I przed głazem padł śmiertelny strzał. Kłosy rozsypały się, zabarwiając się krwią.
Oficer z trupią czaszką na czapce i z pejczem w ręku podszedł do matki i wskazując na leżącego obok głazu chłopaka, zapytał: „Rus, komunista?”.
Opowiedziała historię nieszczęśliwej miłości. Maine Got – wykrzyknął, chwytając się za głowę aż czapka spadła i potoczyła się do rozsypanych kłosów. Oficer znał język białoruski i wypytywał o rodziców jego narzeczonej, coś zaszwargotał żołnierzom – z rozdziawianymi gębami słuchali i co chwilę krzyczeli ja, ja her lejtnant. Oparli karabiny o drzewo i saperkami zakopali obok głazu z torbą tych kłosów.
Widziałem jego rozwarte oczy i uśmiechniętą twarz, może zobaczył w lnianej sukience ukochaną i biegł na jej spotkanie... Ludzie stali w milczeniu, baby płakały. Niemcy rechocząc, oddali nad grobem salwę honorową i ze śpiewem pomaszerowali do wsi, przeprowadzili dochodzenie, torturowani rodzice przyznali się do zbrodni, zostali powieszeni na drzewie przy moście, nie wolno było ich zdejmować, dyndały upiornie na wietrze kilkanaście dni, w nocy ktoś ich zakopał w rowie. Ziemia tam ponoć stękała i płacz córki słychać było. Potem kiedyś przyjechali Akowce, postawili krzyż, a ksiądz co zabraniał tej miłości święconą wodą kropił.
Brat zastrzelonego wariata wstąpił do policji niemieckiej i księdza powiesił na tym krzyżu, dyndał na nim upiornie jak tamci na drzewie. Chłopcy z lasu pewnej nocy zagrodę z rodzicami policjanta spalili, a krowę uprowadzili do lasu.
ŻUBRY
Bratanek Piłsudskiego ojca znał z wojny bolszewickiej, dlatego wydzierżawił mu sad i jezioro w pobliżu wielkich lasów, biegnących do Puszczy Białowieskiej. W 1939 roku żyło się nam dostatnio, sklep w Mosarzu przynosił dochody.
W sadzie gałęzie uginały się od kolorowych owoców. Noce pachniały jabłkami, koniczyną i marzeniami. W szałasie opowiadał o bogatej przyszłości, wpatrzony w księżyc zasypiałem w jego ramionach. We śnie jeździłem karetą jak dziedzic pan!
Wschodzące słońce i świergot ptaków podnosiły z legowiska. Boso, po zroszonej łące, biegliśmy kąpać się i łowić ryby na śniadanie! Żydzi w zamian za owoce, przywozili towar do sklepu. I nie mogli pojąć, dlaczego dziedzic z nimi rozwiązał dzierżawę i oddał ojcu taki piękny sad. A to była tylko sprawka szabli i pieniędzy zdobytych mozolną pracą w kuźni Łotysza.
Nad jeziorem też zbudował szałas i łódkę. Pewnej nocy siedziałem z nim nad jeziorem, po nogach pełzła zimna mgła, w szuwarach kwakały kaczki i wokół cicho. Drewienka sosnowe trzaskały w ognisku. Iskry niby gwiazdy unosiły się i ginęły w ciemnościach. Wielki drzemiący las tchnął paprociami i żywicą. Niedostępny i trwożny. W tę noc przyszedł do nas znajomy leśniczy i powiedział, że pokaże króla lasów, jeśli dostanie gorzały. Łykał ją i prowadził w głąb lasu. Drzewa, wyrwane z korzeniami utrudniały marsz. Zgniecione wiekiem konary, schlustane mokrym mchem sterczały jak stare baby pod kościołem, leśniczy z dwururką na plecach pocieszał, że wkrótce zobaczymy króla puszczy.
Ciężko przedzierać się przez gęstwinę kłujących krzewów. Trzymałem się kurczowo ręki ojca i zaciskałem usta, by nie pisnąć słowa, a komary szczypały łydki i właziły za pazuchę. Hukała sowa i ktoś skakał po wierzchołkach drzew i pogwizdywał. Gdyby nie obecność ojca, to na pewno ze strachu nawaliłbym w portki. A leśniczy przed nami odwracał się i szeptem mówił „już niedługo zobaczymy, tylko cichutko stąpajcie". Szliśmy dalej i nagle wskazał ręką, o tam stoją! Idźcie powolutku w ich kierunku.
Zza grubego wiekowego dębu patrzyły na nas ogromne oczy jakby zastygłe w milczeniu.
„Tutaj jest całe stado” powiedział leśniczy, opierając dubeltówkę o pień jakiegoś drzewa. „Te oczy większe niż u naszej łaciatej” powiedziałem głośno. Cicho, ostrzegł leśniczy. One nie lubią ludzkiego głosu. Podchodźcie do nich po cichutku. Stado żubrów spokojnie jakby płynęło w poświecie księżycowej przez polanę. Tylko niektóre olbrzymy z pochylonymi łbami groźnie nas obserwowały. Jeśli pogonią, to nie uciekajcie, radził leśniczy, chowajcie się za drzewo. A mocne rogi dużego byka były już na wysokości trzydziestu metrów od nas.
Księżyc oświetlał polanę. Wtulony w ramiona ojca stałem za drzewem, a byk idąc, coraz bardziej pochylał głowę. Widziałem jego oczy. Władcze, mocarne, wskazywały, że to wódz. Wyraźnie nie podobało się nasze wtargnięcie na jego terytorium, powiedział leśniczy szeptem.
Stado powoli odchodziło w głąb kniei, a wielkie trzy żubry milcząc, wciąż nas obserwowały. Idźcie, idźcie, cicho powiedział leśniczy. I żubry jakby znały jego głos, szybko odeszły. Trzeszczały suche gałęzie i szyszki pod ich ciężkimi stopami, aż sowy przestały hukać. Ile ich było w stadzie, nie udało się policzyć. Myślę, że około dwadzieścia, powiedział leśniczy pociągając z butelki gorzałkę. Ostatniego żubra zastrzeliłem na polowaniu z generalicją niemiecką, na rozkaz bratanka marszałka, ubijali najlepsze okazy dla nich.
Leśniczy chwiejnym krokiem podążał do domu, ciemny las zaszumiał, a od jeziora płynęły kłębiaste chmury, zanosiło się na deszcz. – Tato, chcę być leśniczym.Objął mnie i zapytał:– Kto będzie wtedy łowić ryby w naszym jeziorze, jak pójdziesz z dwururką do lasu?
Losy tak się potoczyły, że plany nasze szlak trafił.
Samoloty jak stada ptaków ze wschodu leciały i leciały. Bratanek marszałka zatrzymał samochód, podał rękę ojcu i powiedział „bolszewicy znów prą na Polskę, chroń się przed nimi jak tylko możesz. Nie darują za 1920 roku”.
Za kilkanaście dni wtargnęli, zarekwirowali nie schowany towar, na drzwiach napisali „burżuj”, wróciliśmy znów do rodzinnej wsi.
PASIEKA
Założył pasiekę, w kuźni konie podkuwał, sierpy i kosy ostrzył, piecyki z blachy robił. Kto ma pszczoły – miód, a kowadło i młot – to dopiero chłop mówił. Stałem obok paleniska i naciskałem miech skórzany, powietrze żarzyło węgielki.
Dzyń dzyń, rozlegały się uderzenia młotka i podkowa spadała, obcęgami zanurzałem w kubełku, hartowała się, sycząc i buchając parą...– Zobaczysz, zaczną roić się pszczoły, uli ze sto mieć będziemy, a miodem wykupimy się od Syberii – obcierał rękawem spocone czoło.
Mama dzbanek mleka i kromki chleba przynosiła.– Jedzcie – mówiła i z sierpem na plecach bosa szła w pole, a za nią kuśtykał na trzech łapkach nasz piesek. Skaleczyli go, zabierając towary ze sklepu, szczekał i jednego ugryzł za łydkę.
Latem roiły się pszczoły, powiększały pasiekę, ojciec radował się, pocieszał matkę. „Nie martw się, damy radę” i obejmując, prowadził do stodoły.
Miodobranie było świętem, brat oblizywał palce i wołał: „więcej, więcej”. Świeży chleb z liściem klonowym i miodem i mleczkiem to raj w gębie. Sąsiedzi przychodzili na poczęstunek, chleb mamy był najsmaczniejszy, a miodu takiego dziedzic nie miał, co go teraz w lochach bolszewicy trzymają.
Z wosku wytapiali świece, szły jak chrupiące bułeczki, bo naftę do lamp kołchoźnicy tylko na przydział mieli, a nasza wieś póki co nie poszła do wspólnego kotła.
„Pszczoły uratują nas” mówił ojciec i patrzył smutnie na niedokończoną budowę spichrzu, belki pachniały żywicą, dalej kuźnia i łaźnia przy źródełku stały.
„Łaciata krowa, koń, parę kurek, owce i burek – cały majątek, a burżujami nazywają” złorzeczył.
Pszczoły na jabłonkach, zapach niezapominajki i chabry polne, na dachu bociany i pod strzechą szczebioczące jaskółki – to nasz też majątek był. I głos matki – biegnij po szczaw na łąkę, zupkę spitrasimy, zaraz wraca ojciec z kuźni – wspominam jak klejnot najdroższy.
Sroga zima, jakiej nikt dotąd nie widział nadeszła, „bolszewicy na bagnetach przytaskali ją” mówili starcy. Siedzieli w siermięgach przy piecu, grzali nogi w łapciach, palili machorkę i pocieszali ojca, że niedługo bezbożników czerwonych szlak trafi.– Skąd wiecie? – pytała mama. – Od znachorki spod lasu, miała widzenia Matki Boskiej Ostrobramskiej. Młodych pozabierali do woja – narzekali, za Ładogą giną od kul fińskich.
Siedziałem z rodzeństwem na piecu, a oni tak gaworzyli, ze świecy do garnuszka kapał wosk, zapach zabijał smród machorki, za oknem zamurowanym lodem z hukiem pękały drzewa. Gwiazdy mrugały, a wilki wyły, z obór owce wynosiły i burka zjadły nam pewnej nocy ino kosteczki i obroża zostały. A wielgachne jak cielaki były. Watahami buszowały, niby bandy zbójeckie, konia dziadka, gdy w saniach przez śnieżyce przebijał się po znachorkę, bo żona ledwie zipała powaliły, cudem ocalał, strzelał batem głośno.
Kuropatwy garnęły się do stodoły, chudziutkie, skóra i kości, ale w kapuśniaku smakowały.
Zające jabłonki obgryzły, pszczoły w kłębuszki mroź ścisnął, ojciec miał łzy oczach, a mama pocieszała, pójdziemy do stodoły, namawiała, ale on się upił, siedział przy stole i grał na harmoszce, a Matka Boska Ostrobramska wisiała na ścianie i patrzyła na nasz smutek. Trzeba suszyć chleb na podroż do białych niedźwiedzi, bo czym wykupimy się od enkawudzisty jak miodu nie będzie?
Franek na kulach przyczłapał z Głębokiego, z wojny fińskiej tam w wagonie przyjechał, piętnaście kilometrów na kulach do domu człapał. Finowie uzbrojeni przez Niemców tłukli nas na miazgę, wielu w śniegach zamarzło – opowiadał, popijając samogon, a świeca oświecała jego pokiereszowaną twarz z jednym okiem. Gadał dziwne, straszne rzeczy i płakał.
Pewnego razu kuśtykał do ciotki co mieszkała w sąsiedniej wiosce, ale nie dotarł, zaginął bez śladu, baby szeptały, że enkawudzista, za gadanie w Brzezince utopił.
Na białym koniu galopował przez wieś, zaciskał cugle przy naszej furtce, a koń dęba stawał. Z rozmachem otwierał drzwi – gościa witajcie – rechotał. Ojciec stawiał samogon na stole, mama smażyła jajecznicę. Popijał i łypał na nią, ojciec grał na harmoszce, a on bełkotał „ładna, szkoda takiej na Sybir...” białe niedźwiedzi rozszarpią.
Graj i śpiewaj weselej rechotał, bo w pieśniach był i smutek i gniew, dawaj.
Mama tańcząc, miała łzy w oczach, a obleśna jego twarz rozpływała się w uśmiechu i przytulała nachalnie do jej piersi!
A ojciec zazdrosny o każdy uśmiech i spojrzenie, wtedy tylko grał, gdyż nagan leżał na stole, a ręka enkawudzisty bezkarnie gładziła pierś matki, więc przytupywał do taktu aż podłoga dudniła, witalność ponoć odziedziczył po dziadku! Pamiętam też tańce z mroźnych nocy 1940 roku.
Za oknami śnieżna burza, wiatr bije w szyby i skowyczy w kominie, a za stołem pod ikoną pijany nasz władca życia i śmierci!
Na talerzu jajecznica z kiełbasą, a obok nagan. Kiedy szklanka nie miała samogonu lufą wskazywał, że należy ją napełnić! Mama posłusznie nalewała i stawiała kolejną butelkę.– No krasawica – wołał do mamy, polewaj. I spełniała jego rozkazy, a on obmacywał ją, klepał po pośladkach i ręką rozchylał kolana, brał w ramiona i porywał do tańca, a ojciec grał i śpiewał, a pot z czoła spływał i spadał kropelkami na rozciągniętą harmonię. Może były to łzy? Czemu gra i pozwala obmacywać mamę? Czemu nie zarąbie siekierą?
Zrobię to z bratem – planowałem zemstę, siedząc na piecu, nie chciałem jechać „na białe niedźwiedzie", gdzie brat ojca odbywał katorgę. A ojciec grał dalej, a mama tańcowała. Takich nieprzespanych nocy było wiele i nikt nie zrozumie tamtych łez i naszej goryczy!
Przed Syberią ojciec bronił się prezentami, a zachcianki gościa rosły. Domagał się złota i miał na mamę ochotę, była najładniejszą w okolicach kobietą, więc wciągnąć do stodoły na sianko ją chciał.
Twarz ojca smutna i usta zaciśnięte, tylko palce skakały jak błyskawice po klawiaturze harmonii, a enkawudzista wykrzykiwał, graj weselej, od duszy, po rosyjsku, nawiedzał nas coraz częściej.– Jeszcze nie na Sybir – mówił odjeżdżając – jeszcze popijemy i potańczymy. Stało się odwrotnie do tańca grali mu Niemcy i świst ich kul...
WOJENNe DZIEJ WUJKA
Ranny do niewoli się dostał, w bydlęcym wagonie jechał na Syberię. Na wiecznej zmarzlinie budował kolej, listu rodzinie nie mógł wysłać. A współtowarzysze broni, co uciekali z nim, widzieli jak z konia, z szablą w ręku spadł do rzeki, o śmierci żonę powiadomili. A wujek Jan na wiecznej zmarzlinie tory kładł, w myślach i snach całował żonę, dzieci.
Wielu współtowarzyszy pod pokrywą śnieżną czeka na ponowne przyjście Chrystusa, a ja szedłem do Andersa, z sześcioma zesłańcami, dotarło tylko trzech, Na Morzu Czarnym, w zatłoczonym okręcie umarł najlepszy przyjaciel, całując go, za burtę w spienione fale wyrzuciłem – opowiadał smutnym głosem.
Za Monte Cassino otrzymał medale. W 1947 roku wrócił w mundurze andersenowskim do rodziny, w kołchozie tyrał. Pewnej mroźnej nocy enkawudziści podjechali saniami pod ich dom. Pół godziny na spakowanie macie warknęli groźnie. Z Głębokiego w wagonach bydlęcych jechali w nieznane. Enkawudzista napluł w twarz i poobrywał guziki z munduru, nazwał wujka wrogiem wielkiego Stalina. Był to 1947 rok. Pociąg zatrzymywał się na zaopatrzenia w wodę, wylanie kubła z nieczystościami. Umarłych wyrzucano z wagonu, a pociąg pędził w nieznane. Kiedy to opowiadał, miał już zamglony wzrok chorobą, nie wyjęty odłamek w nodze dokuczał. Wycieńczonych podróżą tajga powitała mroźną i grobową ciszą, otuloną jak okiem sięgnąć bielą. Śnieg skrzypiał pod nogami i ujadały psy, gdy prowadzono pod konwojem do leśnych lagrów. Dorośli pracowali przy wyrębie lasu, niewykonanie normy ograniczało racje żywnościowe, a dzieci w szkole uczyły się miłości do nieśmiertelnego Stalina.
W osadzie leśnej, gdzie diabeł mówi dobranoc, oddalonej od Irkucka 267 km złą drogą pokutowali za „ojczyznę Boga, i honor". Kobiety, mężczyźni i dzieci w oddzielnych barakach mieszkali. Spotkania za zgodą komendanta łagru mieli. Kto nie pracuje, ten nie je, wisiał napis obok portretu Stalina w barakowej stołówce. Po śmierci generalissimusa kołchoźnikami zostali, jeździli po zakupy do Irkucka, mogli hodować krowy i budować drewniane domki. Syn starszy zakochał się i nie chciał jechać do Polski, uciekł do tajgi z dziewczyną. Zbudował szałas i mieszkał do pierwszych mrozów z ukochaną. Była to Litwinka zesłana za to, że bracia i ojciec kolaborowali z Niemcami.
Niedźwiedzie podchodziły coraz bliżej do szałasu, bały się tylko ogniska, płonęło ono do świtu każdej nocy. Pewnego razu zerwała się burza, drzewa wywracała z korzeniami i rozerwała szałas. Ledwie uszli z życiem. Z tlącymi się głowniami szli do osady, a za nimi podążał, pomrukując brunatny miś.
Zachorowała na zapalenie płuc, czary mary i kadzidła szamana nie pomogły, umarła. Wyciosał dla niej cedrowy krzyż i wyrzeźbił na nim dwa serca przebite włócznią. Przesiadywał nad grobem do późnych godzin, grał na bałałajce ich ulubione piosenki, a stary szaman Buriat rozmawiał z jej duszą i mówił, że usycha z tęsknoty, czeka na niego po drugiej stronie Bajkału. Buriat nie robił tego za darmo, lecz z pragnienia picia. Wywoływał ducha za litr bimbru.
Alkoholizm wśród Buriatów i zesłańców w regionie irkuckim był olbrzymi. Ludzie zapijali się na śmierć. Bimbru z orzechów cedrowych, że pływać w nim łódką można było. Władza uważała, że pijanym, skołowanym ludem lepiej rządzić, niż zdrowym rozsądkiem. Bimber z cedrów do dziś pędzą bezkarnie Buriaci, mocny i zdrowszy od wódki przedniego gatunku.
Do Polski jechał osowiały, milczący, grał na bałałajce jej ulubione piosenki. Ożenił się z Ukrainką, przy kieliszku jednak często opowiadał o cedrowych sercach przebitych włócznią, o jej barwie głosu, a oczy jak wody Bajkału – w nich widzę duszę swoją – płaczącym głosem kończył opowieści o niespełnionej miłości.
Dużo palił i pił, ona czeka na drugim brzegu, największego jeziora świata, z nią się zanurzy w nim na zawsze – bełkotał, wychylając kolejne hausty alkoholu, rak płuc zabrał go tam na zawsze.
Wielu zostało rodaków nie tylko z takiej miłości na Syberii. Odwiedza ich konsul z Irkucka od wielkiego dzwonu, daje książeczki polskie do czytania. Tu jest nasza ojczyzna, mówią po rosyjsku i dziwią się, że dziadkowie walczyli za pasibrzuchów. Posyłali ich na rzeź, a sami z walizkami złota wiali na zachód. Brat zabijał brata, bo był w okopach po drugiej linii frontu. A teraz rzucają się sobie do gardła, podcinają gałąź, na której siedzą. Biedna może być, byleby tylko katolicka. Wołają na trybunach, ambonach i ulicznych pochodach z krzyżami w dłoni. I po co nam taka, zadają pytanie? Tu Bajkał święty, szamani, a bimber z cedrów lepszy od waszej wody święconej. Stepy, góry i lasy wiecznie nam śpiewają, a nad Wisłą pielgrzymki, afery i gruszki na wierzbie obiecują. Tu daleko od Warszawy i Moskwy, gdzie bredzą banialuki i pierdzą w stołki. Nie chcemy umierać za ich antagonizmy, jak nasi przodkowie.
Los zna tylko baran, będzie strzyżony stale i raz zabity, a Polacy modlą się z nadzieją, że pomszczą Katyń, bo brata wielkiego teraz mają za oceanem.
Wujek z ojcem w 1957 roku prowadzili zakład rzemieślniczy i pasiekę, a kiedy skonfiskowano im biznes, popijali tęgo, słuchali rozgłośni zachodnich i przeklinali, że znowu judzą do walki za honor, Boga, ojczyznę, a ja niestety tej rozgłośni uległem, pięć lat w kryminale uczyłem się łączyć serce z rozumem. Kiedy wróciłem na wolność, Wujek w pegeerze pracował, a wódka lala się tam strumieniami, nie wytrzymał tępa i poszedł w ślady syna, tylko młodszy został, dzisiaj przygarbiony i bezzębny dziadek.
O mieszkańcach Syberii Buriatach i łowieniu ryb w Angarze opowiada Wnukom. Rodzinnych stron nie odwiedza, tu jest mój dom, gdzie leżą rodzice i brat, a co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.
Jechałem ich syberyjskimi śladami i nad mogiłą białogwardzistów, gdzie leży najstarszy wujek Andrzej położyłem kwiaty i powiedziałem „cześć twej pamięci". Pokłoniłem się spróchniałym ścianom katorżniczych domów, do 1956 roku w nich żyli.
Zdjęcia oglądał, znajome stepy i Bajkał, i śpiewał znaną na cały świat pieśń o włóczędze, a łzy ciekły po policzkach. Byłem w waszym wieku tam, powiedział wnukom, a do Polski przyjechałem mając dwanaście lat.
Boże jak ten czas leci, wzdychał. Masz rację, zabije nas, a my to dostrzegamy dopiero u schyłku życia. Płakać się chce, że młodość zmarnowała nam wiara w gruszki na wierzbie...
KLON
Iskrzyły barwami jesieni rzędy młodych klonów i ziemia szara złociła się ich urodą. Niebieskie niebo, białe obłoki i siwy dym palących się torfowisk uzupełniały głębię tej kompozycji. Siedziałem pod drzewem z ojcem, grzyby pachniały w koszyku, a złote liście w dłoni szeleściły– drzewa jak ludzie mają duszę, czują ból i radość, tylko dłużej żyją od nas i umierają, stojąc – mówił ojciec.– A teraz co robią?– Żegnają lato, mają swój los i swoje miejsce na ziemi, odpowiedział.
Szliśmy dalej, a rzędy klonów czerwieniły i świeciły się wśród nich żółte liście brzóz, a do chatki drewnianej, gdzie mieszkała ciotka było jeszcze daleko. Dzień jasny, słoneczny towarzyszył nam w podróży. Długo krążyliśmy po leśnych dróżkach, póki nie pokazał się na wzgórzu słomiany dach, z komina unosiły się kłęby dymu. To znak, że nie pocałujemy klamki – powiedział ojciec. Dom wydawał się duży. Zbudowany z grubych belek. Okna rzeźbione barwnymi ptakami przyciągały z daleka wzrok, a dym pachniał jałowcem. Drzwi otworzyła na oścież ciocia, aż róg łosia na nich zakołysał się. Mąż poprowadził konia na łąkę, zaraz wróci.
Nie zdążyliśmy się rozejrzeć jak – postawiła na stół gliniany garnek i dwa drewniane kubki. Częstujcie się, mleczko chłodne – powiedziała i zniknęła za drzwiami. Piliśmy, rozglądając się, na ścianach wisiały w drewnianych rzeźbach głuszce, rysie i rude wiewiórki.
Skrzypnęły drzwi i na progu stanął jej mąż. No nareszcie przyszli, witajcie powiedział! Z radością ścisnął rękę ojcu, mnie podniósł aż pod sufit.
Ładnie u nas duży las, a obok rzeczka, żyć i nie umierać – powiedział, sadzając mnie na swoje kolana. Na stół postawił smażone borowiki, butelkę samogonki. Po obiedzie chodziliśmy po brzegu rzeki, wiła się wśród złocących się zagajników, w jej torfowych odnogach i bagiennych zatoczkach brodziły siwe czaple i ganiały się stada kaczek. Przed oczyma roztaczały się czarodziejskie pejzaże jesieni, a my słuchaliśmy jego opowieści o mądrych bobrach i ich budowlach. W zaroślach olszyny pokazał legowisko wilków i płochliwych, nieufnych ptaków.
Wydawało się, że człowiek nigdy tam nie był. Pod stopami trawa syczała i unosiły się niebieskawe bąbelki, a ziemia jakby stękała. To torfowiska, w nocy po nich biegają świetliki, a ludzie mówią, że duchy harcują. I dlatego tu raj dla zwierząt i ptaków. Unikali tych miejsc granatowi policjanci, nie wchodzą też enkawudziści. Wypita wódka dawała animuszu, zaczął opowiadać o swoim ojcu.
Z wojny polsko–bolszewickiej wrócił poraniony i chory, ale zaufanym gajowym bratanka Piłsudskiego był, nogi wkładał mu w strzemiona, o ojcu swoim mówił z godnością.
Był znawcą przyrody, daleko mi do niego – powiedział i uszczypnął mnie w policzek. Każde zwierzę, każdego ptaka po głosie poznawał i rozmawiał z nimi. Tam, za zieloną ścianę grubych stuletnich sosen, niedaleko czarnego stawu wył, żałobnie i rozciągliwe, a potem wsłuchiwał się w ciszę leśną, z różnych stron odezwały się głosy wilcze! Jednak nie wchodziły w jego rewiry, gdyż donośny wilczy głos ojca leciał aż na drugi brzeg jeziora. I w lesie wiedzieli, że to wyje najsilniejszy przywódca stada – powiedział dumnie.
W milczeniu, łamiąc w ręku suchą gałąź sosny, prowadził nas w kierunku gęstych klonów. Jak bardzo kochał te drzewa mój ojciec – powiedział w smutnej zadumie. Posadził z matką przed wojną bolszewicką. W nagrodę dał dziedzic dubeltówkę i 30 złotych. Za pieniądze kupił krowę i konia. Dubeltówkę zabrał komisarz rejonowy, a zwierzęta kołchoz, mnie pozostawili wspomnienie. Na Syberię za stary – powiedzieli. Staliśmy na leśnej polanie, przed nami maleńkie pole. Tutaj ojciec sadził ziemniaki, siał owies, a teraz leży na skarpie przy samym lesie. I prowadził nas do niego w milczeniu. Na miejscu zdjął czapkę i powiedział „ojciec prosił – „zamiast krzyża posadzicie nad grobem klon. Spełniłem prośbę, w zamyśleniu przeżegnał się, mój ojciec wtedy objął go, w milczeniu wracaliśmy do domu.
W promieniach zachodzącego słońca świeciły złote liście klonu niby znicze żywego pomnika postawionego mądremu ojcu przez szlachetnego syna. Na ganku stała ciocia i zapraszała nas na kolację. W talerzach parowały ziemniaki pachnące czosnkiem. Wujek postawił znów butelkę gorzałki i powiedział do ojca – wypijemy na pohybel naszych wrogów. Był to początek 1940 roku, a toast spełnił się dopiero za rok, kiedy sowieci zmykali od nas w popłochu, w głąb Rosji.
SZARY WILK
W głuchym jodłowym borze, za rzeczką Berezyną, żył wielki szary wilk. Mroźną nocą szedł na czele watahy, porywał z obory jagnięta. Słyszałem jego wycie, siedząc z bratem na piecu. W 1940 roku zjadał na wsi psy, zostawił na śniegu ślady dużych łap.
Ojciec mówił, że ten bradziaga mordował nawet w dzień. Bali się go w całej okolicy. Siłą i chytrością zdobywał, zagryzał źrebaki, a przyszedł razem z bolszewikami, bo tam głód i nie ma, co jeść. Ale w tym roku jakoś przysiadł, grzbiet zgiął się w pałąk, boki i brzuch zapadły jak u gruźlika.
Starość wyeliminowała go ze stada. Dalekie wędrówki za zdobyczą męczyły, nogi odmawiały posłuszeństwa, często zatrzymywał się, ciężko oddychał, aż wnętrzności charczały, a oczy kiedyś gorące i bystre teraz zakrywała mgła. A skąd to wiem? Dziadek, co mieszka pod lasem, opowiadał o nim wszystko, zaprzyjaźnił się z nim.
Wilk na starość kiepsko rozróżniał już dźwięki, tak jak dziadek. I kiedy poczuł słabość, porzucił swoją watahę i zaczął żyć w samotności jak pustelnik. Tylko z rzadka dochodziły do niego lubieżne wycia młodej wilczycy. A kiedyś taki zew napełniał go ognistą energią i porywał do działań i na jej wezwanie odpowiadał wyciem, że z jodeł zlatywały szyszki, a zające i sarny uciekały, gdzie pieprz rośnie. A teraz milczał, na jej wyzwanie odpowiadały już dźwięczne głosy młodych jego synów i wnuków. I on bardzo dobrze znał ich znaczenie, ale podniósł jeszcze raz, jak kiedyś głowę, może z tęsknoty, a może ze starych wspomnień, podnosił ją jeszcze wyżej i też sygnalizował swój zew.
Jednak słaby głos, pełen smutku, wydobyty z chorej piersi gubił się w leśnej głuszy i nie doleciał do wilczycy. Słyszała go tylko stara jodła z potrzaskaną korą i suchymi gałązkami i tylko ona skrzypieniem odpowiedziała mu na jego ostatni zryw. Dziadek widział jak jego głowa chowała się za pokrzywionymi gałęziami młodej jodełki. Chroniły one szarego wilka przed wiatrem i wrogami. Straszny jednak głód nie dawał spokoju ani w dzień, ani nocą. Mroźna zima wyciągała ku niemu swoje niewidoczne zabójcze pazurki. A on, biedaczysko, z zamkniętymi oczyma leżał wśród tych gęstych jodełek. Wokół stała głucha cisza. Jakby wszystko wymarło. Może i swojego oddechu już nie słyszał, gdyż kości ogarniał mróz. Przewracał się, na boki, chował nos pod łapy, dreszcz coraz bardziej go przygniatał do śniegu. Kiedyś takie mrozy nie były mu straszne. Gęsta sierść i zapas tłuszczu pod skórą pomagały przetrwać srogie zimy.
Czuł tylko swoją bezsilność i cichutko ze smutkiem jakby płakał. A nie tak dawno wydawało się, że jak przed laty, silny, zwinny i do łowów gotowy.
Przed oczyma zaświtały tamte łowy, kiedy skokiem jednym dopadał łosia i nasycał się jego ciepłym mięsem. Westchnął wilk na te wspomnienia, oblizał suchy nos i obejrzał się. Wokół grobowa cisza, a tylko mróz i chłód coraz bardziej doskwierał. Zbliżał się wieczór. Dokąd iść? Wilk zamknął oczy i pogrążył się w krótką drzemkę. I wówczas poczuł, że znów jest na polowaniu i goni dzika, z wrażenia potrząsnął głową, otworzył oczy i nagle usłyszał znajomy szelest, poczuł woń dzikich świń.
Wtedy wylazł ze swojego legowiska i zobaczył stado warchlaków zanurzonych w śniegu, szukały pożywienia, były też głodne i piszczały. Zabójczy ogień zapłonął w oczach wilka. Krew i ciepłe mięso było w zasięgu kilkunastu tylko skoków! No, stary wilk nie mógł już zrobić nawet jednego skoku, maskując się za drzewami, przecinał im drogę na skróty.
Stado szło w jego stronę. Przytulony do zaśnieżonej jodły na drżących łapach czekał na zdobycz. Znając swoją nieudolność, wybrał warchlaka odstającego od stada i na niego skierował swój krwiożerczy wzrok. Skok, jaki zaplanował, nie udał mu się, lecz mimo to powalił na śnieg namierzonego warchlaka, uchwycił go zębami między uszami, lecz maciora pospieszyła na pomoc, silnym uderzeniem zwaliła wilka w śnieg, a zdobycz zdołała uciec.
Wilk poczuł ogromny ból i z trudem podniósł się na nogi, jak przez mgłę zobaczył uciekającego warchlaka. Lecz nadzieja zabłysła w jego oczach znów. Zaczął podążać śladami uciekającego stada, a ślady znaczone krwią dodawały mu sił. Zraniony warchlak zdawał sobie sprawę ze śmiertelnego niebezpieczeństwa i rychło podążał za oddalającym się stadem.
Wilk wciąż tracił siły. Często zatrzymywał się, odpoczywał i znów szedł po śladach znaczonych krwią. A kiedy odległość między nimi się zmniejszyła, wilk wytężył siły i jego łapy zaczęły energicznie odrywać się od śniegu. I warchlak poczuł ochrypłe oddechy tuż za grzbietem. Śmiertelny strach pognał go wtedy do przodu, a wilkowi zabrakło sił, osunął się w śnieg i głodnym wzrokiem długo odprowadzał uciekającego warchlaka. Westchnął żałośnie jakby na pożegnanie, mroźny wiatr zamykał mu tkliwie oczy, jak przez mgłę jakoby ujrzał swoją watahę i usłyszał głos młodej wilczycy a to tylko las szumiał pożegnalną pieśń. Śnieg okrywał go białą kołdrą. Lasy teraz jemu wiecznie śpiewają, a wnuki opowiadają swoim wnukom o jego młodzieńczych wędrówkach z ziemi dalekiej nad Brzezinkę. A co potem dziadek powiedział? Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka, odparł ojciec.
CZWORONOŻNY PRZYJACIEL
Całą noc sypał ścieg i pokrył bielą słomiane strzechy, a mróz srebrnym szronem zamurował okna. Kiedy kur zapiał, już nie spałem. Stałem na ganku w łapciach i patrzyłem, jak dym z komina mknie prosto do nieba. To był znak, że pogoda murowana. A mama pakowała do koszyka jedzenie dla ciotki. Była biedna i chora. Szedłem do niej z tym jedzeniem znajomą leśną ścieżką niby bajecznym srebrno–białym tunelem. Drzewa spały w srebrzystych girlandach, w powietrzu wisiał iskrzący się zapach żywicy. Taka cisza, czułem jak serce pika i w uszach dzwoni. Szedłem jak we śnie, gdzieś zastukał w sosnę dzięcioł. Jego puk, stuk niosło echo po lesie. I wtedy nieoczekiwanie rozległo się znajome głośne szczekanie psa. To niemożliwe, że to mój czworonożny przyjaciel – pomyślałem.
Jak odchodziłem, bawił się z bratem. Odnalazł jednak. Skoczył na mnie, objął łapkami i zaczął całować. Cieszyłem się z tego spotkania. Raźniej idzie się z przyjacielem przez duży las. Kiedy wyczuł tylko zająca, merdając ogonem biegł wkoło po jego śladach. Zdyszany wracał i ocierał się o zaśnieżone łapcie, zaglądał w oczy i popiskiwał. Wyjąłem z kieszeni skibkę chleba z kawałeczkiem słoniny. Był to mój prowiant na drogę. Rozdzieliłem na dwie równe części. Jedną oddałem jemu. Delikatnie ścisnął w silnych łapach swoją porcję i powoli, jakby delektując się, zaczął jeść. Pogładziłem siwoburą głowę jego i powiedziałem: „złapiesz zająca w drodze do domu”. Kasztanek, tak się wabił, wtedy przestał jeść, liznął rękę ciepłym językiem i cichutko pisnął jak maleńki ptaszek. A mnie wydało się, że zrozumiał te słowa.
Podchodziliśmy na skraj lasu, wyłaniał się dom ciotki, był w zasięgu wzroku, czułem nawet zapach dymu z komina. I wówczas kasztanek zaczął groźnie szczekać. Zza zakrętu ścieżki wyszli partyzanci. Kasztanek, Kasztanek – wołałem, a on pędził ku nim i szczekał. I padł strzał, aż śnieg z drzew posypał się na głowę.– Nam nie trzeba psów – powiedział jeden z nich po rosyjsku. – A ty dokąd? Pokazałem palcem dymiący komin i pobiegłem w jego kierunku, płacząc. Nie płacz synku, gładząc po głowie pocieszała ciotka. Wtulony w jej fartuch, opłakiwałem śmierć czworonożnego przyjaciela.
Wujek przyniósł od sąsiada maleńkiego szczeniaka, urośnie drugi Kasztanek, pocieszał, ale ja myślałem tylko o moim piesku. I nie mogłem pojąć, dlaczego ludzie zabiją ludziom ich najlepszych przyjaciół. Mojego zastrzelono tylko za szczekanie. Wtedy często strzelano do psów, palono ich razem z ludźmi, czynili to okupanci, kolaboranci, i partyzanci.
Teraz przyjaciół wyrzucają z domu, przywiązują w kagańcach do drzewa przy mrowisku, błąkają się, jak bezdomni ludzie, w śmietnikach z nimi dzielą się kromką chleba, a nieliczne schroniska pękają w szwach. Władza wali kasę na inne bezużyteczne wartości, o przyjaciołach człowieka zapomina. Nie rozumie, że przyjaźń psia najwierniejsza na świecie.
I syty głodnego nigdy nie zrozumie! Odgrodzona władza od społeczeństwa murem obłudy pilnuje tylko swojego darmowego żłobu, a Kowalskich karmi gruszkami na wierzbie.
OKUPACJA NIEMIECKA
Nienawiść, zemsta?
Rozproszeni po lasach czerwonoarmiści przymierali z głodu. Wycieńczeni poddawali się, lecz Niemcy nie mieli już miejsca w lagrach. Osadzali tam głównie komisarzy, politruków, enkawudzistów, a zwykłych żołnierzy oddawali do roboty w majątkach. Pewnego dnia, buszując z bratem po zagajnikach, natknęliśmy się na jednego z nich. Leżał w pokrwawionej koszuli z obandażowaną głową: pić, pomóżcie wstać – wołał. Ale szybko prysnęliśmy od niego do domu, aby opowiedzieć rodzicom.
Zanieśli oni rannego do stodoły i tam się kurował.
Niedobitki czerwonych chronili się w lasach, samoloty zrzucały im ulotki, leciały niczym białe ptaki. Wermachtowcy w panterkach z podkasanymi rękawami, przeczesywali zagajniki, wołając: Rus kom, sznel – wychodzili w podartych rubaszkach umorusani .
Pewnego dnia natknąłem się na jednego z nich, w zakrwawionej koszuli, prosił „wody, wody” Przestraszyłem się i pobiegłem do domu.
Niemcy obejrzeli rannego i zostawili na wsi, szybko stanął na nogach dzięki znachorce co miała zioła od wszystkich bolesności i wypędzała z chałup złe moce. Pracował za wikt i opierunek. Do armii – jak opowiadał potem – zgłosił się na ochotnika, by pomścić dziadka zabitego w 1920 roku przez ułanów, uważał, że wyzwalał nas spod jarzma burżujów, a napaść Niemców była dla niego takim zaskoczeniem jak ich agresja dla nas w 1939 roku!
Wiosną zniknął, a jesienią zjawił się z automatem w towarzystwie partyzantów, podziękował za gościnność, a mnie podniósł na wysokość swojej twarzy, spojrzał jakoś dziwnie i powiedział „i ty kiedyś będziesz żołnierzem, nie uciekaj od rannego nie zostawiaj nad rzeczką”.
Po kładce przez Brzezinkę poszli do folwarku Skrybuny, spalili budynki, zabrali pracujących tam jeńców do lasu, a dziedzicowi i jego wnuczce obcięli piłą głowy.
Wolnościowych jeńców po tym wypadku osadzono w łagrze, pod gołym niebem, w wygrzebanych rękoma jamach szukali schronienia przed jesiennym deszczem i przymrozkami. Za Okupacji niemieckiej z wieżyczek strażniczych strzelano do nich, jak do kaczek, trupy furmankami wywożono do pobliskiego lasku. Z ojcem, jeńcy słaniając się na nogach, wychodzili z jam, a słabsi pełzli do płotu i przez druty kolczaste wyciągali ręce, wołając: – chleba panoczek. – Ludzie rzucali kromki, wyrywali je nawzajem z rąk, tratując słabszych. A esesmani z uśmiechem fotografowali ich szamotaninę, a następnie strzelali z cekaemów. Padali jak kłosy pod kosą żniwiarza. Zatrzymywali wozy. Jeńcy ładowali zabitych współbraci. Na naszym wozie było pięciu, w tym jeden jęczał... Podszedł gestapowiec i go zastrzelił. Pogładził mnie po głowie i powiedział gutt.
Te okrucieństwa widziałem wielokrotnie, zawieruszyłem się na pierwszą linię frontu, poszukując ojca. Wydoroślałem, będąc dzieckiem.
Wchodzenie po latach w przeszłość zmusza do smutnej zadumy nad losem ludzkim, dlaczego nie wyciągnięto konstruktywnych wniosków, na przyszłość?
Dzieciństwo nadal niszczą nienawiścią, kłótnią, intrygami – wojną. Hipokryzja, obłuda i zakłamanie to elementarne wychowanie, gdzieś na dnie duszy skomli tęsknota za lepszym światem. Ale gdzie on jest? Z pokolenia na pokolenie przechodzi legenda o nim, a nienawiść i zawiść górują, są siłą napędową walki. Czyżby one motorem postępu?
Pod choinkę Mikołaj kładzie zabawki do zabijania, wychowuje przyszłych morderców szumnie zwanych obrońcami wartości chrześcijańskich, demokratycznych itp.
W podłużnych pudełkach ze znakiem krzyża wracają tacy na wieczny spoczynek, – ludzie kochają walczyć o gruszki na wierzbie. Obiecują je z ambony i trybuny sejmowej, autorytety święte i dyktatorskie nienawiścią zwichnięte, prawda ta– tkwi chyba w genach ludzkich. I z tej chyba przyczyny są skurwysyny, stoją pod figurą, a diabła mają za skórą, stawiają pomniki, świątynie, organizują pielgrzymki, kłamią, oszukują, w imię uznawanych wartości mordują, a powodów do tego było i jest wiele, waśnie narodowo–wyznaniowe, skośne oczy, rasa, kasa itp. Siedziałem za to w ciupie, a teraz mam to wszystko w dupie!
PĘTLA DLA OJCA
Majątki na Kresach stanowiły niemiecką bazę żywnościową. W jednym z nich zarządcą był ojciec, pracowali tam młodzi, co nie chcieli jechać na przymusowe roboty, pędzili bimber, handlowali mięsem w pobliskim miasteczku Głębokie, ojciec przymykał na to oko i mówił „oby wilk był syty i owca cała".– Jak to koza cała? – zastanawiałem się.
Klepałem te słowa w domu, a matka sarkała, „czysty tatuś”. W szkole nauczyciel szarpał za uszy – „ty brudasie". Jestem czysty jak tatuś wołałem! Młodszy braciszek z kupą w portkach wołał: mamo, jestem czysty jak tatuś! – Co to znaczy „czysty tatuś”? – pytałem. Jak dorośniesz – zrozumiesz, a teraz siadaj na bryczkę. Polną drogą jechaliśmy wśród łanów zbóż, złociły się zwisające kłosy pszenicy, pachniał dziki kminek, a biała koniczynka uginała się pod kopytami anglika. Za olszyną świstały kosy, przelatywały się ze śpiewem kobiet wiążących snopki.
Jedna podeszła do ojca i prosiła o pracę dla siostry, nie chciała jechać do Niemiec, takich było wiele. Spały w stodołach razem z mężczyznami, a myły się w drewnianych korytach obok studni. Komin łaźni dymił każdego dnia, kapały się i na kamieniach paliły wszy w bieliźnie, a potem zasłaniać rękoma swoje to i owo wybiegały do sadzawki. I czego się wstydzą – wołali chłopi, w stodole same się pchają, do rana dają.
Niemcy zabierali zboże, wyrośnięte owce i kozy. Klepali ojca po ramieniu, a mnie dawali cukierki i mówili Gut. Odjeżdżali, śpiewając „Haj–lu haj la i machali butelkami bimbru, w nocy wpadali akowcy też po swoją dolę, szli do dziewcząt na siano i do łaźni, biegali wokół niej z nimi nago, a one fikały nogami i piszczały. Ojciec mruczał pod nosem, tu tylko walczyć potrafią, a przed czerwonymi portkami trzęsą.
Chłopy też psioczyły, cipki w łaźni myją, a nie walczą A ojciec tłumaczył im „to nie mydło i wam wystarczy, a dają tak, żeby wilk był syty i owca cała”. Jak można tak dawać – pytałem. Z wiekiem sam to zrozumiesz –zbywał i karcił, że dorosłych podsłuchuję.
Do Głębokiego po naftę z nim jechałem, anglik potrząsał białą grzywą, z zadartym ogonem niby baletnica szedł w zaprzęgu. Bryczka kołysała się, uginając się na resorach, jeździł nią dziedzic nim enkawudziści wsadzili do lochów, teraz w jego majątku hodował krowy Niemcom, w prezencie dostał tego konia. Partyzanci i złodzieje mieli na niego chrapkę, rasowy, wyścigowy, niespotykany w okolicach. Kiedy mijaliśmy lagier czerwonoarmistów, wartownicy na widok jego cmokali i pytali o sznaps. Nie ma, odpowiadał ojciec, a anglik na jego głos zwiększał bieg. Jeden z nich wskoczył na bryczkę, i po polsku powiedział:– Takiego syna mam w Poznaniu, jadę na targ z wami. Z czerwonych i mośków zrobimy w tych bagnach wykończymy wrzucimy, klepał ojca po ramieniu.
Na targowisku za masło, jajka i sznaps szynele buty czerwonoarmistów dawali, a za drutem kolczastym stłoczeni jak śledzie w beczce żydzi z całego powiatu siedzieli, wyciągali ręce o chleb. Jankiel z córką stał przy płocie blisko targowiska, zobaczył nas.– Ratuj Rebekę – błagał ojca, przed wojną dawał śledzie i naftę na kredyt.
Ojciec poszedł do komendantury ze znajomym esesmanem, zezwolenie na pracę córce w majątku załatwił.
Skulona siedziała w bryczce, a esesmani z lagru wołali halit Juda halit, wtedy ojciec pokazał zezwolenie, a anglik truchcik zamieniał w kłus, a ciężarówki z Żydami jechały do lasu, z jednej rozlegało się wołanie „żegnaj Rebeko”. Za kilka minut rozległy się serie z cekaemów i pojedyncze strzały.
Już po nich powiedział ojciec, a Rebeka się trzęsła jak galareta i całą drogę chlipała. U nas szybko doszła do siebie, wyładniała, prowadziła buchalterię, zapisywała ilość dostarczonej Niemcom żywności, a esesman przyjeżdżał na motocyklu po miód, bimber i uśmiechał się jakoś dziwnie do niej.
Pamiętam jak wieczorami na ganku, albo nad brzegiem Brzezinki śpiewała żydowskie pieśni, dłonie wznosiła ku niebu, a długie włosy wiatr zakrywał twarz, na kasztanku galopował do niej w skórzanym płaszczu, leciała wtedy na jego spotkanie z rozwartymi, jak skrzydła, ramionami.
Igraszki ich podglądałem przez dziurkę od klucza. Ojciec zauważył i kazał spać w stodole z robotnikami, a oni rechotali, „akowiec znów Żydówkę kopci”. – Co to znaczy kopci? Ale nie wytłumaczył, a skarcił robotników. Nazywali mnie za to skarżypytą.
Rebekę uwiózł akowiec do lasu, a stajenny doniósł o tym na gestapo. Znajomy esesman wyjął pistolet i powiedział zastrzelę kapusia, ma dużo dzieci, daruj prosił ojciec.– Donosiciele to najgorszy gatunek – odpowiedział i splunął na stajennego. Potem popił bimbru, strzelał do kroków w lesie, ojcu zostawili okrągły granat i pojechał do komendantury.
Jesienią stajenny na boku anglika czerwoną farbą napisał „śmierć zdrajcy Stalina” i uciekł do lasu.
Miejsce Rebeki zajął protegowany esesmana chudy dryblas, grał na bałałajce, śmierdział jak stary kozioł i nad rzeką ściągał mi majtki. Nim zdążyłem powiedzieć o tym ojcu, też zwiał do lasu. Pewnej nocy wrócił ze sforą radzieckich partyzantów, spalił majątek Od tego czasu majątku pilnowała białoruska policja, służył w niej wujek, mój imiennik.
Nienawidził czerwonych, siostrę enkawudzista na jego oczach zgwałcił. – Mścić się nad nimi będę do końca życia – powiadał.
W czarnym mundurze jak esesman wyglądał. Wujku, daj postrzelać – prosiłem, kolbę przyłożył do ramienia, wprowadził nabój do lufy, nacisnąłem spust, rozlegał się huk, a odrzut kolby przewrócił na ziemię, pójdę do policji, moją mamę też enkawudzista napastował myślałem, idąc do ojca.
Pewnej nocy partyzanci, przecięli druty kolczaste i granatami rozwalili umocnienia w drugim majątku. Policjanci osłaniając nas, wycofywali się do Głębokiego, nim pomoc nadeszła i ten majątek płonął, bydło palące się ryczało, a partyzanci galopowali do lasu. Na rozwalonej bramie wisiała drewniana tabliczka z napisem „śmierć zdrajcom, a obok pętla dla ojca. – Ludzie gorsi od wilków, bez wojen nie mogą żyć i po co Bóg stworzył człowieka? – pytał się ojciec, siedząc nad butelką bimbru.
PARTYZANCI I KOLABORANCI
Dowódcą brygady Armii Krajowej w Postawach był Zygmunt Szendzielorz „Łupaczko". Jego żołnierze w majątku nadzorowanym przez ojca brali żywność, kąpali się w łaźni, baraszkowali z dziewczętami i odjeżdżali ze śpiewem „my pierwsza brygada”.
W lasach oprócz nich pełno było uzbrojonych, z orzełkami, czerwonymi gwiazdkami i spod ciemnej gwiazdy oprychów, grabili oni wszyscy ludność na pohybel wroga.
Niemcom w tępieniu ich, pomagali kolaboranci, przysięgali na Boga i honor, że nie wypuszczą z rąk broni, póki ostatni wróg nie zostanie zniszczony. W Mińsku powstała oficerska szkoła dla nich.
Wujek, mój imiennik też przysięgał. Sam przywiązany do drzewa patrzył, jak na kamieniu enkawudziści gwałcili jego siostrę. Syn dziedzica podobnie mścił się za zamordowaną rodzinę, był komendantem w Szarkowszczenie, z akowcami rozgromił odział morderców rodziny, stopień oficerski za to mu dali Niemcy. Później policjantów wyprowadził do oddziału Lubaszki i przed enkawudzistami z nim zwiał do Polski. Ludność odetchnęła, dość rabunków i porachunków miała, nie wierzyła już, że Anders na białym koniu z aliantami przyjedzie...
W Polsce wschodniej rozwalali władzę ludową, może w szwadronie śmierci „Burego” syn dziedzica to robił – zadawał ojciec pytanie, opowiadając dzieje ucieczki z pędzącego pociągu do lasu, w białostockim, podlaskim okrywał się, a tam akowcy pacyfikowali wsie prawosławnych, gnali ich za Bug. Lubaszko, oficer sanacyjny ruskich ciapał tam bezlitośnie, tak jak na kresach.
Pamiętam za okupacji, kobieta prosiła ojca, by powiadomił komendanturę niemiecką w Warapajewie. „Leśni” wieś za rzeką grabią. Nim przyjechali, domy płonęły, a zgwałcone kobiety i dzieci płakały.
Na przedwiośniu 1943 roku sowieccy partyzanci wywozili z majątku ojca żywność, akowcy ich dopadli i wszystkich wystrzelali, furmanki z żywnością zabrali do lasu, a kapelan Aleksander Grabowski – „Ignacy” odprawił nabożeństwo z okazji zwycięstwa nad czerwonymi. Śpiewali: „Ojczyznę wolną racz nam dać panie...”.
Zwiadowcy zameldowali im, że 30 sowietów zbliża się z rannymi na noszach do leśnej osady, przestali się modlić, na koniach pomknęli, podpuścili ich blisko i wytłukli. Buty, ubrania sprzedawali miejscowym za bimber.
Pewnego razu łowiłem ryby, zagajnikami szli czerwoni, wielu jechało na furmankach, śpiewali czastuszki, aż tu nagle wyskoczyli z krzaków co rosły za mną akowce, w tyralierze poszli, kapelan krzyżem błogosławił, a na mnie warknął „zmiataj pókiś żyw”, wszystkich wysiekli. Zabrali broń z rzutu, pepeszki, radiostacje, konających dobijali, zabronili zakopywać, padlinę zjedzą wilki powiedzieli, odjeżdżając.
Opijali zwycięstwo na plebani w sąsiedniej wsi kilka dni, a niespodzianie czerwoni wtargnęli, w odwecie akowców wytłukli, rannych dobili, wioskę spalili, a kiedy nadjechali białoruscy policjanci, ludzie w rowach, w stogach siedzieli wystraszeni.
W 1944 roku ruscy na spadochronach zrzucili 40 skoczków w okolicach Mosara, Niemcy już byli w odwrocie i nie chcieli ich łapać, wtedy ksiądz zawiadomił nas o tym – powiadał popijając gorzałę znajomy akowiec ojca, wskoczyłem na koń i wieść zawiozłem do sztabu.
«Łupaczko» dał rozkaz wygonić ich z naszego terytorium.
Pluton swój prowadziłem na nich skokami z dwóch stron. Na polu bitwy zostało 13 skoczków ubitych i dużo amunicji.
Sowieci, za naszego wodza wyznaczyli nagrodę wysoką, ale i Niemcy chronili go też, bo bolszewików niszczył, lepiej od nich.
Czerwoni łapali nas tylko na przepustce u dziewcząt, chałupy puszczali z dymem, tak zginął „Pirat”, „Kurzawa”, „Zakrzewski”. Sam ledwie spod pierzyny zwiałem – opowiadał ojcu.
Litewscy kolaboranci udawali akowców, a potem pacyfikowali wsie im sprzyjające, mścili się za krzywdy przedwojenne Polaków.
Wracałem kiedyś od ciotki, krzyczeli uciekaj, jazgot cekaemu rozległ się za plecami, a wieś płonęła. Akowcy poźniej dwóch Litwinów złapali, przywiązali żywych obok mrowiska w lasku dziedzica naszego.
Kiedy wojska sowieckie zbliżały się do nas, czerwoni partyzanci dołączali do nich, obejmowali władzę nad nami, psy wyły nocą, za rzeką łuna rozświetla pola, paliły się wioski.
Musimy wiać do Głębokiego, tam garnizon niemiecki, powiedział smutnie ojciec. Ale i tam za miasteczkiem słupy ognia leciały w niebo. Na przedmieściu stały armaty i czołgi, w okopach żołnierze w hełmach z pancerfaustami.
Uciekajcie, radził jakiś esesman po polsku. W pierwszej linii karne bataliony, gwałcą zabijają kogo się da, do obrony dał ojcu dwa granaty.
Uciekało z nimi wiele tysięcy kolaborantów, w tym oficerska szkoła w pełnym składzie. Większość zginęła albo trafiła do niewoli. Wujek w ciuchach cywilnych dotarł w 1945 roku na Śląsk.
A my uciekaliśmy wtedy do rodzinnej wsi Hrewlanie, niespodzianie pocisk walnął w drzewo, koń stanął dęba, stoczyłem się do rowu na jęczącego wermachtowca, a koń z ojcem przed siebie galopował na oślep.
Dym i jazgot cekaemów, płonęły czołgi, w czarnych mundurach ranni, wołali cichutko – Maine muter, Maine Got, a potem nagle wszystko ucichło. Szedłem rowami z plecakiem niemieckim, niosłem konserwy i granaty, a szosą parły czołgi z gwiazdami na lufach... Płakałem i bałem się, że nie żyją rodzice.
W domu stał miejscowy partyzant z enkawudzistami, spojrzał groźnie na mnie i powiedział: „tatuśka powiesimy na suchej gałęzi, a ty suko” tykając mamę lufą nagana „szykuj suchary na białe niedźwiedzie”. W stodole znalazł ukrytego konia, nie chciał iść z nim, kopnął kopytem i mknął ku rzece, gdzie ojciec w stogu siana siedział, puścił długą serię, koń się przewrócił. Ojciec widział to wszystko.
O barbarzyństwie faszystów napisano wiele, o bestialstwie partyzantów mało. Niemcy schylają głowy, a Rosjanie, Polacy na wyścigi uwypuklają bohaterstwo wojenne, nawzajem się oskarżają.
Jakimi metodami polonizowano Kresy mało dziś kto wie. Wielki łowczy marszałek Piłsudski – wykończył ponad 40 tys. jeńców rosyjskich w polskich obozach.
Kto wbrew logice Powstanie Warszawskie ludobójstwem zwane wywołał? Błogosławieni mściciele z podziemia, konspiry po wojnie dziesiątki tysięcy rodaków wymordowali i czekali na III wojnę światową. Na Kresach z tych pobudek zginęło wiele. I nikt ich nie zdoła policzyć i miejsc zbrodni ustalić. Topili w bagnach, wieszali w lesie, palili żywcem, a Niemcy dłonie zacierali z radości, pstrykali zdjęcia jak brat brata zabija. Nie wiadomo, jaki wybór było tam wtedy zrobić, zrobić?
Teraz katolicy, potomkowie tamtych na Białorusi władają znienawidzonym rosyjskim językiem, czy to nie paradoks?
Akowcy to bohaterzy, a sowieccy partyzanty gady czerwone, pierwsi siedzieli w ciepełku, w łaźniach dziedziców dupy grzali, baby bzykali, a czerwoni w leśnych ziemiankach marzli. Pieją o akowcach hymny pochwalne ci co nie byli na wojnie i gówno zamiast prawdy znają. Kto oswobodził i jakim kosztem Polskę? Świat czci dzień zwycięstwa nad faszyzmem, a my pielgrzymki do Katynia i Watykanu walimy, chełpimy się powstaniem warszawskim, organizatorem tej rzezi chwałę oddajemy. Żałosny to paradoks, Czerwoni, akowcy niszczyli wioski, zliczyć ich już nie zdołamy.
Rozdrapywać kłamstwem rany, jednych chwalić, a drugich co walczyli po innej stronie z tym samym wrogiem dyskredytować to zbrodnia niesłychana! Rachunków tamtych krzywd nikt już nie zdoła wyrównać, a spozieranie przez mityczne okno „Bóg, honor i ojczyzna”. To paranoja, deprawuje umysły młodych.
– Motywy zbrodni „Burego” i jego podwładnych to nienawiść do prawosławnych – powiedział mój ojciec – należy je rozpatrywać jako ludobójstwo, podobnie jak pogrom żydów w Jedwabnym. W Kielcach nie może być wątpliwości, że sprawcą takich mordów na wschodnich rubieżach Polski byli akowcy pokroju Lubaszki i „Burego ”, gdyby nieznajomy akowiec zakopaliby mnie żywcem.
Bestialstwo ich teraz, to tabu, morda w kubeł, żołnierze wyklęci bohaterzy, a znad Oki i Lenina szli komuchy do Berlina, to czerwona zaraza rodem z Moskwy tropiła bandziorów leśnych po wojnie–
Manipulacja historii w majestacie prawa i krzyża trwa, kłamstwa powtarzane stają się prawdą, z opłatkiem połykają słowa „kto nie katolik, to nie Polak”.
Miało być uczciwie, a fanatyczny katolicyzm prawem i sprawiedliwością uczyniono. zwą.”
: „Nie lękajcie się,alelW 1944 roku ojciec ukrywał sie, nie chciał dzielić losu braci na Syberii. Odwiedzał pod osłoną nocy . W drzwi walili kolbą . Szukali ojca , nazywali go wrogiem władzy sowieckiej. Przewracali tobołki , zaglądali do kurnika, bagnetami pruli słomę w stodole .Rewizji było wiele , napastowali mamę . Siedziałem na piecu z bratem i wołałem: "tato, ratuj mamę! Była ładną i młodą kobietą. Grozili,ze zabiorą do lagrów, jeśli nie wskażemy kryjówki ojca. Sąsiedzi nas unikali,bali się enkawudzistów. Tylko dziadek ,co mieszkał samotnie nad rzeczką, pomagał nam. Radził zbierać więcej runa ,bo pomrzemy z głodu. Wzdychał , chwaląc okupację niemiecką. Żyło się lepiej. Zmorą byli tylko partyzanci sowieccy. Zabierali żywność i gwałciły kobiety. Niemców witano w 1940 roku kwiatami. I to tkwi w pamięci mojej też. ,a kiedy uciekali , było ich zal. Rannemu na bagnach, przynosiłem kwas chlebowy,aż go pojmali i zadźgali bagnetami.Miał jasne włosy i niebieskie oczy, dziadek zasypywał je piaskiem ,trzymałem wyciosany z olchy krzyż i płakałem.Po ucieczce Niemców głód zaglądał w oczy . Ziemniaki w łupinkach,kwas chlebowy i zupy z pokrzywy były pożywieniem!.
Zbierałem runo, i rozglądałem się za borowikami, dzięcioły dziobały korę,wiewiórki znosiły żołędzie i jakiś ptak darł się w wniebogłosy. . Mama suszyła ,kwasiła grzyby, borówki wkładała w drewnianą beczułkę i stawiała na ganku. A zimą podawała na stół .Gośćcie się ,jeśli łaska ,mówiła ,chowając spracowane dłonie pod dziurawy fartuch, było żal ich , wyzierały dziwacznie przez dziurawy fartuch ,a tak czule gładziły, gdy byłem smutny .bąble tez miałem , rąbałem drzewo, kręciłem żyto w żarnach na mąkę.
Rumiane borówki topiły się w ustach. Z gorącymi ziemniakami smakowały najbardziej!Jesz i jakby aromatyczny kawałeczek lata był na języku . Brat wolał,mamo daj więcej. . Miałem z nim kłopotów wiele .Pewnego razu włożył do pieca zapalnik od rosyjskiego granatu. Piec się nie rozwalił, garnek z ziemniakami szlak trafił,a konewka z mlekiem spadła na klepisko. Oberwałem chłostę za niedopilnowanie .a braciszek ze strachu dostał biegunki. Wyleczył się naparem z borówek. Były od wszystkich boleści , pachniały lasem,zastępowały herbatę. Dziadek, popijać ją powiadał ,że są długowieczne, jak dęby za stodołą. Małe i długo żyją,a ludzie wysoccy i tak szybko umierają?Bóg tak chce-odpowiadał. Niesprawiedliwość jest i będzie , dorośniesz ,to zrozumiesz te święte słowa. Dziadek wkrótce zmarł ze starości .Na wsi zostały tylko same kobiety. Mężczyźni na wojnie lub w lagrach,albo w grobach byli.
Słowa dziadka mama powtarzała po każdej wizycie enkawudzistów ,mówiła też ,że biednemu wiatr w oczy wieje. Może będzie lepiej w drugiej ojczyźnie ,ale jak tam jechać -pytałem?Tata zabierze, uśmiechała się przez łzy i mówiła ,do niego tak podobnyś,jak czysta kropla wody .Ojciec nie dawał znaku życia ,dni mijały w tęsknocie za nim. Modliliśmy się przed ikoną, wieczorami a wiatr za oknem skowytał i gasił gromnicę. Mama przytulała chorą siostrę i brata w ciemności,a mnie posyłała do sąsiadki po zapałki .Biegłem boso,po zabłoconej ulicy,a jesienny deszcz smagał twarz , spychał do rowu. A kiedy znów zapłonęła gromnica, pytałem ,czemu tata nie pisze listów?Mama gładziła mnie policzek i płakała. W milczeniu patrzyła na nas ze ściany Matka boska Ostrobramska,opiekunka biednych .Ale łez gorzkich ,jak mama na policzkach, nie miała . I tak mijały dnie,noce,tygodnie i miesiące. Z ojcem spotykałem się we śnie. .Orałem pole, pług był wyższy niż ja Szedłem za nim na palcach. Siałem zboże, kosiłem. Wyjeżdżałem na noc paść konia na niczyich łąkach pod lasem Kary skubał trawę ,a mnie ogarniały wspomnienia o wspólnych wędrówkach z ojcem. Tęsknota za nim silniejsza od miłości do Weroniki . Mieszkała przez ulicę i często pukała do mojego okna. Jej ojciec pisał listy z frontu , a nasz milczał , byłem zazdrosny,kiedy chwaliła się nimi. Az pewnego dnia przyszło zawiadomienie,ze zginął nad Odrą bohaterską śmiercią za ojczyznę i Stalina.. Płakałem z nią na miedzy i przytulałem do siebie. Bałem się,ze i mój może zginąć. Nie widziałem ,ze jest śród akowców w okolicy Czeremchy. Dobrze, ze uciekł, mówiła potem mama, może zezwolą wyjechać do Polski Przewodniczący rejonu ,były partyzant znał ojca z czasów przedwojennych, terminował w jego kuźni. Wiedział od kolejarzy ,ze ojciec uciekł za granicę pociągiem. Pijąc samogon i umizgując się do mamy powiedział, na pewno jest w białej partyzancie ,wrogiej władzy radzieckiej. Musicie prędzej wyjechać,szykuje się dla takich jak my, podroż na Sybir.
Na wszelki wypadek, w kurniku gromadziłem broń do walki z enkawudzistami. Wsparcie wyraził sześcioletni braciszek i narzeczona Aldona starsza ode mnie,dwunastoletnia panna. Przyniosła minę z rozbitego czołgu i schowała w swojej oborze. Krowa nadepnęła na nią i rozleciała się z oborą w kawałkach Jej macocha donos złożyła ,że syn legionisty i niemieckiego kolaboranta gromadzi broń przeciwko władzy radzieckiej ,a puki co zabił jej cielną krasulę. Przewodniczący badając sprawę uśmiechał się , gładził mamie rękę, nie martw się ślicznotko pocieszał. I wtedy pokazałem magazyn broni. Za głowę się chwycił, dzieciaku, tym wysadziłbyś całą wieś.
Za łapówki wydał wkrótce zezwolenie na wyjazd , stwierdzając,ze obowiązki podatkowe w naturze i usługach wykonaliśmy w stu procentach .
Ostatnia zima na Kresach była mroźna. Na drzewach iskrzył się szron, tworząc niezwykle piękne pejzaże. Czuło się jednak zwiastuny wiosny. Jasny blask słońca, sople lodu pod dachem ,siwe cienie w lesie. W wiośnie była nasza nadzieja . W kwietniu wyjazd do Polski! I o tym rozmawiałem z ojcem we snach obok czarnego stawu ,gdzie enkawudziści zastrzelili dziedzica ,a partyzanci mieli zimowe legowiska , nim uciekł w nich się ukrywał . Z bratem potem tam chodziłem. W zbutwiałych legowiskach leżała amunicja i granaty. Wrzucaliśmy ich do ogniska . Rozlegał się huk, z drzew spadały szyszki.,a w ziemiance ziemia nad nami drżała, wojna wraca.-wołaly trwoznie babinki..
..Zostało wiele nieprawości nie wyjaśnionych , wołających o pomstę do nieba.Są rachunki krzywd,których nikt nie zdoła rozliczyć.,a na obiektywną ich ocenę , Białorusini i Polacy nie mają odwagi . Politycy serwują frazesy i judaszowską miłości bliźniego , karmią kolejne pokolenia gruszkami na wierzbie ,oskarżając się na wzajem .W tym uczestniczy aktywnie Kościół . W mediach i szkołach nie ma o tamtych dziejach prawdy,a tylko Katyn i gulagi okraszone tendencyjną rusofobią.,Na odwiedziny braci stryjecznych muszę mieć wizę i przejść upokarzającą kontrolę celną.Ale tego co oczy wiedziały,uszy słyszały nikt nie zabierze, czas i rozsadek zmienia moje wspomnienia.,ale za krew nie ma zapłaty-tq prawda pozostaną na wieki.Za okupacji niemieckiej, było maluczkim lżej niż za sanacji i sowietów..Z Niemcami kolaborowała większość,ponad czterdzieści tysięcy Białorusin było w policji,a akowcy w majątkach swoich dupy grzali z bronią u nogi,mordowali Litwinów,wspólnie z hitlerowcami tępili Zydów i czerwonych partyzantów,a po wojnie , pod wodzą Lupaszki uciekli do Polski, wyrzynali wrogów wartości katolickiej,żywcem palili prawosławnych.Dziś są bohaterami,żołnierzami wyklętymi.Im saluty i msze święte,a tym co gromili powojenny bandytyzm,elektryfikowali wsie,zwalczali sanacyjny analfabetyzm pogarda i miano" 'pachołki Moskwy."Pod domem generała Jaruzelskiego watahy rozwydrzonych ,młodych nacjonalistów wołają"zdrajca,morderca,na szubienicę"Czyja to zasługa?
Autorow sów"nie lekajcie sie,aleluja i do przodu'?a i do pzrodu! I jakoś nadal nie możemy tego pojąć, a moralność katolicka – co oznacza? By maluczcy na rozkaz zarzynali innych w imię Boga, ojczyzny i honoru.
Strzałem w potylicę, tak robili, gdzie ojciec wyskoczył z wagonu, prawosławnych gnali na Białoruś, siali. Instytut Pamięci Narodowej te zbrodnie tuszuje, a liczy tylko gnaty sanacyjne w Katyniu, za ludobójców uznaje Rosjan, a „żołnierze wykleci” są święci, dla nich pomniki, ordery.
Dopiero w 1995 roku białostocki oddział Instytutu Pamięci Narodowej pozwolił pomordowanych w lasach przenieść na cmentarz prawosławny w Bielsku Podlaskim, pogrzeb celebrowany przez arcybiskupa Sawę, ordynariusza diecezji białostocko-gdańskiej, był wielką uroczystością – wspomina Włodzimierz Martyniuk. Przyjechało na nią tysiące ludzi z różnych miejscowości, usypano półtorametrowy kurhan, dwumetrowy prawosławny krzyż postawiono, przybito tablicę z napisem: „30 mieszkańców (furmanów) b. pow. Bielsk Podlaski, pomordowanych 31 I 1946 r. przez oddział zbrojnego podziemia PAS–NZW kpt. Romualda Rajs ps. »Bury« k/wsi Puchały Stare gm. Brańsk”. Komitet Pomordowanych chciał wznieść pomnik także innych ofiar zbrojnego podziemia za pieniądze społeczne, otworzył nawet specjalne konto bankowe na wpłaty darczyńców.– nie zezwoliła wojewoda podlaska Krystyna Łukaszuk. „Pomnik nie odzwierciedla faktów konkretnego zdarzenia” napisała cynicznie. Poparł ją Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, określanie „Burego” jako zbrodniarza nazwał oszczerstwem. Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji, Janusz Tomaszewski, uznał stanowisko wojewody Łukaszuk za słuszne, zaskarżenie Naczelny Sąd Administracyjny, skierował z powrotem do MSWiA, osiem miesięcy urząd ten nie reagował, komitet wniósł skargę do NSA, sprawa trafiła do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które odesłało ją ponownie do MSWiA. Premier Jerzy Buzek uznał, że zgodę na wzniesienie pomnika powinien wydać minister kultury. Kazimierz Michał Ujazdowski, opowiedział się po stronie wojewody podlaskiej. „. Udowodnił tym samym, że prawda rodzin prawosławnych to gówno prawda. Ostatecznie pomnik odsłonięto dopiero jesienią 2002 roku.
Rodzina Romualda Rajsa, pseudonim „Bury”, otrzymała odszkodowanie – mówi Tomasz Sulima z Bielska Podlaskiego. – Tymczasem rodziny 80 ofiar jego zbrodni nie dostały nawet złotówki. „Bury dowódca białostockiego PAS NZW w styczniu i lutym 1946 r. spacyfikował sześć wsi prawosławnych. Aresztowano go w 1948 r. 31 grudnia 1949 r. rozstrzelany. Zrehabilitowano w 1995 roku. Obecnie bohater narodowy, wśród tzw. „Żołnierzy Wyklętych” figuruje.
Pamięć o zbrodniach jego tam wciąż bardzo żywa, przechodzić z pokolenie na pokolenie będzie, dla prawosławnych to polski Katyń, w potylicę strzelali w imię ojczyzny, honoru i Boga. Sprawcami tych zbrodni byli sanacyjni oficerowie.
Moje dzieje, w porównaniu z tym, to małe piwko jednak machina biurokratyczna z krzyżami na ścianach załatwia podobnie, za utracone mienie na kresach, mimo monitów od Kajfasza do Judasza posyłają trzydzieści lat, a dokumentów, że byłem w jednostce karnej i siedziałem bez wyroku szukają od 1980 roku. W międzyczasie pomniki stawiają zbrodniarzom, patriotom wątpliwej wartości miliony odszkodowań dają i pieprzą na cały świat i pół Ameryki, że Polska brzmi dumnie.
W takim razie można uznać na podstawie tego, że zbrodniarze hitlerowscy, zbrodniarze z UPA, Czerwoni Khmerze, Amerykanie w Wietnamie, „rzeźnicy” z Bałkanów i wszyscy inni zbrodniarze całego świata również działali „w sytuacji stanu wyższej konieczności, zmuszającego do podejmowania działań nie zawsze jednoznacznych etycznie i należy też zrehabilitować.” Czy ciągle ma być „nasz” zbrodniarz nie jest zbrodniarzem – tylko patriotą?
ORGANISTA
Z krwi naszych dzieci macy nie zrobicie – szydzili, a oni w drabiniastych wozach cichutko z tobołkami siedzieli z opuszczonymi głowami. W Brzezince ich wykąpali, z tobołków kosztowności zabrali. Sara z Majsiucina pływać nie umiała, po tygodniu woda na brzeg pod łaźnią wyrzuciła. Z pijawkami na brzuchu leżała. W jej chacie Matkę Boską na ścianie powiesili, ksiądz święcił, a organista śpiewał „Judę kaput”.
Do getta w Głębokim ich zwozili. Tam mieszkał ten organista, znajomym ojca, z gestapowcami geszeft uprawiał. W rozkroku stali w jego mieszkaniu, a stół uginał się od jadła. Wznosili toasty za Hitlera, dolewał wódki, szczerząc żółte od machorki zęby, a żona tańczyła kankana, cyce jak donice wyskakiwały z bluzki. Wyżej podnoś nogi wołali, klaszcząc w dłonie. Fikała aż przewróciła się z zadartą na głowie spódnicą. Klepali po pośladkach, rozpinając sprzączki pasów z napisem „Bóg z nami". Gramofon ryczał w niebo głosy przy otwartym oknie. Ludzie chyłkiem przechodzili na drugą stronę ulicy. Wartownik przy drzwiach wykrzykiwał „Raus, SZNEL”. Stałem przy ścianie obok jej syna, śmiał się i tupał nogami. Kiedy libacja rozkręcała się na cztery fajerki, ojciec zabrał mnie do domu. Nie mów, co widziałaś ostrzegał w drodze. Wojna dla nich to jak krowa dojna. Mnie czerwoni z lasu stryczkiem grożą, a oni żydków z kosztowności ogałacają. Mijaliśmy getto, mgła siwa wisiała na drutach kolczastych, poruszały się tam jak upiory gęste tłumy. Chleba, chleba wołali. Własowiec ryknął na nas „nie zatrzymywać się”, w te tłumy strzelać zaczął.
Nie mogłem zasnąć, fikały nogi organiściny, w uszach rozlegały się dźwięki kankana i strzały własowca. Na drugi dzień słaniających się żydów do lasu prowadzili, a tam doły głębokie czekały, miejscowi zabitym złote zęby wybijali, obrączki, kolczyki zdzierali, do woreczków wrzucali, w błocie tarzali, szukając klejnotów, a pijani esesmani zdjęcia pstrykali.
Pierwszym transportem repatriacyjnym organista z woreczkiem złota czmychnął do Polski. W Warszawie domy i parcele kupił dzieciom.
Kiedy Gomułko z więzienia mnie wypuścił, syn organisty był już oficerem korpusu bezpieczeństwa wewnętrznego, a tatuś śpiewał „słuchaj Jezu jak cię błaga lud...” aż rak gardło guzami zatkał. Na wolskim cmentarzu, czeka na ponowne zmartwychwstanie, anioł marmurowy nad nim odprawia zdrowaśki. Syn przechodząc obok mogiły ojca mego, spuszcza łeb, kiedy tam świecę palę. Przyjaźnie dziecięce szlak trafił.
TUŻ PO WOJNIE
Tliły się zgliszcza domów, na polach stygły spalone czołgi, w okopach niemieccy żołnierze konali, a niedobitki w zagajniku rany bandażowali. Marchew im nosiłem, braciszek to wypaplał na wsi. Pojechali i automatami wysiekli ich, a buty, zegarki sprzedali za bimber. Bimber ważniejszy od złota był, animuszu na spotkanie ze śmiercią dodawał.
Enkawudziści z miejscowymi partyzantami – jak psy myśliwskie szukali niedobitków i kolaborantów. Na liście gończym figurował ojciec.– Gdzie zdrajca narodu – pytali. – Na wojnie – odpowiadała mama. – Kłamiesz suko!
Głośno płakaliśmy, ze strachu w majtkach mokro było.
W sąsiedniej wsi Majsiucino pojmali sołtysa, w 1941 roku wydał Niemcom ukrywających się w łaźni bolszewików, zawlekli tam i rozstrzelali.
Niosłem jedzenie ojcu, a oni go prowadzili, wartownik na moście im salutował. Nie wolno –krzyknął, kiedy chciałem przebiec na drugą stronę, tam w stogu za górką, ojciec głodny czekał.
Za bimber, duszę diabłu odda – powiedziała staruszka z chatki nieopodal rzeki. Mam kropelkę z wywarem maku, wypije i uśnie, a ty przejdziesz. Uradowany dał konserwę amerykańską i jednym haustem opróżnił butelkę. Ułożył się na trawie z automatem na piersiach i śpiewał czastuszki aż zasnął.– Zanieś tę konserwę ojcu, niech zmyka póki żyw, mówili, że jutro z psami będą szukać... Ale nie dokończyła mówić, z krzaków wyłonił się Niemiec z wilczurem i mazerem na szyi. Szedł w kierunku śpiącego, pies czołgał się u jego nóg.– O rety – szepnęła babcia, wystrzelają się. Ale Niemiec klęknął przed nim z podniesionymi rękoma i darł się: „Hitler kaput, rus Gut", a pies kręcił ogonem i szykował się do skoku. Rosjanin zerwał się ze snu, chwiejąc się na nogach, pościł serię długą w jego twarz, a raniony pies skowycząc, poczołgał się w moczary.
Nałożył skórzane buty Niemca, a brezentowe wrzucił do rzeki. Zakopcie faszystę powiedział, zepchnął go do rowu i pojechał z żołnierzami na Berlin. Bosy, jak sito podziurawiony kulami leżał, w kałuży krwi, w moczarach popiskiwał żałośnie jego pies. Rzucałem łopatą ziemię na Niemca, a babcia modliła się na klęczkach. Mój syn policjant ucieka też gdzieś przed Ruskami – mówiła płacząc, na stare lata za niego na Sybir zapewne wywiozą...
Ojcu opowiadałem o tym wydarzeniu w stogu siana, tulił mnie, czułem jak jego serce kołacze.
Nic tutaj po mnie, trzeba wiać jak najdalej – Opiekuj się rodzeństwem, pomagaj mamie. Pocałował w czółko, z woreczkiem na plecach pomknął w zagajnik. Smutek jak ta mgła znad rzeki otulał, a łzy zasłaniały oddalającego się ojca.
Na grobie Niemca babcia kwiaty kładła. Jej siwe włosy błyszczały niby korona przenajświętszej, w moczarach wilczur zawodził żałośnie. Bądź dzielnym pocieszała, biegłem bosy na przełaj do domu. Na podwórku płakała w kuckach mama, a enkawudzista naganem wymachiwał, mnie wyrwał z rąk chleb i ryknął: – Skąd to masz?– Od babci przy moście – odpowiedziałem.
Rzucił chleb w mamę i poszedł na wieś szukać ojca.– Musimy wiać, powiedziałem tak głośno, aż braciszek przestał chlipać i pobiegł po chleb.
Może do Adamowic, tam dom po babce –powiedziała mama. Po czym podzieliła na kawałeczki chleb i każdemu dala.
Wilczur wykaraskał się z ran, tylne nogi jednak ciągnął przednimi, na grobie swego pana. Położył się, nie jadł i nie pił, z tęsknoty umierał mówiła babcia.
Pogładziłem jego błyszczące futerko i zasypywałem piaskiem, a szosą podążali czerwonoarmiści na Berlin, śpiewały katiusze i grali na harmoszce.
– Dwóch przyjaciół ukryłaś przed złym światem – mówiła babcia – wierność psia do grobowej deski, dorośniesz to zrozumiesz, że oni byli jednością, w rozłące takim nie sposób żyć. To moja do taty taka, bez niego to umrę. Nie umrzesz, Bóg was i mojego synka ocali, powiedziała, chlipiąc.
Nad nami leciały bombowce, niby stada olbrzymich kruków. Szosą parły czołgi, wzniecając chmury kurzu, a po zagajnikach z pepeszkami biegali czerwonoarmiści. Szukali niedobitków niemieckich, kolaborantów i tych, co nie chcieli iść do wojska.
Ojciec do okna w nocy pukał, wybiegła na spotkanie, na piecu cieszyliśmy się z ich spotkania. Nad ranem, całując nas, mówił „pomagajcie sobie nawzajem”. Pewnego razu nie zdążyliśmy zmrużyć oka, a załomotano w drzwi! – Boże – krzyknęła – to enkawudziści najechali!– Otwieraj – rozległ się groźny rozkaz. Otulona prześcieradłem otworzyła dziwi. Do izby weszło dwóch oficerów. – Gdzie mąż? – pytali, wymachując naganami. – Nie wiem – wyszeptała drżącym głosem i zaczęła szlochać, a my z nią.
– Spokój! – ryknął jeden z nich groźnie aż ciarki po plecach przeleciały.
Na strychu szukali, przewracali tobołki, zaglądali do kurnika, pruli słomę bagnetami, a on umykał, koczował w stogach siana. W leśnych ziemiankach na kolei pracował pod przybranym nazwiskiem aż uciekł do Polski.
Matce zadzierali sukienkę na głowę, przewracali na podłogę. Z bratem krzyczałem „tato, ratuj mamę", a siostra maleńka chlipała i po łydkach sikała ze strachu.– Gdzie ma kryjówkę? Do lagrów wyślemy jak nie powiecie – straszyli.
Żyliśmy w permanentnym strachu i osamotnieniu. Sąsiedzi unikali, bali się enkawudzistów. Pewnego razu rozległo się znów groźne wołanie: „Otwieraj”. Wtargnęło trzech oficerów z automatami. – Gdzie mąż, pytali! Na wojnie, odpowiadała. Łżesz suko! Płakałem i krzyczałem, tata na wojnie, na wojnie. Spokój zarazo, ryknął jeden strzelając w sufit, ze strachu siostra się zsikała, Pchnął mamę na siennik. Zaciągnęli wiszącą nad nami zasłonę.
Drewniane łóżko, trzeszczało. Nie, nie,, krzyczała a oni , rechotali. Słońce wschodziło, a jeszcze leżała, włosy potargane, z siennika wystawała słoma i sterczała miedzy udami. Ryk krowy w oborze dopiero poderwał z łóżka. Nic tu po nas, uciekamy byle dalej od tych drani, mówiła, nalewając do kubków mleka, usta miała spuchnięte i pogryzione, a oczy pełne łez...
A GDYBYŚMY MIELI SKRZYDŁA?
Prowadzili w głąb las, poszturchując kolbami pytali: „z której jesteś bezpieki?”.
Z pociągu kościuszkowców wyskoczyłem, na front jechał, wyjaśniał. Łżesz swołoc, żywcem do ziemi pójdziesz, saperką kazali kopać grób.
Śmierci zaglądał w oczy nie raz, ale umierać z rąk swoich?
Krzyżyk prawosławny, podarek od dziadka, zerwali z szyi i rzucili pod nogi, przeżegnał się i powiedział:– Strzelcie w potylicę, jak enkawudziści! – Poczekamy na dowódcę – odpowiedzieli.
Na białym koniu przygalopował. Dawajcie tego ubowca, usłyszał jakoby znajomy głos. Zdjął ojcu zawiązaną na oczach onucę i ryknął, co żeście durnie narobili, to nasz człowiek. Ojciec, też poznał, żywność w majątku dawał jemu...
Był w ich rewirze do 1946 rok, naprawiał broń, mieszkał na plebani, ale ksiądz się wnerwił za gosposię. Odesłał do popa w Hajnówce, było podobnie, ale pop udał, że nic nie wie o romansie, wódkę stawiał i pomógł wyrobić lewe dokumenty na ziemie poniemieckie. W okolicach Lwówka Śląskiego uruchomił restaurację, wioska nazywała się Maciejowice.
Przyjeżdżali tam chłopcy z lasu, zastawiali jakieś paczki, zabierał wąsaty pa, potem ojciec wkładał pod podszewkę mojego palta paczkę banknotów i wysyłał do Szczecinka, stamtąd przywoziłem dolary i listy od znajomego kresowiaka, co mieszkał nad jeziorem, w nocy czyścił pistolety i wkręcał zapalniki do granatów. Nie mów o tym nikomu, przypominał na odjezdnym.
Ojciec czytał listy i wrzucał do pieca, a dolary garbaty sąsiad chował w butach i wyjeżdżał do Jeleniej Góry. Potem wójt wysyłał ojca na zakupy koni w Bieszczady.
Tam banderowce, Akowce i bandy z pod ciemnej gwiazdy grasowały, ale wracał z gniadymi i kasztankami. Osadnicy wyprowadzali z wagonu i klepali po zadkach z radości.
W nagrodę dali wodny młyn, mąki na chleb nie ma, a ludzi przybywa z rożnych stron mówili, stary Niemiec puścił w ruch koło młyńskie. Cieszyliśmy się z tej darowizny krótko.
Referendum było, głosuj za nacjonalizacją przemysłu, za bezpłatną nauką wołały plakaty. Nocką niewidzialna ręka czerwoną farbą na nich pisała „za krew nie ma zapłaty, pomścimy Katyń", a do haseł „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera”, dopisywano „mimo szczerej chęci, z gówna masła się nie skręci".
Granat wybuchł w lokalu, kartki do głosowania wiatr rozdmuchiwał po ulicach, Szzukali sprawców. Restaurację przewrócili do góry nogami, pobili kelnerkę Niemkę, bo powtarzała w kółko, nic nie wiem. Brata mamy uprowadzili i słuch po nim zaginął, za okupacji był sołtysem. Zabrali i młyn, wysadzili granatami zaporę, woda zalała pola, ryby zdychały w mętnych kałużach. – Wynoś się pókiś cały – powiedzieli.
Nic tu po nas synku, jadę odbudowywać Warszawę, a ty szukaj dachu w Bartoszycach, tam są kresowiacy, będzie raźniej. Kiedy to mówił, na rozbitym kole młyńskim kaczka siedziała, a jej malutkie dzieci pogrążały się w błocie. Patrząc na nie, powiedział, , wymknąłem się czerwonym, a tu też nas gnębią polityka kurwa.
A gdybyśmy mieli skrzydła, gdzie pofruniemy-zapytalem? – Gdzie żyją uczciwie z pracy rąk, tylko gdzie taki kraj?
Może kiedyś znajdziesz, wracamy do domu, powiedziała.
W opuszczonej przez niemców wiosce psy błądziły, na polu ryczały krowy. Wydoimy, przestaną ryczeć, a ojciec na to, zobacz tablica z napisem „miny”. Odpoczniemy na kamieniu, i pogadamy, usiadłem obok niego.– Pamiętasz enkawudystę, co zabrał szablę, co mamę napastował?Pamiętam wszystko odpowiedziałem –– Stawiają im pomniki a braciom dali łagry, zabrali majątek, taka sprawiedliwość – sarkał i zaciągał się papierosem, dym z nosa jak z lokomotywy buchał.
Z warkotem samochody wjechały na środek wsi. Wyskakiwali z nich ludzie, z domow , wynosili meble, zegary ścienne, pierzyny. Ojciec wtedy powiedział „tak zaczynają polonizować ziemie odzyskane szabrownicy z centralnej Polski”.
Zobaczyli krowę i podbiegłi, wdepnęli na minę, rozerwaąła kulku na strzępy, ! To przez ciebie, zdziro hitlerowska, zginęli nasi.- tara darłli się pozostali pzrzy życiu. Chwycili za nogi, a rozhuśtali i niby worek kartofli wrzucili na taczkę. Maine Gott błagała, a taczka mknęła w gnojownicę. Tonęła tam jak kaczątka pod młyńskim kołem.
Wieczorem ojciec postawił na stole butelkę wódki. Było to pierwsze z nim picie do zawrotu głowy.
Człowieka stworzył Bóg na swój obraz, ale gdzie ta bliźniego miłość? W nienawiści topi się świat mówił, napełniając kieliszki.
Piłem aż film się urwał, koło młyńskie się kręciło, osadnicy mąkę sypali do worków, a stara Niemka jechała na taczce doić krowę.
W BARTOSZYCACH
Z tobołkiem wszedłem do gabinetu starosty i powiedziałem: – Szukam domu.– Skąd się zjawiłeś?– Z Dolnego Śląska.– A rodzice?– Mama likwiduje gospodarstwo na Śląsku, a ojciec Warszawę odbudowuje. Niechaj tu przyjeżdża, domów więcej niż ludzi, wybieraj, jaki chcesz – zaciągając po wileńsku powiedział, raźniej na duszy stało, słysząc mowę ziomka.
Obok wieży wpadłem w okop, bo podziurawiony kulami zegar na niej wybijał kurant, kiedy gapiłem się na poruszające się wskazówki i błyszczące cyfry. Podszedł chłopak, wyciągnął rękę, Henryk jestem, a ty?
– Szymon – odpowiedziałem.
– Zegar czerwonoarmiści podziurawili kulami, domy wysadzali, nim do Królewca wyjechali –wyjaśnił.
– Jutro pomogę się urządzić – obiecywał, dom piętrowy ogołocony, nawet łóżka nie było. Otulony płaszczem wierciłem się na podłodze, nie mogłem zasnąć, a zegar na bramie nieustannie dzyń, dzyń.
Henryk rano materac i krzesła przytaskał z innego domu, na parapecie położył bochen chleba – to od mamy powiedział.
W Łynie łapałem ryby i pitrasiłem z nich zupę. Za parę tygodni przyjechała mama z rodzeństwem, mogłem najeść się do syta.
Na wieży zawiesili hasło: „cały naród odbudowuje stolicę”. Z mamą wyciągałem cegły z ruin – płacili za robotę, złom metali kolorowych sprzedawałem w punkcie skupu, a miedziane łuski od pocisków szły jak świeże bułeczki.
Ojciec wrócił z Warszawy, znalazł dom z ogrodem, założył tam pasiekę. Otworzył warsztat rzemieślniczy. Mama kury hodowała, sprzedawała na targu jaja. Zdam maturę, zostanę inżynierem będzie jeszcze lepiej – pocieszałem.
Tylko Henryk był smutny, objął jak brata i ze łzami w oczach pytał: „jak ojca uwolnić z rąk ubowców?” Bez broni nie damy rady – powiedziałem.
Przez most wopista pijany szedł ciemnym wieczorem, nie zdążył pisnąć, a pas z pistoletem był nasz, a on do Łyny plusnął. Uciekaliśmy przez tory do lasku tepedowskiego, w szparach niemieckiego bunkra ukryliśmy broń.
Świat wolny – bębniła zachodnia rozgłośnia – czeka na was. Uwolnimy ojca i uciekniemy tam. Z jednym pistoletem,zwariowałeś? Zabierzemy im i drugi, Napad zrobimy-zachęcał..
A wopista z plastrem na twarzy szukał sprawców w szkołach, internatach.
Chwycił za brodę mnie , a wzrok jego jak bagnet wiercił myśli moje.– Gdzie byłeś wieczorem?– W warsztacie klucze z ojcem dorabiałem – odpowiedziałem, a pod ławką nogi dygotały. Całą klasę tak maglował, a wartownik z pepeszą stał przy tablicy.
Na rynku spęd młodzieży zrobiony, haniebny czyn potępiono. Zetempowskie patrole penetrowały wieczorem ulice, a na tablicy ogłoszeń jednak ktoś napisał: „obrońców granic, mają za nic". Węszyli po mieście i nic nie wskórali.
Ojciec spojrzał badawczo i powiedział – nie daj Boże, żebyś ty się w to paprał. Ależ nie – bąknąłem, i żałowałem kłamstwa, bo los ojca nie oszczędzał.
Z Warszawy wrócił markotny, dom, który tam kupił zabrali pod kwaterunek i lokatorów napchali. Pasiekę postawił na polu PG, nawozami wytruli i nie dali złamanego szylinga, warsztat zabrali. Dorywczo klucze w biurach dorabiał i coraz więcej pił i zębami zgrzytał. Tylko mama w zakładzie tekstylnym pracowała, brat młodszy, niespokojny duch, z domu uciekał, marynarzem chciał być.
Tajniak „Jednoręki" zaglądał do nas, wiercił wzrokiem, myszkował.
Z kim się przyjaźnisz, co mówi Wolna Europę – dopytywał. Nie paplaj za wiele – ostrzegali rodzice, o kanalii, kolega nalegał, zabierzemy mu broń, uwolnimy ojca i w trójkę drapniemy na zachód, chusteczką przez kraty machać, tak by prosił o pomoc.
Rodzice chyba wyczuli te zamiary. Jedź do Elbląga się uczyć orzekł, licho nie śpi, narwany jak wujek, tylko byś walczył.
Elbląg, miasto portowe, oszałamiał wielkością i grozą ruin. W szkole starsi ode mnie, chodzili w butach oficerskich, udawali ważniaków, zalatywało od nich konspirą... Moje zabużańskie przygody w porównaniu z ich opowieściami, to kaszka z mlekiem. Traktowali mnie serio i kacapem nie nazywali. Redaktorem gazetki ściennej wybrali, kiedy wiersz w Sztandarze Młodych wydrukowany, wieszczem okrzyknięto: Mickiewicz idzie – wołali.
Wypaplałem pistolet w bunkrze, zaprosili wtedy na konspirę. Nim dotarłem, to ubowcy ich zgarnęli. Zakochana bez wzajemności Ala z ogólniaka ich sypnęła, a potem z rozpaczy rzuciła się do kanału.
Na Sąd pokazowy w karnych szeregach nauczycieli zaprowadzili, siedzieli skuci, posiniaczeni, bladzi. Prokurator się pieni, sługusy zgniłego imperializmu – wołał na nich. Nogi ze strachu zadygotały, kiedy palcem wskazywał na salę i patrzył wzrokiem bazyliszka. Myślałem, że o pistolecie już wie. Dziewczęta mdlały jak do wiezienia ich zabierali.
Halina obok mnie lamentowała – Jurku w ciąży z Tobą jestem, osiemnaście lat miał i piętnaście kryminału dostał.
Klasy maturalne rozparcelowali, mnie do jedenastej pedagogicznej dali. Od chaty do chaty chodziliśmy z tekstem „wstąp do spółdzielni produkcyjnej”. W remizie strażackiej czytałem referat o kolektywnym raju, „nie bójcie się Kulaków” akcentowałem głośno, podkreślone słowa te czerwonym ołówkiem musiałem powtarzać trzy razy „Nie bójcie się".
Wtedy stary człowiek powiedział – synku, czytasz banialuki. Chociaż z Kresów jestem, zaniemówiłem z wrażenia, na sali zaległa śmiertelna cisza. A potem rozległ się gromki rozkaz wyprowadzić stare bydlę do obory, faktycznie w kajdankach pojechał do Elbląga. Po maturze na koloni dzieci pracowników stoczni bawiłem. Zalew Wiślany w Tolkmicku błyszczał lipcowym słońcem, ciepła woda zachęcała rozbrykanych urwisów do kąpieli.
Życie piękne, smarując plecy kremem, mówiła kierowniczka koloni, przyjdź po capstrzyk, to cię rozprawiczy. Nie przyszedłem, naburmuszona nie odzywała się cały dnie, wieczorem przy ognisku przerwała mnie pogadankę o pionierach radzieckich i poinformowała o kradzieży dziesięciu złoty z kasy kolonistów, podejrzenie rzucono na mnie i nie było pomiłuj. Sąd w Elblągu na dziesięć miesięcy w zawieszeniu skazał. „O niesprawiedliwie” wołali wychowawcy i przyjaciel, tego nie zrobił „Była kradzież i przestępca musi być” ripostował prokurator.
Kiedy wychodziłem z gmachu sprawiedliwości, jakiś facet zagadał – „nie ma sytuacji bez wyjścia". Szkoła oficerska takich kozaków potrzebuje, zastanów się, radził.
MŁODOŚĆ NA ROZDROŻU
Na Krakowskim Przedmieściu wśród ruin kwiaciarka różami pachniała, oczy jak niezapominajka, każdego dnia dla mnie inny uśmiech miała.
Rozpromieniony obok ojca byłem – synku kupimy dom – pociesza. Czułem zapach róż kwiaciarki i mówiłem tak, tak kupimy maleńki domek na Mariensztacie.
Ale milicja pewnego dnia zawiozła do Elbląga, łamać nakazu pracy nie wolno wrzeszczeli, władza ludowa dała zawód nauczyciela, musisz pracować, kierownik szkoły obiecał im że przodownikiem pracy zostanę.
Inżynierem chcę być – pisałem prośbę, zaoczne studia pedagogiczne dali i kazali cicho być.
Dzieci recytowały wiersze o Stalinie, ojciec wszedł do klasy, za głowę się chwycił.
– Brata w Syberii głodem morzy, walczyłem z nim w 1920 rok, a ty uczysz chwalić potwora?
– Nie pamiętasz, jak enkawudzista matkę gwałcił? Słuchając ojca, zastanawiałem się, jak się wyrwać z tej dziury?
Nie długo wezwano do UB. Na ścianach wisiały plakaty „nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera".
Funkcjonariusz akta moje pokazał i wycedził, wyrok umorzymy, jeśli w szkołę oficerską wstąpisz.
Komendantem szkoły pułkownik sowiecki, podobny do „naszego" enkawudzisty, jak dwie krople wody. I koszmarne sny z nim krzykiem budziły kolegów, powiedziałem, że powinien nadziać polski mundur to znikną te krzyki. Lekarze uznali zmory nocne za symulacje, dostałem dwadzieścia dni ścisłego aresztu.
Pisałem raporty o zwolnienie ze szkoły dwa lata i wreszcie pod eskortą jechałem do jednostki karnej w Krośnie Odrzańskim.
W gospodarstwie rolnym z podobnymi buntownikami tyrałem. Na pola spadały ulotki z „Wolnej Europy”. Wiejemy tam chłopaki, tyrać przy burakach trzy lata, nie ma sensu.– Racja – zawtórowali, któryś dodał – z bronią w ręku łatwiej!
Czas wykruszył imiona i twarze uczestników tego spisku. Zapisałem się do ZM, w gazetce ściennej gromiłem zgniły kapitalizm, awansowałem na aktywistę kompani.
Napisz wiersz o wojsku powiedział politru, tak jest odpowiedziałem, ku memu i jego zdumieniu ukazał się w gazecie „Za Polskę ludową”, nagrodę przyniósł do koszar. A oto jego fragment: „Na ćwiczenia oddział kroczy przez ulice, pola, las, a dziewczęta patrzą w oczy powiewem chusty żegnają nas! Hej dziewczęta miłe piękne, to piechurów dzielna brać, każdy umie celnie strzelać, do niewoli serca brać!”.
Był przepustką do wolności, kompanią wyjeżdżałem dom spółdzielni produkcyjnej na czyny społeczny, kosa świstała w dłoniach, snopki wiązały dziewuch, sukienki wiatr na głowy im zarzucał. Za mundurem szły sznurem, a babki szemrały, skaranie boże. Mężowie w kici, zdziry się łajdaczą, świetlicy recytowałem swój wiersz, sala pełna kobiet. Klaskały, a potem noc pod gwiazdami i moich dwadzieścia lat gorących od jej pocałunków. Do koszar kompania odjeżdżała, dziewczęta śpiewały mój wiersz i wiewem chust żegnały.
Służba wartownicza umożliwiała dostęp do broni, dopingowała do ucieczki, bieg wypadków potoczył się błyskawicznie.
Niewtajemniczonych wartowników dowódca zmiany poczęstował wódką zmieszaną z bromem, spali jak zabici. Wyjąłem im zamki z karabinów i wrzuciłem do szamba, po czym wybiegłem z wartowni o świcie, a za mną jeszcze dwaj koledzy. Umownym szlakiem zmierzaliśmy do leśniczówki, pozostali na widok oficera stchórzyli i nas sypnęli.
Samochodem gonili oficerowi, na wezwania „stój" biegliśmy do lasu, otworzyli ogień. Kolega trafiony cichutko pisnął i padł jak podcięty kłos u moich nóg, a potem drugi przewrócił się dalej w snopkach owsa. Biegłem, odstrzeliwując się, trafiłem w oponę, samochód pokoziołkował do rowu, przez zagajniki dotarłem do PGR, kierownika prosiłem, by uruchomił samochód. Zamierzałem uciekać nim daleko, a on kluczyk od stacyjki wrzucił do studni, straszył sądem polowym, kiedy nie chciał podpalić traktorów, walnąłem go kolbą, jęcząc, pobiegł do leśniczówki. Puściłem ją z dymem, taka była umowa, w razie wsypy podpalamy i uciekamy wzdłuż strumyka w kierunku granicy. Na szosie zabrałem komuś rower i pedałowałem leśną drogą przed siebie, byle dalej od jednostki. Poczułem ból, kapała krew z nogi, bagnetem rozerwałem koszulę i zabandażowałem rany. Słońce chyliło się ku zachodowi, dzięcioł pukał w sosny, kukułka wyliczała komuś lata, a kiedy prosiłem o swoje, umilkła. Nad strumykiem płynęła siwa mgła, ogarniała trwożną samotnością. Z odbezpieczonym karabinem kuśtykałem w głąb lasu, rower z pękniętą dętką ze skrawkami koszuli został pod sosną. Dał ślad wilczurom, których ujadanie czułem na karku. Strumykiem podążałem, by zmylić ślad. Resztkami sił wlazłem w gęstwinę jodły. Niedaleko zatrzymało się dwóch wopistów za swoją potrzebą.
– Pobiegł ku granicy, wracamy do grupy. – Usłyszałem ich słowa.
Wiatr kołysał konary, z nogi kapała krew na gałęzie, z góry, zobaczyłem domek, z komina unosił się dym, iść tam, czy nie? Z bólem zlazłem z drzewa, w ładownicy sporo naboi, jeden dla mnie, myślałem i ruszyłem w kierunku chatki.
Stary drwal na ganku stał i wzrokiem zakamarki duszy mojej świdrował. – Z wojny wracasz, czy uciekasz przed wrogiem? – Uciekam. – tak myślałem. – Mamy gościa – powiedział do żony.
Wypiłem gorące mleko z miodem, prosiłem o bandaż. Obmyli ranę i obandażowali pociętym prześcieradłem. Drwal powiedział niepytany, że do granicy dziesięć kilometrów, wyruszysz o świcie, będziesz tam przed zmianą warty. Niech Bóg prowadzi ciebie samobójco. Szybko usnąłem. Nad ranem niewidzialna siła zerwała z łóżka i kazała uciekać, zdawało się, że słyszę głos – skacz przez okno. Nim zdążyłem zapiąć guziki munduru, rozległ się łomot w drzwi, a potem seria z automatu i krzyki drwala.
Rzuciłem się do okna, strzeliłem na oślep, ktoś w pelerynie padł, zabrałem mu automat i ostrzeliwując, uciekałem, a do lasu kilkanaście metrów było. Wtedy nagle wopista wyskoczył spod krzaka, nie słyszałem jego strzału, nieokreślony paraliż położył mnie na ziemię. Przytomność odzyskałem w szpitalu.
Z bólu i strachu mąciło się w głowie, przy łóżku stali oficerowie z Informacji Wojskowej, w drzwiach wartownika z depeszą. Nie odpowiadałem na ich krzykliwe pytania – „gdzie wspólnicy, gdzie nadajnik zdrajco ojczyzny ludowej?".
Do rozmowy mnie zmuszano szpikulcem chirurgicznym, drażniąc utkwioną w obojczyku kulę. Na korytarzu więziennym, dowódcę warty zobaczyłem, krew z pokiereszowanej twarzy kapała, szepnął – „sypnęli nas koledzy".
Przesłuchania sprawiły, że nie wiedziałem, jak się nazywam, aż wylądowałem w wariatkowie.
W pojedynczej, zbiorowej celi siedziałem, kryminaliści polityczni w niej rej wodzili, łóżka piętrowe i na betonie spanie, jeden obok drugiego, jak śledzie w beczce.
Nie znałeś dnia i godziny, kiedy powloką z zawiązanymi oczyma i palną w łeb. Cudem w wariatkowie się znalazłem. Wrabiają w dywersję, szpiegostwo – szeptał przyjaciel niedoli, a psycholem w kaftanach leżeli, spokojniejsi snuli się po korytarzu, w zakratowane okna gapili, lub w kuckach z głową na kolanach mamrotali. Dumni generałowie innych na baczność stawiali, bezwzględnie. Stalin jak wpadał w szał, miał pianę na ustach, wrzeszczał – szaj, Hitler kaput, dostawał zastrzyk i spał jak suseł.
Nałogowy wędkarz łowił w wannie ryby. Spytany – dużo złowiłeś? Odpowiadał – coś ty wariat, ryby w wannie chcesz na wędkę chwycić? Uśmiechał się i dodawał, teraz wszyscy biorą tylko one nie chcą, najlepiej łowić w mętnej wodzie bez jedzenia i picia, mącił wodę palcem i nie jadł, ile, przez rurkę go karmiono. Symulantów trudno odróżnić wśród szaleńców.
W stanie krytycznym tu mnie przywieźli, na swoje nazwisko nie reagowałem. Lekarz, żydówka pamięć przywracała wstrząsami elektrycznymi.
W kaftanie bezpieczeństwa ze „słuchawkami” na głowie i drewienkiem między zębami, żeby języka nie ogryźć leżałem na kozetce. Nim nacisnęła guziczek, szeptał – „może wreszcie przemówisz” i oblizywała lubieżnie wargę, pachniała zagranicznymi perfumami. Najstraszniejszy moment to oczekiwanie, potem nogi po suficie latały i film się urywał. Odzyskując świadomość, słyszałem pytanie – „jak się nazywasz?”. Milczałem wpatrzony w muchę pełzającą po żarówce, kołysząc się w biodrach wychodziła z sali, wariaci rozbierali ją oczyma i onanizowali się w łóżkach aż sprężyny skrzypiały.
Na pawilonie kaesiaków, pukaniem w ścianę obwieszczali, kiedy skazańca do Abrahama z celi wlekli, ręce wykręcone do tyłu, powietrze ustami chwytał, płakał, oni – „Dla zdrajców ojczyzny nie ma litości!”. Aluminiowy kubek zostawał i strach w oczach pozostałych. Czekali na podobny los.
Pukania takie w noc wigilijną 1949 roku wielokrotnie rozlegały się we Wronkach – opowiadał w skrytości, kiedy pielęgniarze grali w karty, a psycholem spokojnie małpowali.
Zawiązywali i mnie oczy, prowadzili pod ścianę i strzelali, myślałem, że już u Abrahama jestem. Oni rechotali – Zeznasz, że szpiegiem jesteś. Pisałem listy pożegnalne i biały gołąbek przylatywał na moje kraty, traciłem poczucie czasu i rzeczywistości.
– Jak się nazywasz, ile was było – pytali w koło Macieja.
Milczałem, i słyszałem jakoby szum lasu i wołanie mamy „biegnij synku, tu pełno borowików”. Nie czułem bólu, a tylko zapach borowików. Unosiłem się nijako w tym szumie i uśmiechałem się do mamy. Zwariował, powiedział śledczy, o, felczera oddziałowy prowadzi, wieżyczki strażnicze z lufami cekaemów, wysokie mury okolone drutem kolczastym, napawały grozą. Obok nich chodzili strażnicy z wilczurami, na mój widok szczerzyły kły. Oddziałowy uśmiechając się, powiedział – pilnuj, włos z głowy nie spadnie, jak wyjdziesz z tego żywy, posiedzisz do zasranej śmierci, nie chciałeś być oficerem, będziesz kryminalistą.
Był to forna, pisać nie umiał, ale wierzył, że jak się wytępi wroga, w kraju raj będzie, podobni do niego pracowali w bezpiece, milicji.
Chorąży w białym kitlu otworzył drzwi.– To co za potworek. Wskazał na mnie palcem. – Nie wiem towarzyszu. Stukając obcasami, powiedział oddziałowy i wręczył kopertę, zerknął na kartkę w niej zawartą. Spojrzał wzrokiem bazyliszka, ciarki przeszły niby prąd, takiego zabójczego wzroku do dzisiaj nie spotkałem.– Jak się nazywasz? – pytał, pukając w kolano pałeczką.– Jak się nazywasz? – powtarzał pytanie.– Czemu pan nie słucha mojego lasu jak szumi? – odpowiadałem smutnie. Łzy leciały mi z oczu. – Spieprzaj z nim na korytarz syknął przez zęby.
Siedziałem na zydlu, nogi dygotały, chodaki uderzały rytmicznie o posadzkę.– Trzęsiesz się jak galaretka, powiedz lepiej, co jeszcze słyszysz?– Głos mamy. – odpowiedziałem.
Chorąży przez uchylone drzwi dał klawiszowi zalakowaną kopertę i warknął
– Do wariatkowa z tym gnojkiem.– Tak jest – odpowiedział i prowadził do wyjścia.
Stukałem chodakami po bruku, on podawał komendę – w lewo, w prawo marsz, idź prosto.– Patrz, na oknach kaesiaków gołębie – powiedział, skazańcy na skrzydłach ich kładą pożegnalne myśli...
W celi przez judasza obserwowali co robię. Stałem niby kołek wbity w ziemię, a myślami piłowałem kratę, za którą siedział skrzydlaty przyjaciel. Nie miałem sił, by kruszynkę wrzucić, okienko maleńkie wysoko, poniemieckie więzienie, ponoć w piwnicy stała gilotyna i szubienica z czasów Bismarcka.
Kapuśniak w aluminiowej misie i zbożowa kawa w kubku stały na taborecie nietknięte. Gapiłem się w obłoki, płynęły i znikały za więziennymi wieżyczkami. Gołąbek odfrunął, nie wrócił więcej.
Zjadł go więzień, co siedział bez jedzenia. Wciągnął przez kratę, ino Bóg wie, powiedział klawisz. Na prześcieradle głodomora powiesili więźniowie, gołąb dla kryminalistów świętością był.
I pewnej nocy otworzyli drzwi. Ubieraj się – rozkazali. Słaniałem się, myślałem, że to koniec, nogi dygotały, po pustym korytarzu, szurałem, rozlegały się echa chodaków i ich kocie tup, tup. Na placu, smugi reflektorów z wieżyczek oślepiały, wykręcili mi ręce do tyłu i nałożyli kajdany. Wepchnęli do suki, ciemno jak w kominie. Jechałem w nieznane nie wiadomo ile godzin, a kiedy nagle zatrzymali się, myślałem, że rozwalą i zakopią pod jakimś drzewkiem, bo tak robili w latach pięćdziesiątych.
W psychiatryku w szarej piżamie stałem niby czapla w jednym miejscu, to tu pawilon podsądnych drutem kolczastym od wolnościowych wariatów oddzielał. Machali rękoma, uśmiechali się do nas.
Pory roku zmieniały barwy i nastrój. Nagie konary zimą chybotały, a wiosną w jednym listku zielonym widziałem wiosnę z daleka, wracała wiara w człowiek. Jesienią deszcz na szybach płakał, krajał serce na plasterki, wtedy na skrzydłach myśli leciałem całować łzy matczyne, ale trzeba drugi raz się narodzić, by wszystkie scałować i naprawić zło, jakie jej uczyniłem. I tak mijały miesiące, moje życie wisiało na włosku. Upierdliwi wariaci stali się jak chleb powszedni, nawet Ci, co zamieniając się w jabłko i gruszkę, wskakiwali na stołki, parapety i gromko pytali jeden drugiego – dojrzała? –A to spadajmy. Chodzili z potłuczonymi kolanami, posiniaczeni. Często dojrzewali i spadali.
Kiedyś przez uchylone okno usłyszałem, jak ludzie z parku radośnie wołali – Gomółka wrócił do władzy, trzymajcie się.
Pielęgniarze uśmiechali do nas, nadzieja zajrzała w serca, zakratowane okna zajaśniały słońcem wolności.
Ojciec z bratem na widzenie przyjechali. Tato kochany, braciszku drogi wyrwać się z ust chciały słowa. Zaciskałem jednak zęby i patrzyłem tępo przed siebie. Piękna Żydówka z wlepionym wzrokiem w moją twarz, czekała kiedy przemówię. Serce krajało się na plasterki, milczałem jak grób. Trzymać język za zębami nauczyła krata więzienna. Było to po pięciu latach spotkanie z rodziną.
W 1956 roku funkcjonariusze przywieźli do domu, rodzice poczęstowali wódką i wzniosłem toast za wolność w towarzystwie bezpieki.– Jak się pan miewa na wolności? – pytali potem w swoich gabinetach.– Szukam pracy.– Trzeba na rehabilitację czekać.
Wiesiek, Wiesiek darłem się na wiecach. Jemu zawdzięczam wolność – mówiłem. – Teraz żyć na własny rachunek i to co się stało niechaj nauczką będzie do końca życia.– Dobrze tatuś. – przyrzekałem.– Żadna chmura nie zasłoni wiecznie słońca i żadna władza nie trwa długo. Życie jedno i szkoda go marnować dla ideałów. Może i lucyper rządzić, byleby żyć godnie ludziom było. O przeszłości, by nie dręczyła zmień wspomnienie. Niech budują socjalizm, zbrodniarzom stawiają pomniki i bełkoczą o miłości bliźniego. Ty szukaj siebie w Sobie. Słuchaj wewnętrznego głosu, a zrozumiesz, że nie warto nadstawiać karku za skurwysynów.
Słowa ojca niestety późno trafiły do serca i umysłu.
Nie szczerzę kłów do wrogów z przeszłości, nie złorzeczę. Zbrodniarzy nazywają bohaterami. Na pochowek zbieram. Demokracja katolicka łoża na wieczne spanie daje za darmo tylko „Męczennikom" z „Solidarności”. Ich rodzinki dostają miliony za cierpienie wielkie, a Państwowy Instytut Pamięci Narodowej wydaje o nich dzieła wiekopomne kosztem podatników. A Ty robaczku boży póki żyw módl się i cierp, płać podatki i na kościołek biedny dawaj datki!
PIERWSZA PRACA
W 1957 roku naczelnik wydziału oświaty przeczytał decyzję komisji rehabilitacyjnej i oświadczył, jednoklasówkę z kierowniczym stanowiskiem otrzymasz, ale tam.. Głos zawiesił i spojrzał w oczy niby śledczy. Ale co? – zapytałem. Duchy straszą, będziesz szóstym nauczycielem w tym roku, poprzedniczka w szpitalu leczy nerwy. Zgadzasz się? Strachy na lachy, w więzieniu gorzej się bałem i wytrzymałem. Masz rację powiedział przyjaźni, dwadzieścia pięć lat masz, w tym sześć za kratkami, to małe piwko w dużym kuflu dla ojczyzny, ale dla Ciebie bardzo wiele, straconych lat i w stu koni nikt nie dogoni, z duchami poradzisz.
Przewodniczący komitetu rodzicielskiego z sekretarzem komórki PZPR saniami zawieźli, sosny i dróżka leśna przypominały moją ucieczkę na zachód. Z zadumy wyrwał sekretarz: „Wypijemy na rozgrzewkę”. Alkohol rozwiązał język, powiedział, kto łotr, a kto anioł, czyje córki się puszczają, a które tylko dają. Czyje dzieci ślubne, chrzczone, a które bachory. Zrozumiałem, że tylko ich rodziny najlepsze, z nimi powinienem trzymać sztamę, a będę miał jak pączek w maśle. Butelka zaświeciła dnem, zaległa cisza, przerywana od czasu do czasu głośnym wio, wio. Wieziemy pana kierownika do szkoły, i wio wołał sekretarz, a dzwoneczki wtórowały dzyń, dzyń!
Czy dam radę? Święcona woda księdza i nocne dyżury chłopów duchów nie zmogły, zadawałem sobie pytanie, patrząc na szkołę. Stała zamknięta drugi miesiąc, ludność pomieszana, zaburzani autochtoni z Polskim centralne, dzieci ich miałem uczyć w klasach łączonych na dwie zmiany, pierwszą klasę z drugą, a trzecią z czwartą.
Zasypana śniegiem mieniła się jakąś magią, oblodzone gałęzie uginały się nad dachem, rzucały tajemnicze iskierki, wokół żywej duszy nie było widać. Jutro woźna odgarnie śnieg i napali w piecach, zwołamy zebranie rodzicielskie. Teraz zapraszam na kolację i nocleg – powiedział przewodniczący. Z uśmiechem postawił pękatą butelkę na stole, z kuchni dolatywał zapach smażonej kiełbasy.
Furmanek pod szkołę, jak na targu, dzieciaki bawiły się w śnieżki, z przewodniczącym i duszą na ramieniu szedłem na pierwsze w życiu zebranie rodzicielskie. Na mój widok otworzyły usta jak pisklęta dzioby, a oczyma jak słońcem ogrzały moje serce. Pomachałem ręką, rzuciłem kulkę śniegu w ich gromadkę, uśmiechnęły się im buzie, a jasnowłosa z oczami anioła wyszeptała: „a nie uciekniesz pan od nas?”. Podniosłem ponad głowę i powiedziałem – ależ nie. Jutro rano zapraszam do szkoły. Przyjdziecie? Ta, ta, ta, krzyczeli radośnie i podskakiwali.
Sala pękała w szwach, ściany podpierały ciotki dewotki i cnotliwe panienki na wydaniu, a wśród nich stał oparty o piec ksiądz – katecheta, a zarazem proboszcz parafii.
Powitano nas oklaskami. W orędziu do rodziców zawarłem dziecięce marzenia z Kresów i tęsknoty zza kraty. I obiecałem, że nauczę dzieci rozmawiać z gwiazdami i wędrować ze słońcem po niebie. Liczyć, dodawać i mnożyć zielone listki na jabłonkach wiosną w szkolnym sadzie. Słuchać, jak trawa rośnie na miedzy sąsiada. A na wycieczkach leśnych ptaki i krasnale, a może i liski chytruski włożą nam miłość do serca i odsłonią tajemnice przyrody. A was proszę tylko, ogrzejcie nam szkołę, póki jaskółka nie przyniesie nam wiosny. Wtedy wyjdziemy z ławek na łono natury. Policzymy wasze zaorane skiby i posłuchamy piosenek skowronka.
Gapili się, jak na faceta nie z tej ziemi, z rozdziawionymi gębami jak ich dzieci. Tylko dziadek z kulawą nogą gładził brodę i uśmiechał się do mnie. Zebranie się skończyło, a potem jeszcze debatowali w grupach. Uchwalili, że będę jadać u gospodarza, a świeże mleko, masło, ser i jajka będzie przynosić woźna.
Nadwyżki żywności odwoziłem do rodziców, u nich wtedy nie przelewało się. Wrastałem powoli w środowisko. A kiedy w klasie zdjąłem świętą trójcę: Stalin, Lenina i Marks, a powiesiłem nad krzyżykiem godło, chłopi przy sklepie zdejmowali czapki, a panienki uśmiechały się zalotnie.
Zaległości w nauczaniu spowodowane duchem nadrobiłem i byłem na bieżąco. Pomoce naukowe prócz tablicy stanowiły nasze wyobrażenia i świat widziany z okna klasy. Tabliczki mnożenia uczyłem na palcach rąk i nóg: pokaż dwa i jeszcze dwa, a dwa po dwa to też cztery.
W podobny sposób wyliczyły ilość mieszkańców wioski. Na boisku zbudowały pałac Królowej Śniegu, wśród wiekowych drzew obsypanych płatkami śniegu budził podziw. Takiego cudu tu nigdy nie widziałam – powiedziała woźna. Chłopi zatrzymywali furmanki i przyglądali się, jak ich dzieci rozmawiają z niewidoczną śnieżynką. Po tygodniu gościny przeniosłem się do szkoły, spenetrowałem ją od strychu aż do piwnicy i uchybień w zabezpieczeniu nie stwierdziłem.
W pokoju sypialnym szafa poniemiecka, dwa krzesła i drewniane łóżka. Nad szczerbatym lustrem, zamazanym szminką wisiała zakopcona lampa naftowa. Łóżko skrzypi, żadnej nie przepuścił leśniczy. Trzeba spalić – radziła woźna.
Pisałem konspekty i inwentaryzowałem bibliotekę. Dominowały dzieła Lenina, Stalina, Marksa, Engelsa. Luter palił bulę papieską, to ich dzieła spalę w sadzie – postanowiłem. Ogień sięgał drzew, a dzieci wciąż wrzucały „święte księgi” do ogniska. Z dymem poszło i skrzypiące łoże kochliwych nauczycielek. Zadanie domowe brzmiało „Opisz nasze pierwsze ognisko”.
Namieszało ono więcej, niż pijany zając w kapuście. Nauczyciel spalił Stalina, a duchy przestały straszyć – stugębna wieść poleciała przez wieś. Uderzyła w dzwony parafialne i spadła na biurka powiatowych prominentów. Od tego momentu w koszyku prócz szynki i wiejskiej kiełbasy dokładano miód i nalewkę od siedmiu boleści. Zawoziłem te rarytasy do domu, a ojciec szczególnie chwalił nalewkę i cieszył się, że pracuję i stronię od polityki.
Wiejskie dewotki trąbiły, że pan Bóg zesłał nauczyciela, a katecheta dzieciom mawia, że wasz Pan dostaje wsparcie z niebios i za nim pójdą inni. Istotnie, w szkołach gromady zapłonęły podobne ogniska. I wtedy sekretarz z miną wisielca wręczył wezwanie do powiatu i powiedział: „modlę za szczęśliwy powrót do szkoły”. Szef bezpieczeństwa przywitał pytaniem: „kiedy uciekam ponownie na zachód?”. Nic dwa razy się nie zdarza – odpowiedziałem. Niosę kaganek oświaty w wiosce, z której uciekały wasze aktywistki, a ostatnia ponoć leży w szpitalu. Teraz Gomółka, Stalin kipnął. Macie rację – powiedział pojednawczo. Ale za waszym przykładem palą inne szkoły, a my jeszcze w sprawie Stalina nie mamy wytycznych, rozumiecie? Jego nikt nie czytał dobrowolnie i przedtem, a mnie potrzebne półki na dzieła Gomółki, zakładam wiejską bibliotekę. Czy mnie rozumiecie? Rozumiem, a jak z duchami – zapytał na odchodne? Nie nachodzą – odpowiedziałem.
Na powiatowej konferencji kierowników szkół zaśpiewano sto lat. W wyniku ognistej dyskusji rzucono hasło „zamiast palić, dać go na makulaturę”. Rozpoczęło się współzawodnictwo w zbiórce makulatury ku uczczeniu rocznicy zwycięstwa Armii Radzieckiej nad faszyzmem. Zniekształcając prawdę, „Głos Olsztyński” napisał, że kierownik jednoklasówki oddalonej od świata złą drogą zainicjował powiatowe współzawodnictwo i wezwał wszystkie szkoły do tego szlachetnego działania. Cała wieś znosiła makulaturę, a ksiądz z plebanii przywoził ją furmanką. Traktorem z pegeeru odwożono do punktu skupu. Jako lider powiatu, pojechałem na wojewódzki zlot przodowników pracy. Sekretarz propagandy wręczył odbiornik radiowy "PIONIER" i dyplom uznania za zajęcie pierwszego miejsca. Z kuratorium otrzymałem zbiór poezji Mickiewicza.
W zimowe wieczory, przy lampie naftowej czytałem „precz z mego serca, posłucham od razu, precz z mej pamięci. Nie tego rozkazu nie posłucham”. Nie mogłem szybko zasnąć, krata więzienna jeszcze zrywała się, a nocne słuchanie „Wolnej Europy” utrudniało duchowi dostęp do mojej grzesznej duszy.
LEŚNICZY W SZKOLE
Dubeltówka przy tablicy, a na środku klasy leśniczy opowiadał o borsukach i lisach, kukułkach i dzięciołach i czarnej czapli w mokradłach, co to godzinami stoi nieruchomo i udaje martwą. Mówił o piżmowcach i zachęcał do łowienia ich. Słuchały z otwartymi buziami, cisza jakby makiem zasiał. Nawet Jasio w nosie nie dłubał, kumał.
Zapraszał do lasu sadzić maleńkie drzewka, pachną żywicą powiedział. Przyjedziecie jutro z panem?
Tak, odpowiedziały gromko.
Patrzyłem na szkolny sad, wiosna roztaczała w nim barwne uroki i pachniała niby usta kochanki. Nad jabłonkami unosiły się pszczoły i srebrno złote motylki. Może założę pasiekę pszczół, sześć hektarów szkolnej ziemi rzepakiem zasiać – rozmyślałem.
Idąc z nim do leśniczówki, o zamiarze tym powiedziałem, a on na to „kto ma pszczoły, to ma miód”. Pomogę kupić ul, na listę płacy drwala wciągnął, pracę wykonają chłopki – roztropki, za drewno na opał. I w ten sposób zadowolimy wiele osób, plan wyrębu wykonam, połowę kasy mnie dasz i mordę w kubeł.
Dzieci posadzą las ku chwale władzy ludowej, a ty pojedziesz na zlot przodowników pracy. Trzeba umieć budować socjalizm! Zgoda? Umowa stoi, odpowiedziałem...
Napomknął o grze w pokera z księdzem i rekinami z powiatu. Można się na nich obłowić, nauczę jak rozbijać bank! Z torbami pościmy namiestnika Chrystusa, panów prokuratorów i ginekologa też. Znasz porzekadła „jedna spraw, druga sprawa” i samochód marki „warszawa”. Jedna picz, druga picza i masz „Moskwicza”. Nie ma co żałować drania, żyć po partyjnemu trzeba, powiedział, nalewając do szklanic jałowcówkę. Obiad podawały dwie ponętne damy, rozłożyste w biodrach, jak łanie kołysały kuperkami, to córki niemieckiego gajowego, co zginął pod Stalingradem. Fajnie gotują, a jeszcze lepiej masują, najdzie chcica, ale tu jak w dym – zachęcał.
Na furmankach polną drogą jechały dzieci do lasu, śpiewały szkolny hymn „tańcowała igła z nitką”. Aldonka obejmowała za szyję i mówiła „nie puszczę, modlą się za pana” pod figurką, skąd ty to wiesz? Od baby, ona tam od rana ze świętą panienką rozmawia o panu. Gawędząc, dojechaliśmy do leśnej polany, sadzonki i łopatki tam czekały. Leśniczy rozdając je, mówił, z patosem
– jodełka wsadzona ręką dziecka w ziemię polską, to gwóźdź do trumny zgniłego imperializmu.
Za dwadzieścia lat wyrośnie tu zielony las, wiecznie będzie śpiewać piosenki, ocalą one ten dzień od zapomnienia, tak czynią i dorośli ku czci tysiąclecia ojczyzny. Jej rocznicę pod sztandarem PZPR trudem rąk i wysiłkiem umysłów sławią, chcecie w tym współzawodniczyć? – zapytał. Tak – rozległa się chóralna odpowiedź i echem poleciała na krańce lasu.
Ku zdumieniu rodziców, moja szkoła została przodownikiem pracy, każde dziecko posadziło po dwa tysiące drzewek. To nie prawda – zauważyłem. Nie szkodzi, posadzą inni, wojsko, więźniowie. W lesie nic nie ginie – odpowiedział leśniczy i podsunął listę płacy do podpisu. Zarobiłeś półtora tysiąca złotych, wypłacił jednak połowę. I dzielić się będziemy tak zawsze, jesteś fikcyjnym drwalem, ucz się budować socjalizm i grać w pokera z frajerami. Ale karta w ręku to nie siekiera, poznać trzeba tajniki gry, nie od razu Kraków zbudowano. Z tajemniczym uśmieszkiem potem podał opieczętowaną kopertę i powiedział – otwórz. Był tam dyplom uznania za zajęcie pierwszego miejsca w sadzenia lasu oraz talon na motocykl. Star, to dobry początek na drodze do socjalizmu – powiedział. No to siup za przyszły twój czerwony dziob. Stukałem się szklanicami, aż w butelce zaświeciło puste dno. Żegnając się, prosił: „postaraj się wypełnić deklarację partyjną”.
W szkole wystawę: „My i nasz las” podziwiali rodzice. Dzieci pisały wypracowanie o mieszkańcach borów, chwaliły leśniczego, dostał książeczkę, kolorowe ołówki i pocztówki. Obiecywał podobną frajdę i dorodną choinkę na gwiazdkę.
Mijały szybko miesiące, za oknem spacerowała zima. Życie kulturalno–oświatowe ogniskowało się w szkole. Kino objazdowe ściągało okoliczną ludność. Filmy radzieckie i kroniki o budowie socjalizmu wzbudzały niekłamane zainteresowanie, a spotkania z ludźmi kultury
były wielkim wydarzeniem. Gałczyński recytował wiersze o Warmii, lekarze obalali mit o bocianie, co dzieci pod strzechę przynosi.
Święto na cztery fajerki jednak było na szkolnej choince. Leśniczy przywiózł jodełkę w saniach, dzieci wniosły do klasy, na pracach ręcznych tworzyły zabawki, i wieszały na gałązkach pachnących żywicą. Upiększały ją jeszcze łańcuszkami. Była to ostatnia z udziałem księdza choinka. Na drugi rok religię ze szkoły wypędzono do kościoła. Kolędy, inscenizacje wierszy dzieci prezentowały rodzicom. Klasa pękała w szwach, stali na korytarzu, na schodach. Dorobek wbity do ich głów moimi metodami nauczania oklaskiwano.
Występy Mikołaja z workiem pełnym podarków i rózgą pod pachą uwieńczyły magią ten wieczór. Za oknem niebo srebrzyło od gwiazd, betlejemska była już wśród nas. Stoły uginały się od jadła i wódki, dyskusja kończyła bełkotliwie nad ranem. Paczki od Mikołaja dla mnie leżały w kancelarii na stole, były tam też listy od Boga „nie zostawiaj tych dziatek na pastwę losu, żeń się z dziewuchą sołtysa i bądź tu na zawsze”. Studia zaoczne, ładne dwumiesięczne wakacje z możliwością pracy, bezpłatne wycieczki do bratnich krajów też obiecał. Ale szatan pogmatwał te intencji, o niebieskookiej. Uległem jak każdy zakochany. Kiedy obudziłem się z ręką w nocniku, rechotał. Na frasunek dobry trunek – mówił.
Ale wtedy w noc wigilijną nie mogłem zasnąć, jak wiatrak kręciły się myśli wokół listu boga, kiedy pomyślałem o niebieskookiej, wyobraźnia pomknęła w jej rewiry. Orgazm senny zerwał z łóżka. Do okna zaglądało wschodząc słońce, na parapecie gruchały gołębie. Goląc się, pytałem siebie i co dalej człowieku? Życie piękne, porywające, a różne drogi prowadzą do szczęścia. Miłość, pieniądze, nauka, co wybrać, by zrekompensować stracony czas?
GOSPOSIA KSIĘDZA
Gdybym umiał połączyć serce z rozumem, nie popełniłbym w życiu błędów tyle...
Pensja i dochody z kursów dla dorosłych pozwoliły na zakup roweru. Dwukołowy przyjaciel budził podziw na wsi, konkurował z klamotami niemieckimi bez części zamiennych. Organizowałem wyciąg gromadzki, wyścig pokoju. Sekretarz partii klepnął dłonią po ramieniu, i powiedział: „jesteś dobrym kandydatem do partii”. Słowa te puściłem między uszami, marzyłem o szczęściu w nauce i miłości. Cieszyłem się odzyskaną wolnością, jeździłem na ryby drogą obok plebanii. Wtedy Magda otwierała okno i pozdrawiała, przykładając palce do ust. W rozpiętej białej sukience cyce jak dzwony kościelne kołysały, zapraszały na lubieżne roraty. Gumka w majtach prężyła się, fiut stawał na baczność, gotów do działania. Z gosposią katechety swawolić nie uchodzi, co ludzie powiedzą? I pedałowałem za wzgórza, tam mistyczne, zadumane jezioro było. Otoczone sosnowym lasem sprawiało wrażenie oazy spokoju i ciszy. Siedziałem z wędką na pochylonym konarze, a ptaki wodne w szuwarach kokosiły się majowym szczęściem. Dzięcioł w pobliżu walił dziobem w sosnę, a kukułka zaczęła wyliczać moje lata. Wtedy spławik drgnął, zanurkował ostro raz i drugi i zatańczył obertasa na cztery fajerki, a za plecami poczułem gorący oddech. Ciepłe dłonie zakryły oczy. A kuku – wyszeptała i zaczęła całować aż wędka wypadła z rąk, ryba pociągnęła ją w głębiny. Na pewno był to szczupak albo okoń. Magda jak lwica rzuciła się na mnie, zdarła majtki i dosiadła mnie niby ryba złowiona na haczyk. Całując tu i tam, mówiła takim matczynym, ciepłym głosem: „za każdym razem będzie dłużej, tak bywa u spragnionych i nie dopieszczonych facetów". Znała się na tych sztuczkach, starsza o dziesięć lat, dawała rozkosz wszechwładnie, że głowa mała. I czułem zapach „miłości z więziennych marzeń”, gdy znów dosiadała. Szumiały sosny i skowronek piosenkę dzwonił. I nie widziałem, czy to jawa, czy sen, czy tylko Magda jęczy, a kukułka kuka i dzięcioł wali w drzewo.
Gorący, spazmatyczny szept, nie spiesz się, bądź długo we mnie. Rozkosz obiecywała i zachęcała do działań. Pachniała więziennymi marzeniami wszystkich cipek świata. W nabrzmiałych jej górnych i dolnych wargach spełniały się one wielokrotnie aż do zachodu słońca. Stopy jej drżały na moich pośladkach i wystukiwały jeszcze, jeszcze... Oddawała się bez reszty. Oblewała falami rozkoszy i wciągała w swoje głębiny.
Nigdy w życiu nie było potem tyle razy. Rowerem wracałem bez ryb i wędki, a tylko z koszykiem rarytasów: cytrusy, marlboro, czekolady wedlowskie i wino mszalne zaprawione spirytusową nalewką. Tylko takie jak się potem przekonałem – jednoczyło księdza z Bogiem.
A gdzie ryby? – pytała woźna. W jeziorze – odpowiadałem. Wszyscy teraz biorą, tylko one nie chcą, takie to czasy nastały. To niech pan miejsce zmieni i da lepszą przynętę. Pomyślę – powiedziałem.
Jeździłem jednak w to same miejsce i wracałem bez ryb, a z koszykiem pełnym darów. Magda uczyła sztuki kochania i wciąż spełniała więzienne marzenia o seksie. Za każdym razem inna, nienasycona i zawsze jej było mało i mało. I mówiła: „jesteś mój, mój”. Ksiądz Jan według niej miał małą fujarkę, w sypialni uprawiał tylko francuszczyznę. Nie walił od zakrystii, jak inni księża. Ale za to hojny, dawał dolary. A cipka nie mydło, niech sobie liże, mówiła. Modli się i podli za pieniądze. Buduje w Szczawnicy dom dla brata. Należy do księży patriotów, wspiera PZPR. Wyrabia paszport i wkrótce pojedzie na studia teologiczne do Akademii Papieskiej w Padwie. Mógłbym wiele ciekawych informacji dowiedzieć się spod kruchty księdza Jana, ale na drodze stanęła panna na wydaniu, potem doświadczyłem, że nie wszystko złote, co się świeci, a pierwsza miłość ślepa i szalona.
U JANA DOBRODZIEJA
Stół uginał się od jadła i trunków, gosposia Magda w skowronkach cała, tarła udami, podając kiełbasę swojskiej roboty, ksiądz Jan popijając opowiadał:– To nie Bachus figlarny, Noe z łaski bożej, na pociechę naszą produkcję trunków zaczął, pierwszym alkoholikiem został. Nagi leżał z pępkiem do góry i wykrzykiwał do nieba zdrowie wasze w gardło nasze. Synowi, by licencji Bóg nie zabrał – biznes wzięli w swoje ręce. Antałki wina szły, jak u nas świeże bułeczki, arkami na świat cały kupcy rozwozili. Ojca pijaka na odwyk wysłał, na małej wysepce samotnie z bogiem rozmawiał, że rozum krótki jest bez wódki!
– No to siup w zniewolony dziób – ksiądz zachęcał do picia. Jak stary szewc tankował, to był dobry sługa boży i patriota wielki na powiat cały, mówił z pietyzmem o trunkach bożych i na dziewuchy do Olsztyna ze mną jeździł.
Chrystus dopiero szyki pomieszał braciom, z wody robił wino i na ostatniej wieczerze produkcję jego powierzył uczniom swoim. Wznosząc puchar rzekł „czyńcie to na moją pamiątkę” i od tego momentu licencja na trunki przeszła w ręce ziemskich namiestników Boga. W lochach klasztornych pędzono gorzałę z ziół, miodów. Benedyktynkę zna cały świat i pół Ameryk, prym w tym mają nasi zakonnicy. Potwierdził to biskup warmiński na obiadach czwartkowych u króla Stasia.
Łatwiej nawodnić pustynię niż alkoholika napoić – mawiał Jan, napełniając kryształowe pucharki. I kiedy film się urywał, Magda brała go za bary, na wyrko taszczyła. Chrapał jakoby organy na roraty grały. Gosposia klęczała u stop moich z kogucikiem się swawoliła. Potem na zebraniu wiejskim mnie chwaliła – Dobrego nauczyciela Bóg nam dał, módlcie się za niego. Ksiądz powtarzał jej słowa z ambony, choć w gardle mu suszyło i język plątał.
Parafianie – do leczenia nakłaniał. On się do butelki chował – na to rzekł organista, o wola boska, leczyć na przymus namiestnika Boga to grzech. Baby gdakały, że po pijaku Magdę pod kapliczką bzyka, to kłamstwa – usprawiedliwiał chlebodawcę,
Pielgrzymkę nauczycieli do Jasnej Góry jednak zorganizował, szedłem obok niego, byczek z buteleczki dawał. Prymas Wyszyński nawoływał, w tysiącletnią rocznicę chrztu Polski powiększajcie rodziny! Wspominał, że bez wyroku siedział w Stoczku, kilkanaście kilometrów od mojej szkoły. Ksiądz Jan chwalił się, że go wtedy spowiadał. Do celi klasztornej jadło przynosiła zakonnica wybrana z zakonu prze niego. Gadano w parafii, że była agentką, ksiądz kolaborował z czerwonymi.
W drodze powrotnej w restauracji „Pod żaglami” sponsorował rozrywkę i dziwkę w hotelu też. Tańczyła kankana i śpiewała: „koło młyna szła dziewczyna, swędziała jej cytryna i spotkała księdza Jana, co miał laskę po kolano”.
Tylko nie mów tego w parafii. Morda w kubeł biskupie, oznajmiałem. Dziwka zadzierała nogi i wolała – rozgrzesz mnie Chryste Panie! Jestem służebnicą, nałożnicą, nierządnicą Marią Magdaleną.
Dobre czasy, ale krótkie to były, następca Magdę z tobołkiem wypędził. Miejsce jej zajęła stara ropucha. Z koszykiem na żebry po wioskach chodziła, masła, jajka do plebanii znosiła i plotkami z proboszczem się dzieliła. Wykorzystywał to na ambonie, grzmiał aż uszy owieczkom bożym więdły. Mnie szepnął, że Jan do Padwy ujechał – teologię zgłębiać. Niezbadane wyroki Boże.
Parafianie też nie wylewali gorzały w rękawy. Z knajpy geesowskiej na kaczych nogach wychodzili. Komendant milicji obywatelskiej miał łeb koński i prosto szedł, a za nim telepał się pierwszy sekretarz partii mas pracujących. Też bywałem w ich gronie. Nad ranem wracałem do szkoły. Przewodniczący komitetu rodzicielskiego leczył mojego kaca „czarem pegeeru” i pierwszy się upijał. Doprowadzałem do domu, a żona jajecznicą częstowała i butelczynę na stół stawiała. Posiedzenia komitetu rodzicielskiego, choinka szkolna, zakończenia roku – do rana trwały. Śpiewano sto lat, podrzucając pod sufit. Kiedyś spadłem na cztery litery i bolały od cholery dni kilkanaście. Babcia mojej uczennicy nalewkami od siedmiu boleści leczyła do spółki z przewodniczącym komitetu.
W oddalonej od świata złą drogą wsi, gdzie diabeł mówił dobranoc, kultura kręciła się wokół szkoły i butelczyny, alkohol zniewalał kontrolę nad życiem. Prośby groźby żony, kochanek szły, gdzie plecy kończą szlachetną nazwę. Ale ja cieszyłem się wówczas mocną głową i po kielichu wygłaszałem w kółku rolniczym uczone referaty o stonce ziemniaczanej.
Uroczystości tysiąclecia państwa też zakrapiano czystą kapslowaną. Obraz matki dziewicy, królowej Polski wędrował z tej okazji od strzechy do strzechy – modły utrwalano nalewkami babuni. Ostatnie odprawiono w szkole, dziewica pojechała furmanką do sąsiedniej wsi w towarzystwie babci od nalewek i sekretarza podstawowej organizacji partyjnej Polewoja – nazwano go tak, bo chlał i polewał innym. Babcia powoziła, trzymała lejce, a on leżał na wozie, trzymał oburącz Niepokalaną i zawodził pijackim głosem: „Maryjo moja, słuchaj jak cię błaga LUD”.
Każdy musi umrze, więc czy nie lepiej kipnąć na wesoło? – z butelczyną w ręku powiadał tamten mój Jan dobrodziej.
Włóż do trumny ćwiarteczkę, tam sklepu monopolowego nie ma – żartował do Magdy. Ona puszczała perskie oczko do mnie i lizała palec.
W innych krajach nagrobki pijakom piszą mówił: „tu leży mąż, który dręczył wciąż, teraz w grobie, ulżył mnie i sobie, u nas tylko zginął za wolność, za władzę ludową na szubienicy zawisł. No to siup w czerwony dziób wołał Jan. I znów Magda do wyra taszczyła, mój łeb był wtedy mocny jeszcze, a kogucik w majtkach gumkę rozrywał.
Ojczyzna ludowa pływa w alkoholu – mamrotał sługa boży! Koi rozpacz istnienia, bez niego byłoby smutno, bardzo smutno.. To maleńkie szczęście na zwichrowanej drodze życia przywołuje obrazy z dzieciństwa, boso biegam po łące i słyszę krzyk żurawi – mawiał.
Od tego czasu upłynęło ponad pół wieku, na władzy ludowej psy wieszają, robią z niej jaja. Ale wartości katolickie, jak socjalizm wtedy – lecą do nieba nadal w oparach alkoholu, nikotyny i zakłamania. Dla mnie już funta kłaków nie warte. Siedziałem, cierpiałem i chlałem, znam ich rozkosz, gorycz aż do bólu!
Teraz w zadumie i oczarowaniu z Anią tworzymy świat bez udziału fałszywych zbawicieli świata. Z zamkniętymi powiekami szybujemy nad chmurami do gwiazd. Razem na koniec świata zmierzamy fregatą błękitną. Wołam we śnie i budzę w jej ramionach.
Poznaliśmy wiele krajów, a siebie jak dżunglę wciąż odkrywamy i wtem urok nasz trwa, że siebie poznać nie możemy do dna! W bujanym fotelu wspomnimy kiedyś wędrówkę ku sobie –powiedziała. Całowałem jej dłoń, a białe bzy pachniały w ogrodzie naszych marzeń. I tych wartości wielu nam zazdrości! Z zamkniętymi oczyma widzę Anię wśród maków czerwonych. W odległości wyczuwam jej krok i wiem, że kobieta ta jest ogrodem moich marzeń. Słyszę jak bije jej serce i co piszczy w trawie.
METODY NAUCZANIA
Do prawdy jak do Boga droga jest bardzo daleka. Moja szkoła z gromadką dzieci stanowiła centrum kultury w wiosce. Radio „Pionier” umilało edukację piosenkami o pokój i socjalizm. Piosenki „Mazowsza” słuchały pod oknem dziewuchy i przechylały się zalotnie...
Nauka bardziej na luzie niż na zasadzie: „Jasiu siedź prosto, Małgosiu nie gap się w okno”. Nie było to zgodne z obowiązującym wówczas „poematem pedagogicznym”. Makarenko, gdzie priorytet miała praca i walka klasowa z wyzyskiwaczami. Nauczanie zabawą odrzucał ksiądz, Bóg lubi ciszę i pokorę – mawiał. Dzieci na katechezie jak myszki pod miotłą siedziały. Dla niesfornych cieniutka rózga wystawała spod sutanny.
Nieposłusznych dawałem pod sąd koleżeński. Winowajca z nosem na kwintę przy tablicy stał, a klasa wymierzała stosowny rodzaj kary. Przysiady, biegi, zbieranie liści i śmieci wokół szkoły. Największą było wykluczenie z wycieczek, na nich odbywały się najatrakcyjniejsze zajęcia z biologii, geografii i historii. Tam rozgrywały się zwycięskie bitwy pod Grunwaldem, na Psim Polu i pod Legnicą. Dzieci dodawały, mnożyły i dzieliły tam kolorowe surojadki i pachnące żywicą szyszki, bawiły się w jaskiniowców, zbierały runa i łowiły ryby metodami ludzi pierwotnych. Szczytem radości było sporządzanie z tych produktów posiłków. Ognisko płonęło nad brzegiem jezior, a jaskiniowcy wyciągali z niego upieczone borowiki i opalone ryby.
Słońce chyliło się ku zachodowi jak z piosenką „tańcowała igła z nitką”. Drogą obok plebanii wracały do domu. Magda wychodziła na ganek i uśmiechała się, machając niebieską chusteczką. Włosy jej rozwiewał wiatr i rozchylał niedopiętą spódnicę. Dzieci chichotały – gospodyni księdza zgubiła majtki. I na drugi dzień wieś cała debatowała nad jej majtkami.
Metody katechety były odmienne, wiara pochodzi od Boga – mawiał. Przez cierpienie, pokorę i pokutę dojdziemy do nieba. Im bardziej boli ciało, tym więcej radości dla duszy!
Mnie bito ciebie w więzieniu – zapytał patrząc na mnie. Ale to szkoła małych dzieci – odpowiedziałem. Strach i ból rodzi nienawiść. Uczymy kogo się bać, kogoś słuchać, by się nie smażyć w piekle. Zabieramy dzieciństwo nienawiścią i strachem.
I przed oczyma pojawiły się sceny z przedwojennych lat i usłyszałem głos „ty kacapie” i poczułem zaciskający się na szyi wisiorek z krzyżykiem prawosławnym. Zrywał go starszy ode mnie katolicki chłopak z naszej wsi. Kiedy to wyjawiłem, milczał, wypił nalewkę i poszedł na lekcję. Za drzwiami rozlegał się jego tubalny głos. Bóg jeden, a szatanów chmara – grzmiał. Powtórzcie i dzieci powtarzały, Bóg jeden, a ich chmara. Bóg wszechobecny i wszystko widzi, kto nie rozumie, niech podniesie palce do góry. Proszę księdza – cichutki głosik Aldony przez otwarte drzwi dotarł do moich uszu. Czego nie pojmujesz smarkulo? Czy Pan Bóg w piwnicy babci jest jeszcze?
Oczywiście! Ale ona się zawaliła, kotka zgniotła, Bóg go wydostanie? Kota porównuje do Boga – warknął ksiądz i ogłosił koniec lekcji. Jakie rodzice takie i dzieci, Boga porównuje do kota! Ale ona nie ma rodziców, tylko babcie, ledwie zipie. Może ksiądz pocieszy ją przed odejściem do wieczności. Babie wystarczy kropidło nad grobem – odparł i poprosił o łyczek tej nalewki. Delektując się, powiedział – Magda takiej nie potrafi zrobić. Te cuda właśnie pitrasi jej babcia –powiedziałem. Szkoda, że nie powiedziałeś miesiąc temu jak ją spowiadałem.
Nie powiedziałem też, że Aldonka jest znajdą. W Bieszczadach znalazła ją babcia, uciekając przed banderowcami, w pieluszkach kwiliła nad Sanem. Jak Ukraińcy zabili jej męża i spalili gospodarstw, tu przyjechała. Powiedziała tylko mnie o tym, nie chciała, żeby na wsi przezywano znajdą.
Księdza furmanką do szkoły sołtysa przywoził. Popijając nalewkę, szybko przeszedł ze mną na Ty. Klepał po ramieniu i proponował lokal „Pod żaglami” w Olsztynie. W pociągu zdejmował sutannę i na parkiecie w garniturku nienagannie skrojonym przerzucał przez ramię partnerki. Sielanka trwała niestety krótko. Wyjechał nagle i ślad za nim zaginął. Na jego miejsce zjawił się otyły w wieku emerytalnym upierdliwy proboszcz. Magdę zamienił na Marysię. Nie zaprzyjaźniłem się z nim, wkrótce religię wyeliminowano ze szkoły. Sekretarz „Polewaj” wszedł do klasy, stanął przed krzyżem wiszącym pod głową Gomółki. Przeżegnał się, po czym zdjął go i wsadził do kieszeni. Od dziś religii nie będzie w szkole – oznajmił, dzieci z radości aż zapiszczały. Na naukę uczęszczały do kościoła pod przymusem rodziców. Bardziej jednak wolały zajęcia pozalekcyjne w szkole, na prośbę rodziców wagarowiczów prowadziłem do kościoła. Na ganku plebanii stała rozkraczona ze zwisającymi cycami Marysia. Na jej widok dzieci chichotały, a Aldonka wykrzykiwała – Baba Jaga, Baba Jaga. Tamta ładniejsza, na pewno ładniejsza – odpowiadałem.
Nowy ksiądz uczył jak poprzedni, że ból ciała uszlachetnia duszę, przybliża drogę do nieba. Sam jednak był nałogowym graczem w pokera. I mawiał, rozdając karty – co cesarskie cesarzowi, a co Bogu to nasze. Grałem z nim w leśniczówce nad Jeziorem Kłębowisko, zgarniałem pensję wiejskiego nauczyciela i rozumiałem, że gdzie forsa, nie ma skrupułów. Należy spowiadać się tylko przed sobą, a Wallenrodem, gdzie diabeł mówi dobranoc, nie ma sensu być. Te układy i zwycięstwo w gromadzkim wyścigu pokoju otwarły drogę do awansu. Z listy Frontu Jedności Narodowej wszedłem do Rady Wojewódzkiej i różnych komisji społecznych. Wystarczyło potem podnosić tylko rękę na tak, klaskać, a myśli wyrażała partia. I nie krytykuj, nie podskakuj, siedź na dupie i potakuj – pouczał doświadczany w te klocki koleś. I w ten sposób nie szurnięty, doczekasz się emerytury albo renty. I jeszcze jedno ważne, mówił – społeczeństwo dzieli się na tych co siedzieli, tych co siedzą i tych co będą siedzieć, ale Tobie to ostatnie nie zagraża, nie dasz się drugi raz udupić!
SPOTKANIE Z DUCHEM
Rok pełen wrażeń jak z bicza strzelić przeleciał. Szacunek u dzieci i rodziców dodawały animuszu. Maleńka wieś oddalona od zgiełku miasta była namiastką mojego dzieciństwa. Czułem jej puls życia; sercem i myślami utożsamiałem się z mieszkańcami.
Na wiosnę w sadzie postawię pasiekę – zamiary stabilizacyjne kołatały w głowie. Pochylony nad Wallenrodem Mickiewicza zastanawiałem się, jak ucieleśnić jego idę tu i teraz? Pracuję w strukturach, od których – kulę w ramieniu. Noszę płaszcz na dwóch ramionach i mam jakby dwie i więcej twarzy. Trzeba kłamać, aby przetrwać, szczerość nie popłaca. Gorzko tego doświadczyłem, każdy napotkany mundur wzniecał niepokój.
Drugi rok na wolności to za mało, by wyzbyć się lęku. Ale dzieciaki i rodzice swoją dobrocią rozpraszały ponure uczucie. Byłem ich gwiazdą intelektualną. Potrzebowali mnie, jak ja ich.
Dzieciaki nie chciały wracać do domów, bawiły się na boisku. Rodzice też zachodzili wieczorami. Pisałem im prośby o ulgi podatkowe, przedterminowe zwolnienie krewnych z więzienia i odroczenie służby wojskowej. I to zachęcało do dalszych innowacji kulturotwórczych.
Bywało, że wracałem opóźnionym autobusem z niedzielnej balangi, a na przystanku stały skulone w gromadkę jak kuropatwy i czekały. Śnieg prószył na czapeczki, na mój widok rozjaśniały im buźki z rozwartymi ramionami, jak ptaki fruwały na spotkanie. Brały za dłonie i szliśmy na skróty ścieżką przez zagajniczki, śpiewając nasz hymn „tańcowała igła z nitką”. Woźna na ganku zmiatała śnieg i uśmiechając się, powiadała – dzięki Bogu, zguba się odnalazła. Przynosiła garnek gorącego mleka z miodem i nalewała do szklanek. I to uczyło pokory wobec rodziców i ich dzieci. Człowiekiem z otwartym sercem dla nich byłem
Babci nalewka od siedmiu boleści też zobowiązywała. Popijając, pisałem podania mieszkańcom do władz, a póki ciepło było, las zamieniałem w klasy. Na falach jeziora rysowałem bajki o rusałkach i ucieleśniałem jakoby ich marzenia. I jak na Kresach bosy biegałem z nimi po łąkach, zbierając szczaw...
Pewnego wieczoru głośno zastukano w drzwi. Przez szybę zobaczyłem czapkę z orzełkiem i serce zatrzepotało niby ptaszek w klatce. Znów chcą aresztować. Nerwowo szukałem klucza i chciałem ociekać przez okno, jak wtedy z chatki drwala.
Ale usłyszałem spokojny głos – Jestem lenniczy i chciałem się zapoznać.
Bez ceregieli postawił na stole półlitrową czystą kapslowaną. Obok położył pieczoną dziczyznę, a dubeltówkę oparł na parapecie okna. No to zaczynamy zebranie partyjne. Jestem Jurek, Ty Szymon i wiem to już od dawna. No to siup w partyjny dziób. Gul gul i musztardówki były puste. No to jeszcze na drugie kopyto, potem to już na spokojnie delektując się popijaliśmy jak przedwojenni szwagrowie w żydowskiej knajpie. Leśniczy wygłaszał referat na okoliczność środowiska, a ja słuchałem, dolewałem gorzały i protokołowałem w pomięci jego słowa. Nalewka babuni rozwiązała języki i hamulce moralne. Gadał jak najęty. Podkręciłem knot w zakopconej lampie i zasłoniłem firanki.
W kancelarii fruwały zeszyty jak mnie nie było – powiadał. Nie wiem co myśleć o tych duchach – westchnął i wychylił szklanicę.
Na Kresach bałem się ich bardziej niż wilków – powiedziałem w zadumie i myślami znalazłem się na glinianym piecu, kiedy za oknem szalała zamieć, a rodzice byli poza domem.
Nie myślałem, że jesteś zza Bugu – Mówisz poprawnie. Po czym dodał – dawałem czadu, że łóżko się rozwaliło i musiałeś spalić. Bywało ogniście, zajebiście, teraz wspólnie damy popalić dziewuchom, rzut kamieni dwie siostry patriotyczne. Wisielca robią powstańcy, młodszych tabliczki mnożenia nauczysz, bo szkoły podstawowej nie ukończyły. Komin starszej ja czyszczę. Wstąpisz do PZPR to wszystko pojedzie jak po maśle, nie ważne co o niej myślisz, a jak chwalisz, chcesz lepiej żyć, miej to na uwadze. Wychylił ostatni kieliszek nalewki, spojrzał na fosforyzującą tarczę zegara „Wołga” i powiedział, zakładając na ramię dubeltówkę – kończymy zebranie, pomyśl o naszej przyjaźni.
Zamknąłem drzwi i dołożyłem drewna do pieca. Pachniało żywicą i trzeszczało, rzucając na ścianę magiczne światełka. Z rękoma pod głową porządkowałem myśli ze spotkania, pod poduszką niemiecki bagnet znaleziony na strychu leżał, stary zegar na ścianie wydzwaniał północ. Pomyślałem o Magdzie. Nuciła kołysankę, w ramionach jej sen zamknął powieki, ale lodowaty dotyk obudził nagle. Przed oczyma zobaczyłem białą postać. Zdrętwiałem z przerażenia, pochylała się nade mną i chłodną rękę pchała między nogi, nadzwyczajną jakąś siłą na oślep ugodziłem ją bagnetem. Zaskowytała i osunęła się obok łóżka, zerwałem się z pościeli i zamierzałem ugodzić jeszcze raz, ale wtedy usłyszałem – nie zabijaj, proszę. Księżyc oświetlił jej twarz, była to ta, co nie miała dzieci i przychodziła na zebranie rodzicielskie ze smutna twarzą. Zdarłem z niej prześcieradło, z ramienia ciekła krew na podłogę. Zabandażowałem ramię jak uczono w szkole oficerskiej podczas zajęć sanitarnych. Przestała jęczeć, dygotała niby galareta i nie mogła wstać z podłogi. Zapaliłem lampę, wytarłem bagnet z krwi, błyszczał złowieszczo. Stałem nad nią jak kołek w płocie i nie wiedziałem, co dalej począć.
Zaczęła skomleć.– Daruj, daruj, jesteś taki dobry. – Jak się dostałaś?– Przez okienko w piwnicy – wyjaśniła.– Chcesz żyć, to mów jak na spowiedzi.
I plącząc, opowiadała, dlaczego straszyła – nienawidziła szkoły.
Warmiakami byli, nie uciekał, a wyzwolicieli czekali, ale oni matkę, siostrę w tej szkole gwałcili. Ugryzła za przyrodzenie porucznika i wyskoczyła przez okno, a kiedy wróciła z lasu, na ławkach leżały nagie i wytrzeszczonymi oczyma patrzyły w sufit, wokół nie było żywego duch. Grzebiąc ich w szkolnym sadzie, znienawidziła Polaków, matka czekała na nich z Maryjką Częstochowską, a oni zamordowali.
Rano woźna zauważyła plamy krwi. – Co się stało?– Nic nadzwyczajnego – krew pociekła z nosa. I cała wieś wiedziała, że mi z nosa krew leciała. Babka od Aldonki przyniosła specjalną nalewkę, piło się je znakomicie w towarzystwie katechety i leśniczego.
Duchowi napisałem prośbę o wyjazd do Niemiec wschodnich, zastawiła na pamiątkę starodawny modlitewnik, oddałem do regionalnego muzeum w Olsztynie. Żegnając się całowała, jak siostra brata, a łzy jej leciały po twarzy. Z Berlina przysyłała pocztówki, przypominały zimny dotyk i zakrwawiony bagnet. Kiedyś szef powiatowego urzędu bezpieczeństwa rozmawiając o duchach, zapytał się z uśmiechem, czemu ta zdzira, co nie chciała być Polką pocztówki z jednakową datą wam przysyła?
Proszę zapytać się duchów, wy macie dostęp wszędzie – powiedziałem.
Za Gierka do Niemiec wschodnich Polacy jeździli do pracy i na handel. Pojechałem na jej zaproszenie. Na spotkanie wyszła stara, chuda z pomarszczoną twarzą kobieta. Wyglądała jak duch w operze. Prowadziła mnie pod rękę. Grupa młodych i starych Niemców klaskała w dłonie i szwargotała Maine Gott. W prezencie przywiozłem motorower „Simson”. Żegnając się na Aleksandra Placu, prosiła – niech leżą w sadzie, nikomu nie mówić.
W wieku emerytalnym szkołę odwiedziłem. Stała z powybijanymi szybami, tylko lipy te same, pachniały jak wtedy miodem. Jakiś pan zapytał, kogo szukam. Tego co przeminęło z wiatrem – wyszeptałem ze smutkiem na twarzy.
W sadzie wśród starych drzew kapliczka z napisem „wybacz im Jezu” stała. Kto ją postawił? –
jakaś stara Niemra –wyjaśnił. Nie wiedział, że to był duch, pamiętał o matce i siostrze, które nie chciały uciekać z faszystami...
ZACZĘŁO SIĘ OD LEŚNICZEGO
W leśniczówce grali w pokera jak jasna cholera. Prokuratorzy, doktorzy, cinkciarze, inspektorzy od kontraktacji. W tej grze wspólnikiem leśniczego byłem. Gertruda jego służąca wódeczki stawiała, jeśli całowała któregoś w policzek, to wiadomo, że ma karetę. Gra toczyła się na pieniądze i pod zastaw. Na stole leżała harmonia szmalu. Gertruda w rozpiętym szlafroku manewrowała z kieliszkami żubrówki i lubieżnie nachylała się nad wybrańcami i wiadomo było o co chodzi.
Ksiądz z kopyta skoczył na kasę i w galopie podwajał bank. Po kilku rozdaniach jednak zbankrutował. Położył wtedy złoty krzyż na stole i pospieszył bryczuszką do plebanii po forsę. Jego miejscu zajął ginekolog i gra toczyła się dalej.
Hazard ze śmietanką powiatu, jak się przekonałem, pomagał załatwiać wiele spraw, których nie mogłem ruszyć urzędowo. Załatwiłem ojcu przydział desek na remont domu.
Kiedy pleban wróci, gra dobiegała końca. Pokerzyści mieli nieźle w czubach i woleli poklepywać ponętne pośladki Gertrudy i jej siostry
Uregulował dług, golnął szklanicę jałowcówki i ruszył do plebanii. Pojechałem z nim, było po drodze.– Następnym razem będzie lepiej – pocieszałem. – Oby Bóg dał – odburknął.– Na pewno parafianie walną na tacę gorliwie..– Ale nie wszyscy – sarknął i targając lejcami, pomknął do plebanii.
Szedłem do szkoły, w kieszeniach szeleściły wygrane banknoty. Zastanawiałem się nad moralnością ziemskich namiestników boga.
Podobnie i inspektora kontraktacji spłukano później. Wtedy leśniczy rzekł – zakontraktujesz w ciemno plantacje lnu na szkolnej działce i między nami będzie kwita... I tak się stało, zadowolony inspektor leżał w ramionach Gertrudy bez karcianych długów.– Socjalizm trzeba umieć budować wspólniku, – pouczał, klepiąc po ramieniu. Twój kandydat na teścia zaorze działkę, a zamiast lnu posiejemy rzepak. Zbiory sprzedamy i zysk podzielimy po bożemu.– A len? – zapytałem.– Las niedaleko, sarenki, dzikie świnie zniszczą plantację. Może zrobić to i gradobicie. Komisja sporządzi protokóły zniszczenia. Dostaniesz jeszcze odszkodowanie, moja w tym głowa – powiedział, nalewając do kieliszków gorzały. No to siup w partyjny dziób! Klepiąc przyjaźnie po ramieniu, mówił – ręka rękę myje, na układy i Bóg nie ma rady! Plantatorów i drwali takich jak ty mam kilku. Posypią się nagrody i pochwały od towarzyszy z powiatu. Tylko wstąp do partii, pojedziemy pociągiem przyjaźni do Moskwy wódkę pić.
Spojrzał na pustą butelkę. – Nie masz połówki? – zapytał Gertrudy.– Nie – odpowiedziała.
Pobiegł do sąsiada, ale nic nie wskórał. Jedziemy do Twojego przyszłego teścia zadecydował i poszedł zaprzęgać konia.
Wtedy Gertruda wiercąc tyłeczkiem, usiadła na kolanach, fikała nogami i paplała sprośne historyjki o hazardzistach.– Napisz prośbę o wyjazd do Niemiec prosiła. Za Odrą moja rodzina. Napisz, a zrobię kogucika.– Napiszę i bez tego – obiecałem.
Bryczka skakała na wybojach, leśniczy monologował – Gertruda i na żyrandolu robiłaby kogucika, to mistrzyni, mózg dęba staje.
Bryczka toczyła się do ich zagrody. W rozpiętej bluzce, z podkasaną sukienką Twoja – informował, zatrzymując konia. „Myjcie się dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny” – wołał.
Młodsza patrzyła na mnie z tajemniczym uśmieszkiem, niby Mona Lizy. Oczy niebieskie jak magnes, zacząłem się w nich topić chociaż mówiono, że łajdaczy się z żonatym, rżnie się jak bura suka z kolejarzami. Nie wierzyłem, że potrafi zdradzać, uśmiechała się, niby anioł zbawienia.
Nie ma rodziców, Hulaj dusza, piekła nie ma – powiedziała starsza, na stół półlitrówkę postawiła, pijemy za miłe chwile – zachęcała. Sztuki kochania uczy las i do dna picia zachęca nas – Świergolił, odstawiają na okno pustą butelczynę. Za ścianą na łóżko prowadził swoją, a moja do mnie rzekła – najpierw ślub, a potem siup. I u bram rozkoszy ściskała dłonią flint, aż soki tryskały. Oblizując palce, powtarzała, ślub, siup. Tygodniami tak kusiła, aż powiedziałem – tak. I wtedy przyszła na zabawę szkolną, ślicznotki parafialne zaglądały w oczy. Ocierały się o spodnie, brylowałem z nią tyko na parkiecie, a potem do rana byłem w innym świecie. Nogi uginały się kiedy wchodziłem do klasy. „Dzień dobry Panu” – dzieciaki chórem grzmiały, a mnie serce łomotało... Przerwy tego dnia były długie, o jej było wciąż mało i mało.
Przysięgałem – nie zostawię z brzuchem. Leśniczy rechotał, pociągając resztki wina z musztardówki. Nie widziałem wówczas, że bzykał obie siostry.
Zapomniałem o Bożym świecie, kiedy mówiła – wal ile chcesz i gdzie chcesz. Tylko prędzej do urzędu stanu cywilnego. Zgadzałem się na wszystko, byleby tylko jeszcze raz i jeszcze raz! Była moją pierwszą szaloną miłością!
To wszystko dam, cały świat i pieśni srebrny zdój i wszystek czar młodzieńczych lat za pocałunek Twój – szeptałem u jej stóp i nie dostrzegałem, że się zaokrągla przedterminowo. Ksiądz to dostrzegł i żartował – ślub i chrzciny razem pokropię.
Tyle cnotek do wzięcia i rżnięcia, a Ty w niej widzisz świat i pół Ameryki, jak Bóg chce ukarać, to rozum odbiera – biadoli. To samo mówią rodzice. Kupiłem obrączki – odpowiedziałem.
Do urzędu stanu cywilnego jechałem drabiniastym wozem. Nasze głowy blisko siebie, a dłonie splecione na zawsze były. Teść uśmiechał się pod wąsem, dawał łyka samogonu z butelki. Oganiał konia i obiecywał szumne wesele. W urzędzie powiedziałem radośnie „tak”.
Teść napędził bimbru, narobił kaszanki, wędzonej rąbanki i kiełbasy wiejskiej z czosnkiem i wyprawił weselisko. Gorzko, gorzko wrzeszczeli zapijaczone gęby. Spełniałem ochoczo ich żądania. Nigdy w życiu potem nie całowałam na zawołanie tak chętnie i namiętnie. Bimber lał się strumieniami. Teść przygrywał do tańca na harmoszce i przytupywał nogą, a baby wtórowały śpiewkami. W ciasnej izbie pary ocierały się o siebie, a potem na chwiejnych nogach szli spać do stodoły. Ojciec pokłócił się z teściową i opuścił biesiadę, nawoływał i mnie do powrotu. Jakże potem żałowałem, że nie wyszedłem z nim za drzwi.
Leśniczy, poszedł na siano z pijaną szwagierką. Fajna była, kiedy żona została parafialną cichodajką – pocieszała mnie. Stawiałem wino, ona podnosiła sukienkę. Chlała i dawała, to nie mydło, powtarzała za każdym razem. Żyła krótko lecz wesolutko, kac gigant ją rozsądził.
Komitet rodzicielski na nową drogę ufundował tapczan. Ksiądz pokropił go wodą święconą, życząc owocnych nocy, na ścianie powiesił Madonnę z dzieciątkiem, po czym poprosił o nalewkę babuni. Zapomniał, że umarła, a jej wnuczkę Aldonę umieściłem w domu dziecka. Zadowolił się więc gorzałą z czerwoną nalepką sekretarz i połówką czystej kapslowanej przewodniczącego komitetu.
Cesarzowa mojego świata siedziała rozpromieniona. Śmiała się od ucha do ucha jak proboszcz radził trojaczki mieć. Jeden na opiekę starych rodziców, drugiego zabierze państwo, trzeci w służbie bożej, powinien modły odprawiać. I spełniałem jego wolę na poświęconym tapczanie nocami i poprawiałem na przerwach lekcyjnych. Niebieskooka chciała głęboko. Szeptała – to nie mydło.
Pan schudł, jak pasyjka mówiła woźna, stawiając kubełek miodu, prezent od rodziców. Każdego ranka zawsze coś było w koszyku dla nowożeńców.
Rodzice zaorali działkę pod uprawy, pomogli założyć pasiekę. Było to pierwsze w powiecie szkolne kółko pszczelarskie. Rób, żeby wilk syty i koza cała, raduj się wolnością radził ojciec.
Zarabiałem dodatkowo na kursach wieczorowych, ubierałem ślubną w modne kiecki. Śmietanka wiejska u mnie słuchała „Wolnej Europy”. Na stole stała wówczas wódka, na sekretarza partii mnie szykowali, obecnemu czerwona legitymacja do łba uderzyła i baby podskubuje!
Kształty żony pęczniały, czyżby trojaczki? – zadawałem pytanie. Bryczką wiozłem na porodówkę, a potem niosłem, kwilącą. Szeptałem – dziewczynka z krainy czarów. Żona dreptała obok ze spuszczoną głową z niebieską chusteczką, podarowaną przed ślubem, ocierała łzy. Minął rok, jak z bata strzelił, a sielanka jakiej świat nie widział trwała.
Studiowałem zaocznie. Każda rozłąka, jak natrętna mucha nie pozwalała oka zmrużyć. Pewnego razu wcześniej wróciłem. Żona nad konewką wina domowej roboty stała, a między nogami leżała czapka leśniczego, z rozpiętym rozporkiem chrapał jak lokomotywa na poświęconym tapczanie. Nic się nie stało, opił się – powiedziała, uśmiechając się ironicznie.
W klasie grało głośno radio, kursanci czekali na wykładowcę z powiatu, nie dojechał. W zastępstwie omawiałem książkę „Przyjaźń wznioślejsza od miłości”, a przed oczyma miałem leśniczego i pijaną żonę bez stanika. Na kursach tych byłem kierownikiem i zarabiałem tyle co w szkole. Uzupełnij wykształcenie, prosiłem żonę. Powiedziała – „wiedziały gały co brały”. Fikcyjne świadectwo podstawówki wystawiłem, by pracować mogła. Ojciec pukał palcem w czoło i mówił – Bóg chce ukarać, to odbiera rozum.
Zmieniłem szkołę z powodu plotek. Jesteś największym rogaczem w powiecie, ogłuchłeś i oślepłeś z miłości – śmiali się znajomi na kursokonferencjach.
Pewnego razu powiedziałem, jadę na szkolenie, jutro wrócę. Faktycznie poszedłem na ryby, kiedy wróciłem, traktorzysta, jak ogier na kobyłce, skakał na niej, a córka w kołysce kwiliła. Na mój widok wyskoczył przez okno, żona nie mogła naciągnąć spódnicy. Łomot sprawiłem na cztery fajerki, cały pegeer huczał. Z siniakami pod oczyma, z posagową krową i dzieckiem odjechała wozem drabiniastym z teściem.
Frekwencja kobiet na kursach od razu wtedy wzrosła, pocieszyć zdradzonego chciały. Myśli krążyły wokół żony i córki, butelka wina przy łóżku stała.
W okno księżyc spoziera, a ptaszek ćwierkał jakoś smętnie i natrętnie, a bzy pachniały, jak usta żony w noc poślubną. I było ciężko pozbierać się do kupy, a butelka suchym dnem już świeciła.
Burzliwe małżeństwo od rozstania do spotkania trwało sześć lat, drugie dziecko przyszło na świat i kilka skrobanek było, dowiedziałem się o nich po fakcie. Teść, zabierał i przywoził córkę z krową na postronku. Uczniowie wołały mu... mu.., łaciata wróciła. Aż pewnego razu pożegnałem się ze szkołą na zawsze i wyjechałem w Polskę.
Płaciłem alimenty, na wikt i opierunek. Przyjeżdżały po forsę, córka straszyła – nie kupisz samochodu, nie podam na starość szklanki wody. Syn dodał – nazwisko nas tylko łączy, krew jest inna. Matka to potwierdziła. Lekarz sądowy zbadał plemniki i rzekł – pan nie może zapładniać, tylko bzykać. Ziemia pod nogami zadrżała, topiłem rozpacz istnienia i mnóstwo pieniędzy w alkoholu. Wracałem zblazowany, przy bramie skomlał pies, a na listkach brzózki błyszczały krople rosy niby łzy matczyne, jakby prosiły „nie żeń się synku, to latawica”. Całowałem je, a wiatr szumiał – „gorzko, gorzko, jak wtedy na weselu”.
O przeszłości, by nie dręczyła piszę te wspomnienia. Żonatemu źle, kawalerowi niedobrze, nie ma gotowej recepty na dobre życie. Tylko w burdelach faceci problemów nie mają, a tak egoizm i zazdrość lansuje im umysł. Byłem plasteliną w dłoniach niewykształconej kobiety, na ambaras – ona chciała więcej na raz. Małżeństwa doskonałego i w raju nie było. I czyja to wina?
Sztuka kochania, nie wielkość przyrodzenia się liczy, świat opiera się nie tylko na miłości do kobiet. Miłość motywuje robienie dzieci, a to nie wszystko, żeby we dwoje w zgodzie żyć. Wspólne wartości duchowe intelektualne też ważne. Do tanga dwojga zdolnych ciał i dusz trzeba.
Błękit nieba w oczach i zapach róż w uśmiechu przemija, miłość do grobowej deski w przysięgach trwa tylko i u łabędzi też. Sztuki bycia we dwoje uczyć się trzeba przez życie.
Śmierdzisz capem, Ty dziurą zimną – to dialog po latach wspólnej niewoli.– Mamo czy to tatuś kupił to futro?– Gdybym na niego liczyła – Ciebie nie byłoby na świecie.
Albo dialog na wieloletnim małżeńskim łóżku:– Powiedz ile razy zdradziłaś – pyta mąż.
Żona pali papierosy w milczeniu.– Powiedz wreszcie, wypaliłaś pół paczki!– Cicho durniu, nie widzisz, że liczę!
ŻEGLARZ
Od maleńkości, jak kot swoimi ścieżkami chodził. W wieku trzynastu lat łódką rybacką dookoła świata ruszył. Nim odbił od brzegów Bałtyku, capnęła go milicja, przywiozła do domu i nie spuszczała wzroku do końca burzliwego żywota. A jak zmężniał, na kuter dosiadł, choroba morska na ląd jednak wyrzuciła. Bałtyk oknem na świat wabił go wciąż. W porcie był dokerem, spoglądał na kutry i marzył głośno o jachcie, dalekich rejsach, uznano to za zamiar ponownej ucieczki, wygnano na Śląsk do kopalni.
Jak cygan koni zmieniał pracę, drwalem i rybakiem, hodowcą gęsi i plantatorem był. Zimą limby ścinał, latem na Mazurach, nadmorskich lasach pozyskiwał żywicę. Przystojny, wysportowany po pracy na plaży. Muskuły pręży, turystki w majtki sikały, wieczorem tęsknym wzrokiem w parku i kawiarniach wabiły.
Na wyspie Wolin w domku drwala żył, o hodowali jałówek i pasiece pszczół marzył. Bez forsy nie zbuduję jachtu. Z jodeł do kubeczków żywica powolutku spływała. Ich zawartość do beczki wlewał. Ile beczek na jacht trzeba? – pytał.
Kiedy przyjechałem tam, drzwi otworem stały, na kołku powiewał sztandar z napisem wolność i swoboda, a na płocie dyndały poroża jelenia.
W kuchni gotowałem wodę na herbatę, słońce chowało się za sosnami. Od zalewu płynęła siwa mgła, wiatr pachniał żywicą. Na ganku piłem herbatę i myślałem o życiu, które tak wichruje wbrew naszej woli.
Pomóż bratu, gubi się, za sprawiedliwości, zmysły traci, nam brakuje już sił. A pod lasem ktoś śpiewał: „I szkoda lata, i żal mi ludzi jest”. Drogą polną szła młoda kobieta. Rozpięta spódnica odsłaniała uda, a długie jasne włosy wiatr zarzucał na twarz, odgarniała je odruchowo i zmierzała w moim kierunku.– Co tak stoisz? – rozchyliła ramiona i zaczęła ku mnie biec.
Nagle stanęła jak wryta.– Boże, pomyliłam się! Pan taki podobny, chyba starszy brat.– Tak – odpowiedziałem. Na Olka czekać trzeba.
Zaprosiłem do chatki i poczęstowałem herbatą. Czuła się swobodnie niby ryba w wodzie. Znała każdy zakątek domu. Rozmawiała, poklepując po ramieniu, braciszka poznała na plaży. Jest asystentką w akademii wychowania fizycznego, mężatka, dzieciata. Mąż nie dogadza, chodzi na zebrania partyjne, utrwala władzę ludową. Chwaliła braciszka za sprawność i siłę.
Szkoda, że mój stary nie jest taki jary, nie musiałabym się turlać pociągami na wyspę. Opowiadała o igraszkach z bratem na polanach leśnych i dzikich plażach, odsłaniając niby bezwiednie jędrne uda.
W kąpielówkach byłem, widziała, jak pręży się wygłodniały rozpustnik! Oblizała wargi językiem i szepnęła – brat mówi, że dzielicie się babami.
Szczypiąc pośladki wołała – jeszcze, nie przerywaj. Aż gejzery trysnęły.
Zeskakiwała z konika i spijała ich nektary w pozycji dziewięćdziesiąt sześć. Rano czerwone uszy z odciskami zębów i podrapane plecy miałem a ona w skowronkach smażyła jajecznicę i prowokowała dalsze igraszki.
Na szczęście wrócił braciszek. Wygląd świadczył, że też miał pracowitą noc. Pod pozorem zmiany kubków z żywicą wyniosłem się z domu. Spacerowałem do późnych godzin po lesie, myśli wokół rodziny krążyły.
Nie mogłem zasnąć, za ścianą, nogami wierzgała w ścianę. Uchylając drzwi – pomóż prosił. Oj nie, wczoraj napracowałem się – powiedziałem, odwracając się na drugim bok i usnąłem wreszcie.
Obudził mnie łomot na poddaszu, zajrzałem tam, nie było żywej duszy. Brat uśmiechnął się, kiedy o strychu wspomniałem, do tego hałasu jak do teściowej można się przyzwyczaić. Podczas wojny czerwonoarmiści córki gajowego, gwałcili a jego wrzucili do kanału, a teraz przychodzą w nocy. I dlatego tu nikt nie chce mieszkać, relacje te potraktowałem jak bajeczkę dla przyjezdnych.
Następne noce spokojne, pachniały żywicą, sowy hukały głośno. Braciszek mówił, że to siostry zamieniły się w skrzydlate, mogą być i sarenkami. Przyszły na podwórko dwie i zjadały chleb z ręki, na mnie zerkały zalotnie, kołysząc biodrami jak baletnice. Czegoś podobnego w życiu nie wiedziałem. Braciszek przekonywał, że to nie sarenki, córki gajowego. Kochał przyrodę, słyszał jak jej serce bije, jak trawa rośnie, wędrował z siekierą po lasach i rozmawiał z ptakami ich głosem, tego mu zazdrościłem.
Odprowadzałem na przystanek dziewczynę, a brat z leśniczym pozyskaną żywicę liczyli. Przytulona do mnie wygłaszała monolog – nie ma miłości, są tylko dążenia do niej, a seks siłą twórczą. Bóg ukarał Onana, że nie chciał tykać żony brata swego, was nie ukarze, dzielnie się wspieracie, przyjadę za miesiąc popykać wasze fajeczki i rękę posunęła poniżej pępka.
Pod drzewkiem po kawaleryjsku, czy na miedzy po bożemu zapytała prowokacyjnym głosem. Kobiecie się nie odmawia, a pożegnać się trzeba. I o to chodzi, pochwaliła.
Wrócę tu znów, Marią Magdaleną waszą będę, moje marzenia spełniacie – powiedziała, wsiadając do autobus, będę spałować żywicę z waszych jodełek. Czekajcie, wrócę.
Leśniczy dziesięć beczek żywicy przyjął, a zapłacili za połowę. Muszę z czegoś żyć – wyjaśnił, a gajowy radził cicho być. Pokorne ciele dwie matki ssie – pouczał. Drwale też ostrzegali, nie krytykuj, nie podskakuj, siedź na dupie i potakuj.
Napisał jednak skargę do prokuratora i wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Z plecakiem na plecach szedł ścieżką na przystanek z dyscyplinarnym w kieszeni zwolnieniem i nienawiścią do władzy.
Nad Soliną zbierał jagody i grzyby. Sprzedawał je w punktach skupu, kierownicy oszukiwali jak leśniczy przy żywicy.
Złodzieje krajem rządzą – krzyczał. Ludzie głusi i niemi stali obok niego. Przybłędów, donosicieli wyrzucamy na zbity pysk – powiedział komendant posterunku w Ustrzykach Górnych. Zielone wzgórza nad Soliną jagodami pachniały, kiedy je opuszczał z plecakiem na plecach, jechał autostopem na Mazury.
Skierowali nad Czarne jezioro. Szałas tam zrobił i spałował żywic, pozyskiwał karpin, córka gajowego z młodą matką prosiły – zamieszkaj u nas, na poddaszu dwa pokoje mamy. Wracając ze sklepu, kaszankę na pieńku zastawiali.
Motor kupiłem, wozić będę dziewuchy. Urlopowałem, pozyskując karpinę, łowiąc ryby z tratw, a pluskały i kaczki nurkowały, a na bagnistym brzegu długonogie czaple z wyciągniętymi dziobami czekały w bezruchu na zdobycz.
Tu wielgachne karpie i lin, pamiętają czasy Wilhelma. Mówili starzy Warmiacy. Wytaskałem metrowego węgorza, parcie na cztery fajerki. Ognisko płonęło, butelki stały przy sośnie.
Gajowy tęgo chlał, napełniałem musztardówki czystą kapslowaną. Panie gajowy, siup w partyjny dziób – wołałem wyuczone słowa. A żonie jego świeciły oczy niby gwiazdy na niebie, kiedy spozierała na umięśniony tors braciszka. Córeczka strzygła oczętami i ocierała się o moje kolana przy smażeniu ryb jak kotka mrukliwa i ciągnęła na tratwę, pływać pod gwiazdami chciała.
Leciutki aromat drzew niósł wiatr z lasu i łagodnie pchał tratwę. W toni jeziora odblaski gwiazd, na ich tle biały żagiel na tratwie, jak skrzydło anioła prowadził w szuwary. Szmer wody, plusk ryb, rechot żab i trele słowików – ubarwiały chwile, poczułem bicie własnego serca.
Gdzieś dalej stukał dzięcioł i pogwizdywał kos. Wszystko było tu na miejscu – tylko nie człowiek.. Drzewa w mnogości tworzą harmonię, ludzie w zagęszczeniu dysharmonię... Myśli te i inne nachodziły skokami. Odczuwałem zbratanie z sosnami i kłującym jałowcem, uspokojenie i delikatną radość czułem i może to wszystko stanowiło szczęście istnienia.
Ilekroć patrzę w kosmos, prawa ziemskie tracą sens. Z bezradności poznania jego tajemnic pewnie zrodziła się wiara w Boga – powiedziałem. Bądź moim Bogiem na tratwie i miłuj mnie jak on – prosiła zapatrzona w otchłanie kosmosu, a jej bliskość zniewalała. Nadchodziła burza naszych serc.
Za dziecinna jesteś na te klocki, wskakując do wody krzyknąłem, pachniała tatarakiem, to frajda lepsza niż żłopanie wódzi mówiłem.
Wyskoczyłem z wody, bo licho kusiło i biegłem do ogniska, a komary, bzykając goniły nas.
Pijanego gajowego do dom taszczyłem, a żona braciszkowi spodnie w szałasie ściągała. Wódka sprawiała, że odbiór karpiny i żywicy szedł jak po maśle, a wypłata bajeczna. Trzeba umieć budować socjalizm, pouczałem braciszka, a bzykanie żony szefa nie uchodzi. Ona na mnie sama wchodzi, ripostował. Oby tak dalej, dwa jachty zbudujemy, pocieszał i dalej robił swoje. Motylkiem pływał, na plaży prężył muskuły, szałas zamienił w harem. Ryb nie nadążałem łowić, kuracjuszki z Warszawy wilczy apetyt miały. Pewnego razu swawoląc, szałas zapalił, w majtkach do ośrodka wróciły. Wtedy bunkier zbudował, to dopiero dom – powiedziała gajowa, zasłaniając właz kotarą.
Zazdrością kipiały, innej baby tu nie chciały. Donos zrobił, że ulotki brat daje do czytania, lina spisała nas tylko, gajowy poręczył, ale za parę miesięcy zwolnienie wręczył. Wrócił do Warszawy, pokazał harmonię pieniędzy, matka przeżegnała się z radością. Ojciec jak za dawnych lat zagrał na harmoszce.
Zbudujemy jacht, pomogę tobie braciszku – rzekłem.
W ogrodzie z materiałów kombinowanych, bo przydziału na zakup ich nie dawali, budowaliśmy mozolnie marzenie z dzieciństwa.
Z kradzionego budują – znajomy ormowiec donosił. Rachunków żądał, nareszcie braciszka zamknęli, lewe rachunki okazałem, wypuścili, ale oka z nas nie spuszczali. Forsy zabrakło, niedokończony stał pod jabłonkami, hodował gęsi, by grosz mieć. Na plantację lnu krowy z pegeeru właził, na gęsi pomór padł.
Za len i gęsi zapłacili tyle co kot napłakał, skargi do wojewody elbląskiego, jak umarłemu kadzidło pomogły. Kruk krukowi oka nie wykuł, finansowałem budowę jachtu do końca.
Wodował na Zalewie Zegrzyńskim. „Omegą” nazwał, rozbijając o burtę butelkę gruzińskiego szampana. W Kurierze polskim napisali: „robotnik żegluje za swoje zarobki” i zdjęcie tam jego było. I chociaż sztukę żeglarza miał w palcu, sternika dali, po wodach słodkich pływać pozwolili, bo figurował jako uciekinier łódką.
Wisłą dopłynął do Zalewu Wiślanego, tam wopiści w kajucie ulotki zobaczyli, jakaś baba zostawiła wyjaśnia, zamknęli na osiem dni. Kiedy wrócił na brzeg zalewu, podziurawiona Omega pogrążała się w głębinie, łabędzie krążyły wokół niej, łzy pociekły, jak wtedy, gdy mnie obejmował po pięciu latach odsiadki.
Zbudujemy lepszy – pocieszałem. Posępny jak mur więzienny stał wpatrzony w złamany maszt z poszarpanym białym żaglem. Jego marzenie przewróciło się na lewą burtę, woda zabulgotała, łabędzie zerwały się do lotu, tonęło w jego łzach.
Wieczorem ognisko płonęło, a meteoryty leciały ku ziemi, kreśląc srebrną smugę wysoko nad nami. Wszystko leci z rąk, jak one z nieba – myślałem, że popłynie.
Dziewczyna z ostatniego rejsu pocieszała – zabiorę do Karpacza na zawsze i nie oddam, żądnej innej babie – tak bardzo Ciebie kocham – dodała cichutko. Błogosławiłem jej słowa z nadzieją na lepsze.
Siedział z rodzicami kilka miesięcy, ale ciągnęła listami do Karpacza. Śnieg chrzęścił pod nogami, z plecakiem na plecach szedł do niej. Po obu stronach ścieżki śmigały dorodne sosny. Ranek słoneczny, a mroźne powietrze szczypało uszy, budziło nowa nadzieje w duszy. Miał zarabiać na drugi jacht.
W warsztacie szkolnym kolegi gromadziłem blachę na jego budowę i myślałem, że na przekór przeciwnościom losu wypłyniemy w daleki rejs, na pogrzeb jechałem jego. Zginął pod kołami samochodu z ulotkami w plecaku. Teraz limby mu pieśnie śpiewają o młodości górnej i durnej o wieku męskim pełnym klęski. Nie wysłane skargi na pożółkłych już kartkach pachną wciąż żywicą, a biały żagiel fale oceanu pieszczą. Widzę jak płynie po runo złote. Życie to chwilka – mówił przed śmiercią, jakby ją przeczuwał. Cześć Twojej pamięci, kapitanie niespełnionej żeglugi.
CHORA OJCZYZNA
Kler i zdemoralizowana władza powinni wyprowadzić się z kraju – gdzie pieprz rośnie. Zostawić oszukiwany naród swojemu losowi. Otrzęsie się z tej zarazy i wróci do normy. Zbuduje kościół ubogim, pokornym, nie jak ten nakazując, zachłanny na dobra ziemskie.
Z dużym bagażem błędów popełnionych z bronią w ręku prawdę tę piszę, ale nie zionę nienawiścią do oprawców, jak fanatycy spod sutanny i politykierzy od siedmiu boleści.
Rozhisteryzowani i chciwi władzy pięćdziesięcioletni faceci uważają się za męczenników, bo dwadzieścia parę lat temu glina ich pałował, bo ganiali po ulicach, bo spali na styropianie, a teraz stroją się w piórka bohaterów i rzucają się do gardła w walce o miejsce przy żłobie.
Tym ludziom komuchy władzę na talerzyku dali, mogliby uziemić, a nie internować w ośrodkach wypoczynkowych.
Bezpieka, dzięki donosom funkcjonariuszy w czarnych sutannach, wiedziała nawet, o której godzinie panowie z „konspiry” robią kupkę i jakie dziwki bzykają. Dzięki temu, nie doszło do walk bratobójczych. Jaruzelski wprowadził stan wojenny, ale za mało Kiszczak pałował obecnych zbawców Ojczyzny. Ile trzymał w chłodnej celi bez wody, nie karmił główkami śledzi, na gołym betonie zakutych w kajdany bić nie kazał, jak mnie w latach pięćdziesiątych, że krew tryskała po ścianach. Reżym komuchów ich chucha, nakarmił bułkami, nim „internował”, to pozwolił porobić doktoraty. I dla tego uczoną polszczyzną tumanią naród, wołając Bóg, Honor i Ojczyzna, robią z siebie ofiary komunizmu, faktycznie są ofiarami losu chorego społeczeństwa.
W 1952 roku jezuita udzielił rozgrzeszenia, błogosławił i schował pod sutannę mój pożegnalny list do matki, a to szpice, pomagał rozpracować oprawcom moje myśli. Przez tego „namiestnika” Boga nieomal byłbym zgładzony. Pod łopatką prawej ręki tkwi kula kaliber siedem. Było nas kilku wtedy, a zostałem sam wśród żywych. W 1957 roku dopiero wróciłem do pracy!
Obecni „bohaterzy” z pierwszych stron gazet promieniują wartościami chrześcijańskimi, jak szambo perfumami francuskim. Ekshumują zwłoki z ubiegłego stulecia, inkasują kler i podnoszą podatki. Z Ojczyzny takiej wieją młodzi za granicę, budują tam swoje szczęście, bez ingerencji kleru, przewrotnych obietnic skłóconej prawicy i skompromitowanej lewicy.
Jak się modlić w kościele, skoro ambasadorowie ziemscy Jezusa szpicle, kapusie, pedofile, biznesmeni? Bóg z niego się wyprowadził, a mimo to zmanipulowani Kowalscy tam klęczą. Tam słuchają, że winę za narodowe niepowodzenie, nawet za suszę i klęski żywiołowe ponoszą układy pokomunistyczne. Manipulowany Kowalski w to wierzy, a równocześnie narzeka i ponownie do władzy wybiera tych pasibrzuchów.
Uczą oni demokracji Ukraińców, Białorusinów, Rosjan, wysyłają na śmierć młodych do Iraku i Afganistanu, a nad Wisłą burdel na kółkach, chore społeczeństwo, psychopatyczne rządy.
Na operację kolana czeka się dwa lata, szpital nie ma miejsc i pieniędzy a skarb państwa codziennie, od dwudziestu lat wypłaca „biednemu” kościołowi miliony z podatków naszych. I to zwie się miłością bliźniego. Co ulica to kaplica, a za nią pij, bij, kradnij, noworodki do śmietników wrzucają, mordują i gwałcą.
LISTY Z TAMTYCH LAT
Nad Odrą grzmiały armaty, a kobiety z dziećmi w Adamowicach na listy z frontu czekały. Przychodziły one jednak od wielkiego dzwonu i tylko do nielicznych. Baby nie umiały czytać, a dziadek uczony w piśmie okulary w lesie zgubił, za niego im czytałem. On dyktował odpowiedzi tak, by cenzura nie odrzuciła listów, całowały mnie w policzek młode i stare babinki za to i głaskały po głowie, a mnie było smutno. Do ojca napisanych listów nie mogłem wysłać, bo nie wiedziałem wtedy, dokąd im uciekł. Dopiero w 1946 roku w wagonie towarowym razem ze mną przyjechały do Polski. Wiozłem w woreczku, uszyła go ze szmatek Aldona, włożyła tam też listy do swojego ojca i uwiązała wstążeczką na mojej szyi.
Wystawał spod koszuli, enkawudziści na granicy jeden list wdeptali w błoto nogami, pisałem w nim jak przewracali mamę na podłogę i ściągali z niej sukienkę. Nazwali mnie kłamcą i skurwysynem polskim. Dobrze, że takie ścierwo wyrzucają z ZSS, mówili, rewidując każdego od stóp do głowy.
Ojciec czytał potem w samotności te listy, pił gorzałę i zgrzytał zębami. Pisz listy do Aldony, nie podając adresu, bo licho nie śpi – radził. Po latach dowiedziałem się, że wszystkie otrzymał, a na list ojca, chociaż ma już siedemdziesiąt lat wciąż czeka i wierzy, że gdzieś w Polsce on się zawieruszył.
Kiedy po mojej ucieczce z wojska, zrobili w domu kipisz, to wszystko, co było związane ze mną zabrali, a w tamtych listach dziecięce serce i tęsknota olbrzymia do ojca była. Zeszyty z lat szkolnych, pełne poezji, buntu i żalu też zgarnęli. Listy Aldony tylko zostawili z wielką jej miłością do ojca swego, pisałem je na miedzy, a skowronek nad nami wtedy piosnkę śpiewał, a ona prosiła tatusiu wróć do mnie, bo macocha mnie dręczy.
Z więzienia nie docierały do rodziców też i moje listy. Nie widzieli nawet, gdzie jestem, a żegnałem się w nich z nim, ojcu całowałem stopy, bo nie słuchałem jak prosił – nie idź w moje ślady, polityka, to kurwa, za Boga, honor i ojczyznę nie ma co łba nadstawiać. Zrozumiałem to w kryminale, że padłem ofiarą propagandy. Rozgłośnia Radio Wolna Europa była źródłem mojej tragedii.
Gdzie pisać do syna? – pytali rodzice. Przynoście do nas, a my jemu damy. Pięć lat tak ich oszukiwali, początkowo mama tylko malowanki na kartkach słała, nie umiała pisać, analfabetką do Polski przyjechała. Z tęsknoty za Tobą nauczyłam się literek – powiedziała, kiedy na wolności już byłem.
Oddajcie listy mamy i moje – prosiłem. Ciesz się, że żyjesz, gdyby nie Gomółka, to ziemię byś gryzł – rechotali, wyrzucając za drzwi jak nieproszonego gościa. W archiwach wiele listów takich kona. Kto zdoła wskrzesić rozpacz istnienia z pożółkłych ich kartek?
Ludzie tak szybko odchodzą i na miłość bliźniego nie mają czasu, a tylko nienawiścią i odwetem płon, a uzdrawiaczy ojczyzny w pogoni za kasą i władzą starocie takie mają w dupie. Moich i mamy listów z serca nikt nie zdoła wyrwać, pisanych łzami i strachem. Państwowy Instytut Pamięci Narodowej odnaleźć ich nie ma czasu, szuka wartości spod znaku Ojczyzny, honoru i Boga.
RODZINNE DZIEJE
Bez wspomnień o przeszłości teraźniejszość byłaby mniej zrozumiała.
Ranny do niewoli się dostał, w bydlęcym wagonie jechał na Syberię. Na wiecznej zmarzlinie budował kolej, listu rodzinie nie mógł wysłać. A współtowarzyszem broni, co uciekali wtedy razem z nim przed sowietami, widzieli jak z koni, z szablą w ręku spadał do rzeki, o śmierci żonę jego powiadomili. Mój wujek Jan na Syberii tory kładł, tylko w myślach i snach całował żonę i dzieci.
Wielu tam zostało na zawsze, pod pokrywą śnieżną czekają na ponowne przyjście Chrystusa!
On do armii Andersa szedł z tobołkiem na plecach. Monte Cassino zaliczył, ordery i blizny po wojnie wiózł do Anglii. W 1947 roku wrócił w mundurze andersenowskim do rodziny, w kołchozie został brygadzistą.
Pewnej mroźnej nocy enkawudziści podjechali saniami pod ich dom. Pół godziny na spakowanie macie – warknęli groźnie. Z Głębokiego w wagonach bydlęcych jechali w nieznane. Enkawudzista napluł w twarz i poobrywał guziki z munduru, nazwał wujka wrogiem wielkiego Stalina. Był to 1947 rok. Pociąg zatrzymywał się na zaopatrzenia w wody, wylanie kubła z nieczystościami. Umarłych wyrzucano z wagonów, a pociąg pędził w nieznane.
W osadzie leśnej, gdzie diabeł mówi dobranoc, oddalonej od Irkucka 267 km złą drogą pokutował za „Ojczyznę, Boga, i Honor". Rozdzielnio ich, mężczyźni byli w oddzielnych barakach. Spotkania za zgodą dowódcy łagru mieli. Pracowali przy wyrębie lasu, kto nie wykonywał planu, nie miał racji żywnościowych. Kto nie pracuje, ten nie je – wisiał napis obok portretu Stalina w barakowej stołówce.
Po śmierci dopiero generalissimusa kołchoźnikami zostali, mieli swobodę ruchów, jeździli po zakupy do Irkucka, mogli hodować krowy i budować drewniane domki.
Bratanek starszy, zakochał się i nie chciał jechać do Polski, uciekł do tajgi z dziewczyną. Zbudował szałas i mieszkał do pierwszych mrozów z ukochaną. Była to Litwinka zesłana za to, że bracia i ojciec kolaborowali z Niemcami.
Niedźwiedzie podchodziły coraz bliżej do szałasu, bały się tylko ogniska, płonęło ono do świtu każdej nocy. Pewnego razu zerwała się burza, drzewa wywracała z korzeniami i rozerwała szałas. Ledwie uszli z życiem. Z tlącymi się głowniami szli do osady, a za nimi podążał, pomrukując brunatny miś.
Litwinka zachorowała na zapalenie płuc, czary mary i kadzidła szamana nie pomogły, nim doktor przyjechał, umarła. Wyciosał bratanek dla niej cedrowy krzyż i wyrzeźbił na nim dwa serca przebite włócznią. Przesiadywał nad grobem do późnych godzin, grał na bałałajce ich ulubione piosenki, a stary szaman Buriat rozmawiał z jej duszą i mówił, że usycha z tęsknoty, czeka na niego po drugiej stronie Bajkału. Buriat nie robił tego za darmo, lecz z pragnienia picia. Wywołanie ducha kosztowało za każdym razem litr bimbru.
Alkoholizm wśród Buriatów i zesłańców w regionie irkuckim był olbrzymi. Ludzie zapijali się na śmierć. Bimbru z orzechów cedrowych, że pływać w nim łódką można było. Władza uważała, że pijany, skołowanym ludem lepiej rządzi, niż zdrowym rozsądkiem. Bimber z cedrów do dziś pędzą bezkarnie Buriacy, mocny i zdrowszy od wódki przedniego gatunku.
Do Polski bratanek jechał osowiały, milczący, grał na bałałajce jej ulubione piosenki. Był już żonaty z Ukrainką z akcji „W”, a przy kieliszku opowiadał o cedrowych sercach przebitych włócznią. Powiadał o jej barwie głosu, a oczy jak wody Bajkału, widział w nich swoją duszę.
Dużo palił i pił, bełkotał, płącząc, że ona czeka na drugim brzegu, największego jeziora świata. I on z nią się zanurzy w nim na zawsze. Wkrótce rak płuc zabrał na drugi brzeg świętego Bajkału.
Wielu zostało rodaków nie tylko z takiej miłości na Syberii. Odwiedza ich konsul z Irkucka od wielkiego dzwonu. Tu jest nasza ojczyzna, mówią mu po rosyjsku, a on daje im książeczki polskie do czytania.
Dziwią się, że ich dziadkowie i ojcowie walczyli za Boga, honor i ojczyznę, która nie była dla nich matką, lecz niesprawiedliwą macochą. Posyłała na rzeź. Brat zabijał brata, bo był w okopach po drugiej linii frontu. A teraz, rzucają się do gardła w walce o władzę, podcinają gałąź, na której siedzą. Biedna może być, byleby tylko nasza i katolicka. Bóg, honor, ojczyzna i basta, wołają na trybunach, ambonach i ulicach.
Do takiej ojczyzny nawołuje konsul z Irkucka. I po co nam taka?
Tu Bajkał święty, szaman, bimber z cedrów lepszy i tańszy od Polmosu. Step, góry niebotyczne i lasy wiecznie śpiewają, a nad Wisłą pielgrzymki, afery i gruszki na wierzbie. Jesteśmy daleko od Warszawy i Moskwy, ale dobrze wiemy, co w tych miastach bredzą politykierzy. Nie chcemy umierać za ich antagonizm, jak nasi przodkowie.
Polacy mogą modlić się i mieć nadzieję, że znów chwycą za szable i huzia na moskala. Słowa te powiedział mnie stary szaman na pożegnanie.
Wujek po przyjeździe do kraju z ojcem prowadzili zakład rzemieślniczy i pasiekę, a kiedy władze skonfiskowały im biznes, popijali tęgo, słuchali rozgłośni zachodnich i przeklinali, że znowu judzą do walki za honor, Boga, ojczyznę, a ja słuchając ich planowałem ucieczkę na zachód, gdzie wolność i swoboda. Siedziałem za to pięć lat w kryminale, bo złapali mnie z bronią w ręku.
Wujek znalazł pracę w pegeerze, a tam wódka lała się strumieniami. Nie wytrzymał tępa i poszedł w ślady swojego syna, młodszy, dzisiaj przygarbiony i bezzębny dziadek. O Syberii, o jej rodowitych mieszkańcach Buriatach i łowieniu ryb w Angarze opowiada wnukom. Rodzinnych stron wy nie odwiedzicie, a tam jest dom, gdzie leżą rodzice i brat, a co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Jechałem ich syberyjskimi śladami, nad mogiłą zbiorową białogwardzistów, gdzie leży najstarszy brat ojca Andrzej. Na kamienistym stepie nad Angarą położyłem kwiaty i powiedziałem – cześć twej pamięci. Pokłoniłem się spróchniałym ścianom katorżniczych domów, wujek Jan z rodziną do 1956 roku w jednym z nich mieszkał.
Zdjęcia stamtąd braciszek oglądał i śpiewał znaną pieśń o włóczędze. Trzymał je w drżących dłoniach, a łzy ciekły po policzkach. Zobaczył znajome stepy. Bajka, byłem w waszym wtedy wieku tam, powiedział wnukom, a do Polski przyjechałem, mając dwanaście lat.
Boże jak ten czas leci, wzdychał, oglądając z wnukami filmy z mojej wędrówki szlakiem syberyjskim i po rodzinnej kresowej ziemi... Tam gdzie biegałem boso wiatr po polach lata, w Brzezince płynie brunatna ciecz. Nie ma szarych żurawi i czarnej czapli. Okrutny czas zabije i nas.
KONTROLE
Kontrolerów było wielu, a wśród nich i ja. Obnażałem niesprawiedliwości czerwonych kacyków, ale protokoły szef kładł do szuflady i mówił – Niech nabierają mocy urzędowej. Na układy nie ma rady.
Wypisywał kolejne upoważnienie do kontroli i mówił – odpuść sobie, sprawiedliwości jak „igły w stogu siana” trzeba szukać. Tak było, jest i tak będzie jak nas nie będzie.
No to wal do spółdzielni kółek rolniczych, sprawdź anonim do księgowej, bez względu na jej społeczną pozycję. Był to okres upadku Gierka, machlojki mnożyły się jak grzyby po deszczu.
Polną ścieżką zmierzałem do kółka. Stogi siana pachniały, zanocować w nich i jutro zacząć kontrolę? – rozmyślałem. Tu dzięcioły pukają w drzewa, w jeziorze pluskają ryby, nurkują kaczki. Wybrałem stóg nad brzegiem jeziora, zachwycałem się pejzażem. Na gałęziach szczebiotały ptaki, a słońce chyliło się ku wierzchołkom drzew. Po jeziorze ścieliła się mgła i kładła sen na oczy. Obudziłem się, kiedy słońce przypiekło twarz. Orzeźwiony kąpielą jadałem kanapkę owiniętą „Trybuną Ludu”, była lekturą inspektorów, kształtowała pogląd na gospodarkę kraju, ale też zastępowała papier toaletowy.
Anonim się potwierdził, nieudokumentowany rozchód gotówki i towarów. Rozchód na kilkadziesiąt tysięcy ustaliłem w pierwszych dniach kontroli. Zawrzało jak w ulu.
Księgowa, żona komendanta milicji, a zarazem pierwszy sekretarz gromadzkiej komórki partyjnej i radna powiatów, niedobór ten skwitowała słowami – pożyczyłam czynnikom partyjnym, kiedyś oddadzą, w przyrodzie nic nie ginie. Panoszyła się jak szara gęś w spółdzielni, a kierownika trzymała pod spódnicą. Gotówkę za usługi, nie ewidencjonowała, lewe rolnikom pokwitowania dawała, tak przywłaszczyła 125 000 zł. Nowy domek, ogrodzony żelaznym parkanem, zielony samochód marki trabant był tego dowodem.
Mąż zapraszał na polowanie i pokera, gwarantując wygranie dziesięciokrotnie większej sumy od poborów. Moi poprzednicy ponoć grali i wygrywali, grzebałem w papierkach, po pracy zbierałem grzyby, suszyłem na balkonie w hotelu. Pewnego razu wysypując grzyby, z koszyka wypada paczka tysiączłotowych banknotów. Ich widok zamurował mnie. Zrozumiałem, że ktoś je podłożył. Oddałem natychmiast do depozytu w prokuraturze i powiadomiłem telefonicznie szefa. W hotelu, pod drzwiami mojego pokoju zobaczyłem funkcjonariuszy, w tym uśmiechniętego męża księgowej, obmacali jak kurę, zrobili kipisz. Szukacie pieniędzy, tu ich nie ma! Gdzie są? – padło pytanie z ust komendanta. W depozycie – odpowiedziałem, pokazując pokwitowanie. W milczeniu opuścili pokój. Pośpiesznie kończyłem kontrolę. Skutki jej były mizerne.
Księgową z mężem przeniesiono na równoległe stanowiska do innego powiatu. Manko, na wniosek aktywu partyjnego w straty spółdzielni wpisano z uwagi na „znikomą szkodliwość czynu” i zasługi księgowej dla środowiska.
Natomiast traktorzystę za sprzedanie kilku opon aktyw ten wsadził do więzienia.
Na przystanku czekałem na autobus i medytowałem o sprawiedliwości ludowej. Podszedł mąż księgowej i szeptem, syknął – załatwię cię innym sposobem, mam szwagra w SB. Nie zdążył, przyszła „Solidarność” i zmiotła dotychczasową sprawiedliwość.
Po latach dowiedziałem się, że żona byłego komendanta jest szefową „Solidarności” w okolicach Nowego Sączu, prowadzi motel. I to się nazywa sztuka życia, sprawiedliwość dziejowa.
Pod niebem polskim afery lecą nadal, a tylko kontrole państwowe wyręczają komisje sejmowe, marnotrawią pieniądze podatników, efektów nie widać, media bębnią o korupcji aż uszy więdną, zmieniło się, zmieniło się coś na lepsze?
Wielcy złodzieje wieszają małych, bezkarnie doją budżet, a Kowalski zamiast socjalizmu ma wartości chrześcijańskie, zamiast Stalina na ścianach krzyż, tylko woda w Wiśle brudniejsza płynie do morza. Kto rozliczy prawidłowości, zasadność wydatków wiodącej siły narodu, zajrzy do dokumentacji Imperium Rydzyka, czy pierwszego z brzegu funkcjonariusza w czarnej sutannie? Święte krowy nietykalni, rozliczają się przed bogiem i historią!
SZCZĘŚCIE
Zapada zmrok, psy szczekają, za ścianą sąsiad wali żonę. Nad domem samoloty do lotniska lecą. Zatkać uszy i nie słuchać? Jak się przenieść w rewiry ciszy, wśród szamanów być, rozmawiać z duchami?
Medytacja w miejskim zgiełku jedyną deską ratunku, nie dla każdego jednak dana. Ucieczki od ludzi opętanych emocjami tam trudno, o wyższa szkołą jazdy, wielu woli zadowolenia w nałogach szukać, zniewalają, unoszą w euforię skołataną duszę bez wysiłku. Medytacja wymaga pracy nad sobą, warto jednak trenować, trening czyni mistrza, pomaga uzyskać kontrolę nad emocjami nawet wśród wrogów.
Ulegałem wiele lat emocjom i sugestii „monopolistów” na prawdę – budziłem się z ręką w nocniku, teraz rewiduje poglądy na świat, medytując. Potrafię odizolować się na moment od prozy dnia. Po upadku PRL – wielu zmieniało kolor skory i legitymację partyjną. Nie do Moskwy pielgrzymki, lecz do Watykanu rączki całować jechało, unieważniono pakt warszawski, a podpisano konkordat. Suchocką dożywotnie ambasadorem watykańskim zrobiono, mury berlińskie Wałęsa rozwalił; czerwonych za Wołgę wyprawił, na sztandarach wieczna dziewica znów zajaśniała. U mnie zawirował wtedy świat, traciłem pracę, pociechy szukałem w kieliszku, siedząc na zasiłku bezrobotnych. Wyścig szczurów spod znaku „Solidarności” trwał, rekomunizował zakłady pracy, ludzi wyrzucał na kuroniówkę, stałem w kolejce za pracą, handlowałem na chodniku, czasopisma sprzedawałem przechodniom. W końcu firmę założyłem, a niepokój duszy dalej trwał, oazę ciszy w medytacji znalazłem, bo spokój duszy, to jak woda dla ryb, zawdzięczam to ogródkowi marzeń.
Tam odzyskałem wiarę w siebie i zrozumiałem, że jest ona moją prywatną sprawą, bez niej życie jak wiosna bez kwiatów. Kto zabiera ją, a narzuca swoją – czyni zbrodnię.
Wiele ludzi ginie przez to na świecie! Ich rozumem manipulują inni, najlepiej czynią to kapłani i politycy, nie pozwalają rozsądkowi z sercem żyć w przyjaźni. Dają gotowe recepty na szczęście
Zawierałem związki małżeńskie, aby być szczęśliwym, rozwodziłem się, aby być szczęśliwym. Uczyłem się i wspinałem po drabinie społecznej i też dupa blada. Szukałem szczęścia w alkoholu. Przepiłem kawał życia, by zrozumieć, ile znaleźć tylko w sobie można. Na zewnątrz to tylko złudzenia, bańki mydlane. W sobie znaleźć przyjaciela, to jest prawdziwe szczęście! W ogrodzie wśród kwiatów i ptaków go znalazłem, wielu, przyjaciół na grządkach i drzewach poznałem, dzięki nim zmieniłem wspomnienia o przeszłości, doszedłem do siebie. Łatwo w sobie człowieka zgubić, a jakże trudno odzyskać, wyciągnąć z bagna zakłamania i hipokryzji, ten tylko wie, który wykaraskał się na zieloną murawę i słyszy jak trawa rośnie, jak bije zielone serce przyrody. Inni połykają pastylki od siedmiu boleści, a mnie brzózka jak kochanka pieści, w jej jednym listku pachnie wiosna z daleka, w jednym trelu ptaszyny wraca wiara w człowieka. Niby Penelopa czeka, kiedy obejmuję balsamem duszę, jej kobiecość malarz, albo wirtuoz smyczkowy wyrazić tylko może, w ogrodzie marzeń jakby za siódmą górą, za siódmą rzeką... Szczęście nie tkwi tam, gdzie go szukają zwykle ludzie, w dążeniu do niego wichrują życie. Też szukałem na zewnątrz, w sprawiedliwości. Zabrała wiarę w człowieka, kratę więzienną dała, na plecach dźwigać muszę ją do końca życia.
Jeśli nie ma zadowolenia w sobie, to nie ma czego szukać gdzie indziej, jeśli radość zależny od kogoś lub od czegoś poza mną, jestem skazany na rozczarowanie. Szczęście nic nie ma wspólnego z braniem, polega na zadowoleniu z tego, co mam i czego nie mam. Wiele trzeba, by zadowolić mędrca, głupca żadne dobro materialne nie zadowoli. Szczęśliwe życie polega na skupieniu się nad sobą. To wyższa szkoła jazdy, niezrozumiała dla łowców szczęścia na zewnątrz. Idę po tej drodze i wiem, że mój dialog ze sobą daje więcej zadowalanie niż biesiady alkoholowe i modlitwy pod figurą. Brata znalazłem, przyjaciela w sobie zbyt późno.
Moja dociekliwość w dzieciństwie sprawiała rodzicom wiele kłopotów, w dorosłym życiu przysporzyła wrogów i odtrącała przyjaciół, połączyła się z nieufnością i podejrzliwością. Dlatego płynę do ostatniego portu na samotnym żaglu, chociaż w sercu łka tęsknota za bratnią duszą w drugim człowieku! Gdzie go szukać?
Z przyjacielem jak z parasolem, gdy deszcz pada, to go nie ma, ale mimo to trzeba go umieć szukać... Szukałem tam, gdzie nie trzeba, wśród ludzi... A on był we mnie i czekał pokornie, cierpliwie. Teraz zbratani na dobre i złe liczymy tylko na siebie. Wspólnie wędrujemy po ziemi, we snach i marzeniach. I dzięki temu mniej mówi, a więcej myśl, Nauczyłem się trzymać język za zębami. I gratuluję sobie zwycięstwa. Na naukę nigdy nie jest za późno! Są gorsi i lepsi ode mnie, są monopoliści na prawdę, taki jest świat. Nie mam zamiaru go zmieniać, byli tacy i poszli do nieba z niczym. Zmieniam tylko siebie, by być lepszym i radość dać innym. Możni tego świata bełkoczą o miłości bliźniego, a zabierają nasze ogrody marzeń, manipulują, nie pozwalają łączyć serca z rozumem, budują wartości na kłamstwie i dlatego mój ogród, to moja twierdza.
SPRAWIEDLIWOŚĆ DZIEJOWA
Dźwigali z ruin i budowali kraj, ględzi się o tych co ich dorobek roztrwonili, pieje się hymny mordercom stolicy, im hołd, a o nich zmowa milczenia, hańba i klątwy z trybun lecą.
Hołubi się bandytów pokroju Lubaszki i Ognia, zdrajcę Kuklińskiego pułkownika, robotników i inżynierów, dzięki którym Zamek Królewski, Starówka, Krakowskie Przedmieście są ozdobą i wizytówką stolicy ma się w głębokim poważaniu.
Prawdę o nich mówią dzieła ich rąk i umysłów. Kiedy patrzę na żelazny płot obok pomnika Mickiewicza, na nieczynną fontannę na Mariensztacie, to widzę ojca z kielnią w dłoni. Przynosiłem mu wątrobiankę na posiłek.
Takich jak on miliony było! Ich dzieci w wieku emerytalnym wobec zmowy milczenia i pogardy władzy są bezradne. Wegetują może na krawędzi ubóstwa, nie mając pieniędzy na leki. Ich zakłady pracy sprywatyzowano, zdewastowano i rozkradziono. Ich dzieci też bezrobotne, ale czy to wzrusza tych co pierdzą w stołki rządowe za pieniądze podatków? Bełkoczą tylko frazesy o gruszkach na wierzbie, bezdomnych, starych i chorych w dupie mają. Na pocieszenie serwują festyny polityczne, a koszty utrzymania rosną i ceny miejsc na cmentarzach też, a wybrańcy narodu i ich kolesie żyją jak pączki w maśle i bełkoczą o wartościach chrześcijańskich! Dla nich demokracja, jak przed wojną dla dziedziców sanacja, dzieci ich elitarne szkoły mają i forsy w bród, kowalscy biedę i smród.
Kogo obchodzą losy nielicznie żyjących pionierów tamtych czasów?
Ważniejsze są ble ble z miłością Ojczyzny w tle. Tam nie ma miejsca dla takich jak mój ojciec, w ocenie pionierów tamtych czasów brak obiektywizmu.
Starzy budowniczowie ojczyzny boją się wieczorem wyjść na spacer z pieskiem, pijaków, chuliganów pełno. Na interwencję glina nie przyjedzie, zabezpiecza zadymy polityczne, walkę krzyżami pod pałacem prezydenckim itp.
Burzymy pomniki przeszłości, handryczymy się o groby poległych, o to, że walczyli nie po tej stronie, a marnotrawimy okazje, jakie daje wolny świat i za bezcen sprzedajemy majątek ojczyzny obcym kapitalistom, rozdajemy go hojną ręką „biednemu” kościołowi.
Tu nie ma obrońców, jesteśmy oskarżeni za taki stan rzeczy! Kto zamiast miłości bliźniego, sączy w serca nienawiść, manipuluje, sprzedaje fałsz jako prawdę, uczestniczy w zagrywkach politycznych. Zgarnia miliardy podatników, deprawuje i zniewala w majestacie prawa, a równocześnie błogosławi mafijne układy politykierów?
W takiej moralności wychowuje się pokolenie, obiecując szansę na dobrobyt!
Kogo naśladować: księdza rozpustnika, czy zakłamane ekipy rządzące???
Zgnilizną moralną cuchnie od nich z daleka! Młodzi to dostrzegają i w dupie ich mają. Uciekają w narkotyki, gruszki z wierzby co w gardle stanęły, wódką wypłukują. Nie od dziś dorośli wichrują ich losy, najpiękniejsze lata za kratą zmarnowawszy i zrozumiałem że wielkie ryby pożerają małe, na łatwowiernych plecach idą do władzy.
Władza zbratana z kościołem. Manipulują szaraczkiem od morza od wieków, zaborcy wśród funkcjonariuszy bożych mieli sojuszników, w świątyniach wznoszono modły za tyranów, takich jak ksiądz Ściegienny piętnowano w kazamatach.
Starzy boją się wieczorem wyjść na spacer z pieskiem, pijaków, chuliganów pełno, a interwencję gliny nie ma co liczyć, zabezpiecza zadymy polityczne, imprezy kościelne, strzyże wielkich złodziei, co naród w majestacie prawa okradają.
Bogaci sprawiedliwość mieli i mają w dupie, chciał jej jeden taki dla maluczkich to ukrzyżowali, Marksa i Engelsa potępili, a Lenina Stalin do mauzoleum wpakował i świat usiłował w gułag zamienić.
Dyktatorzy żyją w ewangeliach wyznawców, braciom Kaczyńskim nie udało się wprawdzie wskrzesić ich idei, ale skłócić naród tak, jeden męczennikiem ostał, obok dyktatora na Wawelu spoczywa, czeka na miejsce w raju, a Polska nadal nic nie ma stałego. czegoś ciągle brał, rak i jak kurwa, zachodowi daje dupy!
GDZIE MÓJ BÓG?
Złoto się świeci w świątyniach, bogactwo oślepia oczy bardziej niż świeca. Wśród nich zamiast Boga panoszy się kapłan, magie szamańskie odprawia w dymie kadzidlanym.
Kto je budował, złocił, chłopi pańszczyźniani dziesięciną, książęta czy kochanice królów?
Teraz finansuje władze, włazi po palcu do dupy bez mydła, ksiądz modli i naród podli za szmal. Pieniądz Bogiem, a Chrystus maszynką do jego rozmnażania, świątynie siedlisko hipokryzji i rozpusty nie od dziś i tego się nie da ukryć, że polityka leci z ambon. Nieprawości tych i drugie przyjście Chrystusa nie naprawi.
Watykan – wyrocznia, królowa Polski – dziewica, a Radio Maryja monopol na prawdę ma – to mam tam czas marnować? Wkoło Macieja jak Polska długa i szeroka ten bełkot trwa.
Modlę się, słuchając głosu przyrody, w niej jest mój Bóg! A bogobojna rodzina kreśli znak krzyża nad moją głową, kysz szatanie – woła.
Sąsiedzi do kościółka, a potem do knajpy. W domu dzieci po kątach rozstawiają, a ja rowerkiem z Anią podążam do lasu chóru ptasząt słuchać, bo w ich śpiewie Bóg istnieje.
Byłem na Srilance z moją podróżniczką, kolebkę buddyzmu ujrzałem. Ludzie się uśmiechają, nie straszą piekłem, na stosie w proch się zamieniają, idą w inne wcielenia bez lęku.
Aniu, zrób tak ze mną – powiedziałem. Obdarzyła uśmiechem lotosu i przytuliła w milczeniu do siebie.
Na rzęsach serenady harfą zagram, marzenia senne jawą uczynię, skowronkiem się objawię, piosenkę nad Tobą zanucę, może rybką złotą się stanę. Spełnię to, czego za życia nie mogłem dać. Większego błękitu nieba i kwiatów splecionych promieniami gwiazd – szeptałem do ucha. Tylko spal mnie w rytuale buddyjskim. W każdej podróży podobnie dialog trwa, myśli lecą w jednym kierunku, plecione dłonie, skrzyżowane oddechy, gwiazdy nad nami, ziemia pod nami i tak lecimy na nieznany, kolejny ląd...
A potem w domu na walizkach, myślami buszujemy, po stepach kamienistych nad Bajkałem, z szamanem i jego duchami gaworzymy, tedy i starość mniej doskwiera, chociaż dokuczliwa, jak cholera, bo Wszechmogący ją spartaczył i do dziś nie wytłumaczył, dlaczego to uczynił. Moja podróżniczka ją odmładza, jesieni uśmiechem czyni wiosnę. Kto podróżuje z takim uśmiechem, żyje dwa razy dłużej!
Czemu uśmiech Ewy Bogu się nie udał? Nic nie kosztuje, tak wiele znaczy. Gdyby pachniał eliksirem wierności, każdego dnia piękniejszy, tak jak uśmiech Ani i w oczach fikołki kwitł, nie byłoby zdrady, raj na ziemi.
Radość na łonie przyrody, to nasz maleńki raj, na każdej szerokości geograficznej odmienny i dla tego podróżujemy, bo miłość nie znosi marazmu, a życie to podroż do wieczności. Odjechać tam monotonnie nie uchodzi.
Jak biblijni wybrańcy Boga trwać chcemy, wśród upadłych aniołów krzyżujemy oddechy, żywcem iść do nieba nie zamierzamy. Co tam robić wśród świętych rodaków, pomagać tłuc ruskich za Katyń, Wojtyłą zdrowaśki klepać. Spowszechniej, jak wieloletnie małżeństwo.
NIE ŻAŁUJ
Odejdę w siną dal bez pożegnania, nie żałuj, że mnie nie ma. I nie rozpaczaj na tym pustym polu. Co się stało, to się nie odstanie. Za mną pójdą inni, tak jest od stworzenia świata. Nic dwa razy się nie zdarza, człowiek rodzi się raz i nie zmartwychwstaje. Niepokalana Maria tylko nieśmiertelnika spłodziła, reszta poczęta płciowo, żywcem do nieba nie pójdzie.
Chociaż ciebie powinni tam wziąć i ogłosić błogosławioną, męczennicą od urodzenia jesteś. Ale mimo to nad przepaścią nie spoglądaj w dół, by nie wirowało w głowie jak kiedyś. Nie tylko od sukcesów zawroty. Z lęku też, nogi uginają się i drżą. Kto stał nad przepaścią życia, patrzył na dno grobu kopanego latami, to zrozumie, że to co było, a nie jest, to dupa blada!
Lecisz między ziemią a niebem, a diabeł z aniołem czekają aż spadniesz, by zawalczyć o duszę Twoją. Nieśmiertelną, wieczną. Piekło albo raj. Jeden czort, wszędzie są rodacy.
A póki co, mocno siedź w siodle i nie pozwól, by przed metą strącono. Wielu spadało z konia w pogoni za złotym runem. I nie wszyscy ponownie go dosiadają i ryzykując złamaniem karku, pędzą z szablą nadziei do zwycięstwa.
Cieszyłem się kromką czerstwego chleba i gwiazdką na niebie. A sił brakowało, to nie stałem, a pełzłem, nie odwracałem się do tyłu. Kiedy brama więzienna otworzyła się na oścież, czekał na mnie białogrzywy rumak. Pogalopowałem nim w Polskę.
Brak nadziei? Bierz wiarę, wzmocni Twoje siły. Wszystkie drogi z nią będą odkryte. Kryterium prawdy są tylko doświadczenia. I dlatego, kiedy mówię to tylko od duszy i serca, a medytuję z rozsadnikiem. Milczenie prawdziwe złoto, ble ble to szambo i błoto. Kościół i politykierzy to wytrawni ble ble. Sprzedają czeki bez pokrycia, za które wielu oddało życie. Byłem ich ofiarą. Bez ofiar i mogiły oni nie potrafią żyć.
Pies mój patrzył w oczy w pobożnym milczeniu i machał tylko ogonem, tylko krzyżował spojrzenia bez słów, medytował ze mną! Ale już zdechł ze starości. Odchodząc w krainę milczenia, resztkami sił podał łapę na pożegnanie. Kopałem mu grób, on patrzył, jak wyrzucam ziemię. Westchnął i zamknął powieki na zawsze. Nad nim kwitną niezapominajki i nasturcję i on w nich żyje.
Pierwsza miłość matczyna, sługa psi, trzecia dziewczęca. Coś w tym jest, zawsze z nim dogadywałem się bez słów, z kobietami zaś odwrotnie ble ble, kłopoty i zgryzoty.
Krzyżować oddechy i udawać orgazmy, stworzyć z połówek harmonijną całość, to wyższa szkoła jazdy kawaleryjskiej. Dwunożne demony odziane w szaty świętoszków i dobroczyńców czuwają i modlą się, by nasze marzenia o prawdzie były jednak tak daleko, dalej od gwiazd u stóp Boga, niezdobyte leżały. Ale nie ma sytuacji bez wyjścia, nie nakładaj stryczka na szyję! Skrzypce roztrzaskane Twoje, pozwól innym grać, nie zagłuszaj ich skowytem i zgrzytaniem zębów niedomytych. Lepiej wejdź na dach i policz gwiazdy, zamień się w wilkołaka i wypij do dna nieudane życie, a nie dręcz nieudanym związkiem, hipochondrią i pretensją, że nikt z Tobą nie chce się już nawet bzykać.
OGRÓD
Wypiłem pół litra i byłem szczęśliwy przez cały dzień. Ożeniłem się i szczęście trwało tylko rok. Kupiłem psa Kaukaza i dałem mu na imię Be. Sześć lat szczęśliwy byłem. Rozumieliśmy się bez słów. Odejście jego opłakiwałem w knajpach, ciąg alkoholowy rósł. Piłem za Kaukaz, mojego przyjaciela pod chmurką, byle gdzie i z byle kim. Bełkotałem: „pierwsza miłość matczyna, sługa psi, a trzecia dziewczęcia”. Żadnej już nie ma, użalałem się nad sobą, a mnie się chce tylko pić, pić. I zapiłbym się na śmierć, gdyby nie mój wybawca – ogród. Założyłem go resztkami trzeźwej świadomości i doznałem pełnej ulgi.
Teraz bez niego, jak kiedyś bez wódki, byłoby smutno, bardzo smutno żyć. To moje niejako maleńkie szczęście. Wchodzę do niego ochoczo, jak kiedyś do restauracji i zamiast wódki czuję zapach kwiatów, słyszę śpiew ptaków.
To dzieło moich rąk napawa dumą, przywołuje obrazy z dzieciństwa, kiedy boso biegałem po łące i naśladowałem krzyk odlatujących żurawi. Te wspomnienia afirmują ulgę i jak balsam koją duszę! I taką drogą dalej iść muszę! Klucz od podejmowania decyzji mam przy sobie, dzięki temu kontrola zachowań skuteczna, poprowadzi do trzeźwości! A dwa lata wstecz chlałem jak przysłowiowy szewc. Ręka drżała, z łyżki zupa się rozlewała, białe myszki na ścianie widziałem. Teraz wabi mnie ogród. Tam atmosfera spokoju i bezpieczeństwa. Koncerty ptaków i woń maciejki mówią o zadumie i oczarowaniu. W hamaku między drzewami ciepło przepływa przez ciało, wiatr muska włosy i kołysze do snu. Z zamkniętymi powiekami chodzę po złotych piaskach nad oceanem, fale dotykają stóp. Fregata moich marzeń w hamaku płynie do przystani: „trzeźwość, sny mam spokojne, bez lęków i widziadeł”.
A ta zguba ludzkości ponoć z winy pierwszych rodziców. Jabłko zamiast boskiej rozkoszy woleli, ich głupota sprawiła, że na ziemskim padole Noe winnice zamienił w wytwórnię wina. Był pierwszym alkoholikiem na ziemi. Biblijny alkoholizm rozmnażał się szybko, górki ojca upoiły i łajdaczyły się z nim całą noc. Chrystus kac biesiadników wodą zamienioną w wino leczy, jego namiestnicy potem z tego biznes uczynili święty. „Benedyktynki”, „Kapucynki” sprzedają się jak landrynki.
Poznałem zwodniczy ich smak i dlatego wśród kwiatów, skrzydlatych przyjaciół kontempluję znikomość tego szczęścia.
Znajomi z odwykówki, zarośnięci brudem wołają: „dorzuć na połówkę”. Widok ich napawa smutnym obrzydzeniem, a też podpierałem ściany, czepiałem się płotów, ryłem nosem po krawężnikach. Teraz szepczę modlitwę codzienną: „nigdy więcej, nigdy więcej nie patrz takim wzrokiem na butelkę, nie pożądaj jej, ani innej rzecz, w której ona jest”.
W ogrodzie to przekonanie afirmuję: „jestem najlepszym przyjacielem Szymona, zasługuję na uznani,e lubię siebie takiego, jakim jestem, potrafię wyrazić własne zdanie i opinię, troszczę się o zdrowie i osiągnę cel.”
Ogród jak kobieta, można go kochać i uprawiać. Na jego widok szaleć z radości, do której doszedłem zmianą zachowań i nawyków. Alkoholik niepijący wie, jak trudno zamienić butelkę wódki na maciejkę i różę. Mnie się to udało. Miłość do przyrody przywiozłem z Kresów, urodziłem się wśród lasów w osadzie, gdzie diabeł mówił dobranoc, a bociany przynosiły dzieci! Sentyment do niej wyssałem z piersi matki, najpiękniejszej kobiety świata. Żyje ona teraz w moich kwiatach, całuję ich płatki niby dłonie matki.
KTO WIE?
Nikt nie wie dokładnie, ile dzieci alkoholików mamy, ile wywodzi się z rodzin patologicznych? Użalają się nad nimi ogólnikami z ambony i trybuny sejmowej. Media robią ble ble, gdy dziecko zakatuje w rodzinnym domu pijany tatuś, mamusia itp.
Nad tymi pytaniami kto się pochyla w prozie dnia? Może niewidoczny Chrystus, co zakłamany kościół opuścił i bosy tuła się wśród nieszczęśników i rozmnaża chleb, wino zamienia w wodę? A ich coraz więcej, rosną niby grzyby po deszczu, do sklepu tarasują drogi, „daj na piwko” skomlą. Na przystankach, dworcach, klatkach schodowych smakoszy piwa pełno – to widok powszedny, stróżów moralności katolickiej i ze świecą tam nie znajdziesz.
Wybrańcy narodu byczą się, z okazji spotkań, przednimi trunkami zaprawiają się za nasze pieniądze. W stanie wskazującym na spożycie alkoholu limuzynami ścigają się, przechodniów potrącają i kary nie mają, a kazania głoszą o miłości bliźniego i jaki Kowalski ma być, by szczęśliwie mógł żyć.
Peerelowskie izby wytrzeźwień na magazyny monopolowe zamienione, a te nieliczne na pół gwizdka ciągną, bo pieniędzy brak na służbę zdrowia, Afganistan. Biedny kościółek kosztuje. Fundacje, eleganckie kolacje też nie od macochy, opozycja białoruska również kosztuje, więcej niż profity premiera i jego przydupasów.
Jako belfer w PRL – udzielałem dzieciom alkoholików pomocy, wchodziłem do ich domów w tak zwanych trójkach rodzicielskich. I dlatego wiem, jak bardzo one są nieszczęśliwe, kiedy na stole zamiast chleba puste butelki, a tatuś mamusię bije, zrywa z niej ubranie na ich oczach. Milicja zabierała takich pijaków na przymusowe leczenie, maluchów do domów dziecka. Teraz nie ma przymusu leczenia, demokracja z wartościami katolickimi całą gębą, od dzwonów kościelnych i medialnych uszy puchną! Że dzieci alkoholików w oczach strach mają, kiszki im marsza grają, to wola nieba, z nią się zgodzić trzeba! Bij się w piersi „Baranku boży, który gładzisz grzechy...”.
Sąsiad ze swoją zgrają balują, dzieci na klatce schodowej – czekają na bosego Chrystusa. Policja nie przyjedzie, brak paliwa w samochodzie służbowym. Dzwoniłem o interwencję nie tylko ja i dupa blada, tam gdzie powinni być, to ich nie ma. Natomiast mrowie na procesjach, pielgrzymkach, w ochronie krzyża braci Kaczyńskich oraz posesji pasożytów wybranych w demokratycznych wyborach.
Dzieci alkoholików są złe, nienawidzą bożego świata, wstydzą się rodziców, że piją. Ten bagaż doświadczeń zabierają w dorosłe życie i mają w nim ciągłe problemy. Nie potrafią w porę zrozumieć, co jest naturalne, i normalne. Kłamią, chociaż mogą powiedzieć prawdę. Są impulsywne, boją się zwierzchników, przyjaciół o dziwo często szukają wśród alkoholików. Są wobec nich lojalne, nawet gdy mają dowody, że druga strona na to nie zasługuje. Korzenie alkoholu są różne, nie każdy taką samą drogą, z tych samych motywacji dochodzi do niego. I nie każdemu udaje się wyswobodzić z jego destrukcyjnych szponów. Ale na to wybrańcy narodu nie baczą, nie mają czasu, utrzymać się przy korycie – to jest to!
Limuzynami z ochroniarzami śmigają autostradami, a odrobinę dobroci dzieciom takim nie mają. Niewidzialny Chrystus im tylko nadzieję daje, bezdomnych pijaków glina wymiata, o władza jedzie na spotkanie z władzą.
Ale okazjonalnie i oni dzień dobroci mają, w świetle jupiterów dary im dają, kochamy was, bełkoczą do mikrofonów. Bez szeroko pojętej polityki socjalnej – miłość bliźniego to dupa blada!
Moralność bogaczy to tony jadła nadmiernego w śmietnikach, bezdomni alkoholicy szukając puszek po piwie, łakocie te na zakąskę pod denaturat biorą jako dar boży. Ile takich się tam włóczy, tylko ten niewidoczny i bosy wie, z wody wino rozmnaża im czasem.
Najważniejsze jednak, że dziewica królową, władza gruszki na wierzbie hoduje, Kowalski w obiecanki wierzy i nadzieji nie uważa za matkę głupich. Amen!
NAD GROBEM
W dniu Zaduszek pochyla się nad grobem rodziców, za życia nie interesowała się bardzo ich starością. Kupili jej mieszkanie, a ona „z wdzięczności” wyjechała za granicę pracować. Po powrocie usiłowała ulokować ich w domu starców, brat z żoną udaremnili jej niecne zamiary.
Jej dzieci odwiedzały dziadków od wielkiego dzwonu, zastępowali im matkę i ojca. Zajęci pracą, romansami, nie miały dla nich czasu, dorastały w atmosferze waśni i zdrad rodziców.
Starzy żyli w szarej samotności, zakłócanej agresją lokatorów, czekali na wnuki, jak ziemia na wiosnę. Na ich widok twarze jaśniały, babcia klaszcząc w dłonie mówiła – jaskółeczki pod strzechę przeleciały...Wtedy dziadek wyciągał z komody zakurzoną harmoszkę i grał stare rosyjskie romanse i śpiewał i nogą kulawą przytupywał... Patrz żono jak za młodych lat harmonia gra, jak pod oknem Twoim, gdy jabłonie kwitły. Czuję ich zapach – wyszeptała, łza wielka popłynęła po jej policzku.. No daj scałuje ją, może wtedy dasz kieliszeczek na powitanie gości.
Króciutkie to wizyty, tyle radości, grosiki uciułane z renty wnuczkom dawali... Może tylko po nie przyjeżdżały. Starszy syn w odległym mieście żył, odwiedzał rodziców, oni żalili się na lokatorów, nie płacili czynszu i ich bili, wytoczył sprawę o eksmisję. Siostra nie zjawiła się w sądzie, by pomoc w tych kłopotach. Nie była na pogrzebie ojca, spędzała urlop nad morzem. Staruszkowie nie mieli szczęścia z dziećmi.
Pierworodny siedział w więzieniu za politykę, a młodszy podszyty wiatrem, fruwał po kraju z hasłami „Solidarności”. Matka mówiła, że na Kresach koń kopytem walnął go w głowę. I dlatego lunatykuje po „Solidarności”. Jakby w amoku z głową przepełnioną ideałami sprawiedliwości rozwoził po kraju ulotki, do domu zaglądał, by pożyczyć pieniądze i pomknąć znów w siną dal.
A matka ze łzami w oczach siedziała przy oknie, patrzyła na brzozę i pytała – gdzie jest nasz syneczek? Modliła się i modliła. Niedługo przed jej śmiercią wrócił, biegał z widłami po ogrodzie za sąsiadem, bo ormowcem był. Braciszkowi nos rozkwasił, roztrzaskał głowę psu i powiesił na drzewie. Brat oddał na leczenie, lecz siostra wypisała ze szpitala i spowodowała, że dla jej córki przepisał darowany przez ojca majątek. Choroba się pogarszała, zginął pod kołami samochodu, jest niejako odpowiedzialna za jego śmierć. Niedługo potem sprzedała jego schedę, a starszemu bratu za eksmisję lokatorów, remont domu i opiekę nad rodzicami wystawiła figę z makiem. Rodziców krwawica przeszła w obce ręce. Zagarnęła też wykupiony przez matkę grób dla swojej rodziny. Tylko na granitowej płycie wyryła symboliczny napis, że i braciszek tam leży, a pochowany daleko w górach. Zerdzewiała klepsydra dynda nad jego mogiłą, jodły szumią pieśnie o solidarnościowej sprawiedliwości. I nikt go nie odwiedzi, tylko robaczki świętojańskie mrugają, nadają SOS.
I siedzi nad grobem rodziców, jak sowa z opuszczonym dziobem, zamyślona i smutna. Rozeszła się z mężem, i dzieci wyjechały za granicę, a wnuczki nie przychodzą na proszony obiad, chociaż mieszkają na rzut kamienia.
O czym myśli, kiedy za plecami śmierć szepcze: „chodź do mnie”? Jest w wieku matki, kiedy ta umierała. O czym myślą nad grobami rodziców marnotrawne dzieci w dniu wszystkich świętych?
I WIERZYĆ WAM MAM?
Nad niebieską Brzezinką rodzice głosowali na senat Rzeczy Pospolitej w 1936 roku. Teraz w tej rzeczce ścieki płyną brunatne, a wioska rodzinna umiera. Młodzi uciekli do miasta, w Głębokim mieszkają od lat stryjeczni bracia Konstanty i Walenty. Rusyfikowani do szpiku kości, nie znają języka polskiego, zmanipulowaną historię wciskają wnukom, jak my miłość bliźniego. I prawdy o kresowych dziejach tam i w Polsce z powodów tych nie ma, kłamstwo powtarzane w koło stało się prawdą.
Od 1946 roku gorycz tego kłamstwa odczuwam. Dedykuję go „patriotom” co tuczą brzuchy za pieniądze podatnika i stroją się w piórka „męczenników komuny”.
Na Kresach boso biegałem do późnej jesieni, zimą chodziłem w łapciach, wtedy ci „patrioci”
przeskakiwali z jajka na jajo w spodniach ojców, by nie być skurwysynami. Teraz bełkoczą bzdury o naszej przeszłości, hołubiąc dworki szlacheckie i skomląc o Katyniu.
Wujek Jan wrócił z Syberii dopiero w 1956 roku i wkrótce zmarł. Wojenne dzieje ojca i siedmioletnie zesłanie opowiada jego syn wnukom. Do kraju przyjechał w dwunastym roku życia. Nie znał języka polskiego, w szkole przezywali kacapem i chamem zza Buga. Teraz ma siedemdziesiąt lat i dodatek 200 złoty za łagry! Nasi krewni w bezimiennych grobach leża. Ojciec uciekł w 1944 roku do Polski. W towarowym wagonie do niego jechaliśmy. W Legnicy tulił nas do piersi.
Druga ojczyzna kolorową baśnią się w 1946 roku stała. Ubowcy jednak ojcu deptali po piętach, zmienialiśmy z tego powodu miejsce zamieszkania. Obrastałem w piórka, wąs się sypał pod nosem, w żyłach kipiała krew ułańska ojca. Na wolność wróciłem z połamanym nosem i kulą w ramieniu. Przypomina, że z władzą nie ma co zadzierać, żebra połamią, na walkę zbiorową nie ma co liczyć. Pełno judaszy i innych kanalii z miłością bliźniego w gębie zwycięstwa nie oddadzą sprawiedliwym.
Brat nie słuchał tych rad i skumał się z opozycją, zmiażdżył go samochód, uznano to za nieszczęśliwy wypadek. Transformacja ustrojowa budziła nadzieję, rodzice jej „dobrodziejstw” nie doświadczyli, umarli.
Państwowy Instytut Pamięci Narodowej dziesiątki lat „szuka” dowodów naszego dramatu, a znajduje tylko „styropianowych Męczenników Solidarności” i sanacyjnych pułkowników co na rzeź Kowalskich słali. A tych co jeszcze zipią, a nie byli w ich szeregach, w dupie mają!
Dlaczego siedziałem bez wyroku, czyją kulę noszę w ramieniu, dlaczego z oficerskiej szkoły do jednostki karnej wieźli w mundurze bez pasu, dlaczego zbierałem na polach pegeerowskich buraki mam udowodnić? Uciekałem z stamtąd, kto młody chciałby tyrać tak trzy lata?
Świadkowie i oprawcy tych wydarzeń nie żyją! Mam 80 lat, czas uciekł, jak ziarnka maku z dziurawego worka, a bezduszna biurokracja ponad dwadzieścia lat szuka dowodów, kula w ramieniu, złamany nos, blizny po torturach, zaświadczenia o rehabilitacji z 1957 roku i pismo naczelnika więzienia w Poznaniu z 1991 roku dla nich za mało.
Dzieci z powstania warszawskiego robią kombatantami, chociaż z rodzicami u krewnych na wsi czekali zakończenia tej rzezi, a ludzi z korzeniami syberyjskimi lekceważą – to cuchnie hipokryzją.
Wnosić skargę do Instytucji obrony praw człowieka – finału nie doczekam. Jednak umierając, chciałbym mieć świadomość, że uczyniłem wszystko, by ocalić nazwisko i honor rodziny od biurokratycznego zhańbienia. Inaczej nie można nazwać tego w kontekście załatwiania rekompensaty za utracone mienia za Bugiem, po które zwracali się rodzice do pierwszego prezydenta miasta Warszawy w ubiegłym wieku. W grobie czekają na odpowiedź, skargi sprawiły, że dopiero w 2008 roku prezydent stolicy sprawę przekazał wojewodzie do dalszego załatwiania. Wielmożny wojewoda raczył w 2010 roku poinformować, że muszę udowodnić iż rodzice przed 1939 rokiem byli Polakami, a karta repatriacyjna to nie dowód. W białoruskich archiwach fakt ten potwierdziłem dopiero w 2011 roku, ile zażądał ją udowodnić w sadzie, że spadek należy do mnie, temida rozpatruje pyskówki wybrańców narodu, a moja sprawa nabiera mocy urzędowej jak poprzednie. Czy warto było walczyć o takie wartości?
Wspomnienia o przeszłości można zmieniać, ale uciec od niej nie sposób. W grobie przewróciliby się sybirach, gdyby wiedzieli, jak w majestacie prawa i błogosławieństwa biskupów drwią pod biało–czerwoną chorągwią, profanują prawdę. Obłudne urządzają igrzyska w rodzaju komisji śledczych, rocznic, pielgrzymki na Jasną Górę. Uczą tym samym hipokryzji i zakłamania, tylko wzrost kosztów utrzymania prawdziwy i emerytury te same. Za dużo, żeby z głodu zdechnąć, za mało, by godnie żyć!
Romantyczni wojownicy na wiecznej zmarzlinie syberyjskiej, pod Tobrukiem i Narwikiem czekają na ponowne przyjście Jezusa. Ginęli za Boga, honor i ojczyznę. A za co giną w Iraku, Afganistanie?
Nad mogiłą wujka Andrzeja zadumałem nad tym, patrząc w wartkie wody Angar. Nie był burżujem, a tylko synem chłopa znad Brzezinki, białogwardzistą został. Drugi Jan walczył z Niemcami na zachodnim froncie, z bliznami na twarzy wrócił w 1947 roku do rodziny. I jako wróg władzy sowieckiej, ponownie pojechał do tajgi w randze kaprala. W osadzie, oddalonej od Irkucka złą drogą, pokutował za czyje grzechy? Z tej osady przywiozłem cedrową szyszkę, w owych czasach orzeszki z jej były pożywieniem zesłańców. Obecnie są rarytasem dla turystów, jedno ziarenko zakiełkowało w moim ogrodzie. Mały cedr pnie się ku niebu, jak wujkowie kiedyś do wolności, ale kogo to już obchodzi?
Zmęczone pracą stare dzieci Sybiraków stoją pod drzwiami w kolejkach do lekarzy, czekają na miejsce w szpitalu i skierowanie do sanatorium. I to demokracja z wartościami chrześcijańskimi? Zadawałem te pytania, idąc szlakiem zesłańców nad Bajkałem, dwie nagie kobiety na brzegu stały. Jedna prawdą, druga sprawiedliwością – powiedział szama, chichoczą z ludzi co budują wartości na mitach, nie na doświadczeniach i dla tego pasibrzuchy rządzą nami. Masz rację – odpowiedziałem. U nas żywią naród jeszcze nienawiścią do Wschodu i miłością Wiecznej dziewicy.
Pomniki generałów, pułkowników, dowodem tego są, ich imiona na ścianach kościołów przypominają, za co walczyć i na kogo głosować. Posyłali na śmierć moich ziomków, ojciec szablą rąbał bolszewików, szedłem też śladem kłamstwa i obłudy. Teraz wiem, że za czeki bez pokrycia nie ma sensu nadstawiać głowy.
Prezydent bez wartości, Lech Kaczyński na wniebowzięcie w katakumbach wawelskich czeka, na bezimiennych mogiłach tylko wiatr pląsa. Rząd sponsoruje kler, a na lekarstwo i szpitale forsy brak, są wartości katolickie?
Postawiono kościół w Irkucku, z myślą o przyjeździe Jana Pawła, jego wizerunek wisi w pustej świątyni, przysłowiowej myszy nie widziałem. Ewangelizuje się prawosławnych, murzynów, a nad rzeczką mojego dzieciństwa rozsypują się groby pięciu tysięcy legionistów. Finansuje się białoruską opozycję, a na pomniki zamordowanych tam Polaków nie ma kasy! Kapelani byczą się w Afganistanie i Iraku, latają samolotami, a groby żołnierzy z roku 1920 roku zarastają zapomnieniem, wołają o prawdę do nieba!
Bełkot polityczny Boga wreszcie wkurzył, samolot pod Smoleńskiem bum! To drugi Katyń – wołają! Poległej tam zgrai politycznej stawia się pomniki, rodzinom miliony się wypłaca, rocznicowe festyny uprawia. Kresowiacy co do Polski w bydlęcych pociągach jechali są w głębokim poważaniu.
Módl się i cierp, póki żyjesz! Chrystus też za nieswoje grzechy cierpiał, krzywdy jego, jak naszej nikt nie naprawił i fakty te żyją w pamięci pokoleniowej, ale są tak manipulowane, by wierzyli w gruszki na wierzbie maluczcy i ginęli za nie z nadzieja na lepsze życie u stop Niepokalanej. Dlatego Najjaśniejsza nie brzmi dumnie u mnie, niechaj giną za Nią durnie!
SZABELKA
Polska bezrozumna, metafizyczna zdobywała ziemie wschodnie, ale potykała się na progu niewykonalnych zadań, marzenia o mocarstwowości opłacała krwią niewinnych, na zdobytych rubieżach z pasją piła i katolicyzm krzewiła.
Czarowała misjonarskim marzeniem, głębią i tajemniczością boskiego powołania, labirynty żalu, i podziemne konspiracje dodawały jej uroku.
Ekspresjonistyczna, mistyczna, zniewolona zachodem do Słowian wschodnich nie potrafi się zbliżyć. Tłamsi się w swoim piekle, czepia się sąsiadów i marzy o odzyskaniu drugiego morza.
I nie rozumie Wschodnia Europa – nadzieją na przyszłość, nie zdemoralizowany zachód, bez złóż naftowych i wyczerpanych surowcach, już klęczy u jej stóp. Ma ona to, w co można wierzyć, otwartą dusze, romans, pieśń katorżniczą, co gwiazdy nucą nad Bajkałem, na ją cały świat, nasz mazurek sklecony w Italii cóż wobec tej pieśni wart? Kto go pisał, chłop pańszczyźniany, robotnik, arystokrata? Wyraża duszę, tęsknotę narodu, cierpienie, łzy tylko. Zachętę do walki z Moskalami w imię imperialnych zamierzeń? A oni zgnietli faszyzm, wyzwolili Polskę, zdobyli kosmos, postępem naukowym zadziwiają świat, ale dla nas ważniejszy za oceanu brat, tego brata mogą znieść w ciągu kilku minut z tego świata, a prawda nie dociera. Wyśmiewam, zamieniamy w żar, każdym kraju w ocenie faktów rozsądek, nas jego wciąż brak, a nadmiar miłość bliźniego cuchnie obłudą w cieniu krzyża i w łożach sejmowych!
Polacy mocarstwem z tysiącletnią historią chcą być, w amnezji majtają prawdą, wymachują szabelki, rzeź wzajemną na Ukrainie, Berezę Kartuska, drakońską polonizację kresów chowają pod dywan. Milczą o inwazji na Czechosłowację i kieskę wrześniową żałośnie zwą ciosem w plecy. O władzę krzyżami walczą, naród karmią kłamstwem i wzrostem kosztów utrzymania. A mistyczna manna z nieba nie leci, ubodzy grzebią w śmieciach.
Niespełnione marzenia źródłem tragedii są, rozczarowań, frustracji, migracji nie brakuję nadal. I Rosję za to oskarżają.
Czy nowe pokolenie rusofobię zamieni na pragmatyczny, europejski kontakt?
Jednoczenie siłą nie wyszło. Rosja nie uległa, związki z nią przez wieki powikłane, chłop w łapciach lizał łapska panów i bojarów, rosyjskie mocarstwo cementowało siłę wokół prawosławia, wokół Stalina. Rosjanie szli niejako szlakiem Złotej Ordy. Polacy przeciwstawiali temu swój katolicyzm i liczyli na mocarzy z Zachodu. U nas, kto w spodniach to i pan, a w Rosji wszyscy „towarzysze, obywatele”, ale podobnie jak u nas, po trupach na szczyty idą i maluczkich mają w dupie, plusy bez minusów nie istnieją.
Zapomnimy o Katyniach, najazdach na Moskwę i mrzonkach o mocarstwowości – mówi zdrowy rozsądek. Nigdy tego nie będzie – syczą nacjonaliści.
Dzień zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku świętem wojska, a wypędzenia Polaków z Moskwy w 1612 – roku dla Rosjan też święto. Liczymy zamordowanych w Katyniu, oni zagłodzonych w lagrach naszych, każdego roku po obu stronach granicy imprezki te lecą. Historia nie uczy rodaków rozumu.
W 1612 roku Zygmunt wysłał wojska Korona, najemne watahy zaporoskie i drużyny magnackie z Litwy na Moskwę, a nie uległa inwazji. Z Napoleonem położyć kacapów na kolana próbowano, skończyło się na księstwie warszawskim i igraszkach cesarza z piękną Polką.
Potęgi Jagiellonów nie osiągnął i Piłsudski, chociaż hołdy przyjmował w Kijowie, z Bolszewikami podzielił się Kresami. Gdyby nie umarł, legioniści parliby z wermachtem na Moskwę, to pakt z 1934 roku zawarty z Hitlerem i wspólne polowanie esesmanów w Białowieży do tego obligowały.
Winę za tragedie narodowe jednak zwalamy na sąsiadów, co swoje nikczemności kresowi, morderstw ogromy Żydów, współpracę akowców z hitlerowcami itp. pod dywan święcony chowamy.
Nacjonalizm rosyjski w porównaniu z naszym to małe piwko. Ubóstwo wyobraźni i mania mocarstwowości prowadzi nadal do porażek. Polacy usiłują zniewalać Słowian wschodnich głównie katolicyzmem i mentalnością zachodnią, której nie mamy za wiele. Gwiazdą w euro też nie jesteśmy.
Tylko na pasach granicznych mieszkańcy z obu stron język wspólny mają, handlują i przyjaźnią się, dzięki temu bogacą się, a kto pamięta handel na Stadionie w Warszawie? Tysiące ludzi szmuglowało, ale Buzek – premier, wizy kacapom wprowadził, podzielił znów narody.
Z walizkami złota przed bolszewią i frycami spieprzali na zachód, bezbronny naród zostawili, a teraz potomkowie ich za utracone mienie miliony dostają, odrestaurowane pałace zabierają. Na taką sprawiedliwość nóż w dłoni się zaciska, ale władza ma to w dupie, tłuste gęby uśmiech im rozsadza. Znów wybory wygrali bo Kowalscy od pradziada wierzą w gruszki na wierzbie, w mordę za Katyń ruskich wali, na pomniki i kościoły forsę sypie, krucjatą różańcową, apelem jasnogórskim bronią swoich wartości.
Z nami duch Popiełuszki, Wojtyły i mojego brata na Wawelu – woła wódz narodu. Zapłoną pochodnie pod pałacem prezydenckim, w dłoniach błysną krzyżem niby miecze Archanioła, jak nie my, to kto pomoże...?!
SZCZEŚCIE
Szukajcie. A jak znajdziecie, zdziwicie się, że było tak blisko...
Zapada zmrok, psy szczekają, a za ścianą sąsiad bije żonę. Nad domem samoloty do lotniska lecą. Zatkać uszy i nie słuchać? Jak się przenieść w rewiry ciszy, wśród szamanów by, rozmawiać z duchami?
Medytacja w miejskim zgiełku trudną deską ratunku i nie każdemu dana. Ucieczki w pozaziemskie byty od ludzi opętanych emocjami, to wyższa szkoła jazdy – wielu do niej chodzi, lecz niewielu z niej wychodzi szczęśliwych. Zadowolenia w nałogach szukają, ale medytacja wymaga pracy nad sobą. Warto jednak trenować, bo trening czyni mistrza. Medytacja pomaga uzyskać kontrolę nad emocjami nawet wśród wrogów.
Ulegałem wiele lat emocjom i sugestiom innych – budziłem się z ręką w nocniku, teraz rewiduję poglądy na świat, medytując. Potrafię odizolować się na moment od prozy dnia.
Po upadku PRL – wielu zmieniało kolor skóry i legitymację partyjną, nie do Moskwy na pielgrzymki, lecz do Watykanu jechało rączki całować rodakowi. Unieważniono Pakt Warszawski, a podpisano konkordat i Suchocką dożywotnie ambasadorem watykańskim zrobiono. A mury berlińskie Wałęsa wcześnie rozwalił i czerwonych za Wołgę wyprawi, na sztandarach wieczna dziewica znów zajaśniała, a u mnie zawirował wtedy świat, straciłem pracę, pociechy szukałem w kieliszku, siedząc na zasiłku bezrobotnych. Do równowagi, oazy ciszy doszedłem w medytacji, bo spokój duszy, to jak woda dla ryby. Zawdzięczam to ogródkowi marzeń.
Tam odzyskałem wiarę w siebie i zrozumiałem, że jest ona moją prywatną sprawa, nie wolno jej narzucać innym i nie wolno pozbawiać. Bez niej życie jak wiosna bez kwiatów. Kto zabiera je, a narzuca swoją – czyni zbrodnie.
Wiele ludzi ginie przez to na świecie! Rozumem i przekonaniem manipulują najlepiej kapłani i politycy z nimi zbratani. Nie pozwalają rozsądkowi z sercem żyć w przyjaźni. Dają gotowe recepty na szczęście. Zawierałem związki małżeńskie, aby być szczęśliwy, rozwodziłem się, aby być szczęśliwym. Uczyłem się i wspinałem po drabinie społecznej i też dupa blada. Szukałem szczęścia w alkoholu. Przepiłem kawał życia, by zrozumieć, że szczęście tylko w sobie znaleźć można, a na zewnątrz to tylko złudzenie, banki mydlane. W sobie znaleźć przyjaciela, to jest prawdziwe szczęście!
W ogrodzie marzeń wśród kwiatów i ptaków je znalazłem, zmieniłem wspomnienia o przeszłości; wielu przyjaciół na grządkach i drzewach pomagało dojść do siebie. Łatwo w sobie człowieka zgubić, a jakże trudno odzyskać i wyciągnąć z bagna zakłamania i hipokryzji. Tylko ten wie, który wykaraskał się na zieloną murawę i słyszy jak trawa rośnie, jak bije zielone serce przyrody.
Inni połykają pastylki od siedmiu boleści, a mnie brzózka jak kochanka pieści, w jej listku pachnie wiosna z daleka. Zeni, Hani, Basia wobec niej to małe piwko, niby Penelopa czeka, kiedy obejmuję – mocą promieniuję, balsamem duszę koi; jej kobiecość malarz, albo wirtuoz smyczkowy wyrazić tylko może. W ogrodzie marzeń jakby za siódmą gór, za siódmą rzeką...
Szczęście nie tkwi tam, gdzie go szukałem. W dążeniu do niego zwichrowałem życie, bo szukałem na zewnątrz, w sprawiedliwości, a to dupa blada. Temida zabrała wiarę w człowieka, a kratę więzienną dała, na plecach dźwigać muszę ją do końca życia.
Jeśli nie ma zadowolenia w sobie, to nie ma czego szukać gdzie indziej. Jeśli radość zależy od kogoś lub od czegoś poza mną, to jestem skazany na rozczarowanie. Szczęście nic nie ma wspólnego z braniem, a polega na zadowoleniu z tego, co mam i czego nie mam. Wiele trzeba, by zadowolić mędrca, a głupca żadne dobra materialne nie zadowoli, bo szczęśliwe życie polega na skupieniu się nad sobą. To wyższa szkoła jazdy, niezrozumiała dla łowców szczęścia na zewnątrz. Idę po tej drodze i wiem, że mój dialog ze sobą daje więcej zadowolenia niż biesiady alkoholowe i modlitwy pod figurą. Brata i przyjaciela znalazłem w sobie zbyt późno.
Moja dociekliwość w dzieciństwie sprawiała rodzicom wiele kłopotów, w dorosłym życiu przysporzyła wrogów i odtrącała przyjaciół. Połączyła się z nieufnością i podejrzliwością. Dlatego płynę do ostatniego portu na samotnym żaglu, chociaż w sercu łka tęsknota za bratnią duszą w drugim człowieku! Gdzie go szukać?
Z przyjacielem jak z parasolem, gdy deszcz pada, to go nie ma. Ale mimo to trzeba go umieć szukać. Szukałem tam, gdzie nie trzeba, wśród ludzi... A on był we mnie i czekał pokornie, cierpliwie. Teraz zbratani na dobre i złe liczymy tylko na siebie. Wspólnie wędrujemy po ziemi, we snach i marzeniach.
I dzięki temu mniej mówię, a więcej myślę. Nauczyłem się trzymać język za zębami i gratuluję sobie zwycięstwa. Na naukę nigdy nie jest za późno! Są gorsi i lepsi ode mnie – tak mówię, ale taki jest świat. Nie mam zamiaru go zmieniać, byli tacy i poszli do nieba z niczym. Zmieniam tylko siebie, by być lepszym i radość dać innym. Możni tego świata bełkoczą o miłości bliźniego, a zabierają nasze ogrody marzeń, manipulują, nie pozwalają łączyć serca z rozumem, a budują wartości na kłamstwie i dlatego mój ogród, to moja twierdza. Chcesz być szczęśliwy dzień jeden – upijaj się, rok ożeń się, pięć lat kup psa, szczęście do końca życia da tylko ogród.
ZGUBIŁEM BOGA
Klepanie modlitwy to wytwarzanie nawyków, przyzwyczajeń, taki nałóg jak alkohol.
Jak to władców ziemi i nieba z tą polską miłością bliźniego?!
Maluczkich dręczysz i zabijać każesz, a możnowładców wynosisz na ołtarze i czynisz jeszcze bogatszymi i karzesz uznawać za swoich namiestników!
Czyż dla takich jak ja, nie masz litości?
Dlaczego rodzice za uczciwą pracę i ofiarne modlitwy, harując od świtu do nocy u bogobojnych dziedzicowi okupacyjnych zbirów byli poniewierani?
W Twoim imieniu w ornatach złoconych upodlają nadal lud i manipulują jego umysłem według egoistycznych upodobań! I każą prześladować tych, co inaczej się modlą.
Sprzyjasz tylko gnębicielom, tyranom? Kto ma władzę, ten ma sprawiedliwość i Boga? Czemu kazałeś zabijać, by inni żyli, gdzie Twoja miłość? Czy życie, które dałeś, to nieustanna walka o przetrwanie i nie istnieje bez zabijania?! Dlaczego kazałeś mordować inaczej myślących?
A modlitwy kościelne w takim razie cóż są warte?
Chadzanie do kościoła według pięciu przykazań to nic innego jak nieustanne pogłębianie – nałóg, że należy modlić się do końca życia.
I to tylko z kapłanem – to najskuteczniejsza droga do nieba. Twoi namiestnicy ziemscy pławią się w dostatku i bawią się w luksusowych kurortach. Twój syn przecież chodził boso z uczniami i pogardzał luksusem! Więc jak to jest ze sprawiedliwością głoszoną przez twoich ziemskich ambasadorów?
Władają duszami maluczkich, sprzedają boskość nie z miłości do ludu, a tylko z chęci zysku i chciwości. Widzisz to, dlaczego nie grzmisz?
Nie chcę takiej boskości, takiej drogi do nieba! Boga nie łączę z kościołem, tak jak wina z gównem. tych powodów Chrystusa w kościele i ze rozgrzeszenia za pieniądze! Nie chcę świeca nie znajdziesz!
A zaczęło się od tego, że za onanizowanie się i podglądanie przez dziurkę od klucza nagiej nauczycielki pokutę dostałem, setki razy zdrowaśki klepałem! Mimo to pragnąłem zostać misjonarzem w jakimś afrykańskim buszu, ale zobaczyłem jak ksiądz koledze na fujarce grał i swoją wtykał w usta, nasikałem do butelki wina mszalnego w zakrystii, odarłem komżę i czmychnąłem z kościoła na zawsze. Zmieniłem szkołę i miejscowość, mieszkałem w internacie, wędrowałem przez życie na bakier z księdzem, matka załamywała ręce z rozpaczy, modliła, bym wrócił marnotrawny syn na łono boże, szedłem drogą pokutniczą, znaczoną cierpieniem, zdradą i strachem.
Boga szukałem na zewnątrz, przekonałem że tam nie znajdę do końca życia. I skupiam się terza tylko nad sobą. Szukam w sobie czegoś, co można nazwać Bogiem i pokochać tak bardzo, że śmierć tej miłośći nie zgasi.. I chociaż czas ucieka, nie tracę wiary, w to, bez wiary, jak ryba bez wody! Medytuję,o tym zadaję pytań wiele sobie i szukam na nie odpowiedzi. I o Bogu koscielnym zapominam I wiem, łatwiej kochać i nienawidzić gogoś niz siebie zrozumieć i miłować bezgranicznie
1944 rok i więcej
Ojciec ukrywał sie, nie chciał dzielić losu braci na Syberii. Odwiedzał pod osłoną nocy . W drzwi walili kolbą . Szukali ojca , nazywali go wrogiem władzy sowieckiej. Przewracali tobołki , zaglądali do kurnika, bagnetami pruli słomę w stodole .Rewizji było wiele , napastowali mamę . Siedziałem na piecu z bratem i wołałem: "tato, ratuj mamę! Była ładną i młodą kobietą. Grozili,ze zabiorą do lagrów, jeśli nie wskażemy kryjówki ojca. Sąsiedzi nas unikali,bali się enkawudzistów. Tylko dziadek ,co mieszkał samotnie nad rzeczką, pomagał nam. Radził zbierać więcej runa ,bo pomrzemy z głodu. Wzdychał , chwaląc okupację niemiecką. Żyło się lepiej. Zmorą byli tylko partyzanci sowieccy. Zabierali żywność i gwałciły kobiety. Niemców witano w 1940 roku kwiatami. I to tkwi w pamięci mojej też. ,a kiedy uciekali , było ich zal. Rannemu na bagnach, przynosiłem kwas chlebowy,aż go pojmali i zadźgali bagnetami.Miał jasne włosy i niebieskie oczy, dziadek zasypywał je piaskiem ,trzymałem wyciosany z olchy krzyż i płakałem.Po ucieczce Niemców głód zaglądał w oczy . Ziemniaki w łupinkach,kwas chlebowy i zupy z pokrzywy były pożywieniem!.
Zbierałem runo, i rozglądałem się za borowikami, dzięcioły dziobały korę,wiewiórki znosiły żołędzie i jakiś ptak darł się w wniebogłosy. . Mama suszyła ,kwasiła grzyby, borówki wkładała w drewnianą beczułkę i stawiała na ganku. A zimą podawała na stół .Gośćcie się ,jeśli łaska ,mówiła ,chowając spracowane dłonie pod dziurawy fartuch, było żal ich , wyzierały dziwacznie przez dziurawy fartuch ,a tak czule gładziły, gdy byłem smutny .bąble tez miałem , rąbałem drzewo, kręciłem żyto w żarnach na mąkę.
Rumiane borówki topiły się w ustach. Z gorącymi ziemniakami smakowały najbardziej!Jesz i jakby aromatyczny kawałeczek lata był na języku . Brat wolał,mamo daj więcej. . Miałem z nim kłopotów wiele .Pewnego razu włożył do pieca zapalnik od rosyjskiego granatu. Piec się nie rozwalił, garnek z ziemniakami szlak trafił,a konewka z mlekiem spadła na klepisko. Oberwałem chłostę za niedopilnowanie .a braciszek ze strachu dostał biegunki. Wyleczył się naparem z borówek. Były od wszystkich boleści , pachniały lasem,zastępowały herbatę. Dziadek, popijać ją powiadał ,że są długowieczne, jak dęby za stodołą. Małe i długo żyją,a ludzie wysoccy i tak szybko umierają?Bóg tak chce-odpowiadał. Niesprawiedliwość jest i będzie , dorośniesz ,to zrozumiesz te święte słowa. Dziadek wkrótce zmarł ze starości .Na wsi zostały tylko same kobiety. Mężczyźni na wojnie lub w lagrach,albo w grobach byli.
Słowa dziadka mama powtarzała po każdej wizycie enkawudzistów ,mówiła też ,że biednemu wiatr w oczy wieje. Może będzie lepiej w drugiej ojczyźnie ,ale jak tam jechać -pytałem?Tata zabierze, uśmiechała się przez łzy i mówiła ,do niego tak podobnyś,jak czysta kropla wody .Ojciec nie dawał znaku życia ,dni mijały w tęsknocie za nim. Modliliśmy się przed ikoną, wieczorami a wiatr za oknem skowytał i gasił gromnicę. Mama przytulała chorą siostrę i brata w ciemności,a mnie posyłała do sąsiadki po zapałki .Biegłem boso,po zabłoconej ulicy,a jesienny deszcz smagał twarz , spychał do rowu. A kiedy znów zapłonęła gromnica, pytałem ,czemu tata nie pisze listów?Mama gładziła mnie policzek i płakała. W milczeniu patrzyła na nas ze ściany Matka boska Ostrobramska,opiekunka biednych .Ale łez gorzkich ,jak mama na policzkach, nie miała . I tak mijały dnie,noce,tygodnie i miesiące. Z ojcem spotykałem się we śnie. .Orałem pole, pług był wyższy niż ja Szedłem za nim na palcach. Siałem zboże, kosiłem. Wyjeżdżałem na noc paść konia na niczyich łąkach pod lasem Kary skubał trawę ,a mnie ogarniały wspomnienia o wspólnych wędrówkach z ojcem. Tęsknota za nim silniejsza od miłości do Weroniki . Mieszkała przez ulicę i często pukała do mojego okna. Jej ojciec pisał listy z frontu , a nasz milczał , byłem zazdrosny,kiedy chwaliła się nimi. Az pewnego dnia przyszło zawiadomienie,ze zginął nad Odrą bohaterską śmiercią za ojczyznę i Stalina.. Płakałem z nią na miedzy i przytulałem do siebie. Bałem się,ze i mój może zginąć. Nie widziałem ,ze jest śród akowców w okolicy Czeremchy. Dobrze, ze uciekł, mówiła potem mama, może zezwolą wyjechać do Polski Przewodniczący rejonu ,były partyzant znał ojca z czasów przedwojennych, terminował w jego kuźni. Wiedział od kolejarzy ,ze ojciec uciekł za granicę pociągiem. Pijąc samogon i umizgując się do mamy powiedział, na pewno jest w białej partyzancie ,wrogiej władzy radzieckiej. Musicie prędzej wyjechać,szykuje się dla takich jak my, podroż na Sybir.
Na wszelki wypadek, w kurniku gromadziłem broń do walki z enkawudzistami. Wsparcie wyraził sześcioletni braciszek i narzeczona Aldona starsza ode mnie,dwunastoletnia panna. Przyniosła minę z rozbitego czołgu i schowała w swojej oborze. Krowa nadepnęła na nią i rozleciała się z oborą w kawałkach Jej macocha donos złożyła ,że syn legionisty i niemieckiego kolaboranta gromadzi broń przeciwko władzy radzieckiej ,a puki co zabił jej cielną krasulę. Przewodniczący badając sprawę uśmiechał się , gładził mamie rękę, nie martw się ślicznotko pocieszał. I wtedy pokazałem magazyn broni. Za głowę się chwycił, dzieciaku, tym wysadziłbyś całą wieś.
Za łapówki wydał wkrótce zezwolenie na wyjazd , stwierdzając,ze obowiązki podatkowe w naturze i usługach wykonaliśmy w stu procentach .
Ostatnia zima na Kresach była mroźna. Na drzewach iskrzył się szron, tworząc niezwykle piękne pejzaże. Czuło się jednak zwiastuny wiosny. Jasny blask słońca, sople lodu pod dachem ,siwe cienie w lesie. W wiośnie była nasza nadzieja . W kwietniu wyjazd do Polski! I o tym rozmawiałem z ojcem we snach obok czarnego stawu ,gdzie enkawudziści zastrzelili dziedzica ,a partyzanci mieli zimowe legowiska , nim uciekł w nich się ukrywał . Z bratem potem tam chodziłem. W zbutwiałych legowiskach leżała amunicja i granaty. Wrzucaliśmy ich do ogniska . Rozlegał się huk, z drzew spadały szyszki.,a w ziemiance ziemia nad nami drżała, wojna wraca.-wołaly trwoznie babinki..
Rozłączonym rodzinom nie wszystkim udało połączyć za życia ..Zostało wiele nieprawości na kresach nie wyjaśnionych , wołających o pomstę do nieba.Są rachunki krzywd,których nikt nie zdoła rozliczyć.,a na obiektywną ich ocenę , Białorusini i Polacy nie mają odwagi . Politycy serwują frazesy i judaszowską miłości bliźniego , karmią kolejne pokolenia gruszkami na wierzbie ,oskarżając się na wzajem .W tym uczestniczy aktywnie Kościół . W mediach i szkołach nie ma o tamtych dziejach prawdy,a tylko Katyn i gulagi okraszone tendencyjną rusofobią., Kość niezgody miedzy narodami po obu stronach granicy wschodniej!Na odwiedziny braci stryjecznych muszę mieć wizę i przejść upokarzającą kontrolę celną.Ale tego co oczy wiedziały,uszy słyszały nikt nie zabierze,tylko czas i rozsadek zmienia moje wspomnienia.Fakty ,że za krew nie ma zapłaty pozostaną na wieki,że za okupacji niemieckiej,po stokroć było maluczkim lżejsze niż za sanacji i sowietów..Z Niemcami kolaborowała większość,ponad czterdzieści tysięcy Białorusin było w policji,a akowcy w majątkach swoich dupy grzali z bronią u nogi,mordowali Litwinów,wspólnie z hitlerowcami tępili Zydów i czerwonych partyzantów,a po wojnie , pod wodzą Lupaszki uciekli do Polski, wyrzynali wrogów wartości katolickiej,żywcem palili prawosławnych.Dziś są bohaterami,żołnierzami wyklętymi.Im saluty i msze święte,a tym co gromili powojenny bandytyzm,elektryfikowali wsie,zwalczali sanacyjny analfabetyzm pogarda i miano" 'pachołki Moskwy."Pod domem generała Jaruzelskiego watahy rozwydrzonych ,młodych nacjonalistów wołają"zdrajca,morderca,na szubienicę"Czyja to zasługa?
My i oni!
Latwo powiedzieć, ale trudniej pojąć,ze
.z piersi wyssali matek boga,honor i ojczyznę, i za te zwodnicze słowa ginęli, Monte Casino,Lenino,łagry i powojenne ,bratobójcze zmagania.Im,akowcom," wyklętym żołnierzykom" salut,a tym co po dźwigali z ruin kraj,gromili szabrowników bez pomocy królowej Polski,j wiecznie dziewicy,ale likwidowali nierówność społeczną,analfabetyzm,żarówki wkręcali ,gdzie diabeł mówił dobranoc. dziś hańba i szyderstwo! .
Jedni bohaterzy,męczennicy na cokołach stoją,drudzy zdrajcy,pachołki
Moskwy opluwane.Judaszowskie słowa z piersi matek- ością niezgody,jedni chcą więcej boga, drudzy honoru i władzy, ojczyznę wolną-wołają-racz dać o pani, Od zawsze tak było i będzie dopóki władze nad duszami kowalskich cnota wieczna z Jasnej Góry mieić będzie
..Zniewolona Polska miłością bliźniego,wartościami katolickimi, dupy daje zdeprawowanemu Watykanowi i zdemoralizowanemu biznesem wielkiemu bratu za oceanu. ,a kowalskim ?Gówno i bezimienne groby .
Poniektórzy,bliscy ubolewają , że takie poglądy mam , doświadczenia,a nie dzwony kościelne i gruszki na wierzbie to uczyniły . Tworzę własną ojczyznę , w myślach i uczynkach, w obronie jej murem stanę! Ale co obca przemoc wzięła-szablą odbierzemy- nie zaśpiewam.Nie skowyczę pod krzyżem i manifestacjach ulicznych.Ojczyzna nie brzmi dumnie.Komu daje dupy, ,kogo wzbogaca,a kogo na śmietnik wyrzuca,pozbawia szans na godną starość wiem aż do bólu i chwalić skurwieli co nad nami?
(0)
O wypłatę rekompensaty za mienie zostawione na Białorusi złożyłem w imieniu rodziców wniosek 29.10.1990 roku z kompletem dokumentacji repatriacyjnej ,przyjęto bez zastrzeżenia, i nie wzywano potem do jej uzupełnienia.. W urzędzie miasta stołecznego Warszawa,mimo moich licznych monitów nabierał mocy ponad 10 lat ..W miedzy czasie zmieniły się przepisy, a -rodzice pomarli, ich znajomi co mogliby zaświadczyć o wielkości i wartości tego mienia tez.
.
Prezydent miasta .pani Walcz,po upływie wspomnianych lat powiadomiła tylko iż prośbę przekazała Wojewodzie(zał..nr.1 ,a nie poinformowała jakie jeszcze dostarczyć dokumenty ,ze należy je uwiarygodnić świadkami,,że istotnie przed 1939 rokiem byliśmy Polakami,ze wspomniany majątek został na kresach. itp.
Wojewoda ,po trzech lat od daty wysłania do niego mojego wniosku wyszczególnił te dokumenty , zobowiązał ich dostarczyć ,a postępowanie zawiesił,przy czym o zawieszenie musiałem pisemnie prosić,zał.nr 2..Na własny koszt .trzykrotnie jeździłem na Białorus szukać wymaganej dokumentacji i świadków tamtych lat, oni w mogile, już byli ,zaginęli w Syberii,a bracia stryjeczni z uwagi na powinowactwo- w tej prawie -nie mogli zaświadczyć .W archiwum witebskim wyszperałem tylko,ze rodzice w1936 roku glosowali na senat RP,ze w Adamowicach 8 hektarów ziemi naszej,- o nieruchomościach innych tam zastawionych śladu w nich nie było..
Naocznie jednak zobaczyłem co zostało po nas. W Mosar obok kościoła budynek sklepowy zionął stęchlizną , świerk sadzony w 1938 roku piął się ku niebu., dom zaś mieszkalny i budynki inwentarskie spichlerz ,stodoła i kuźnia w
Hrewlaniach władze sowieckie zdewastowały, półtora hektarowe poletko zarosło ,kąkolem tylko znajomy z dzieciństwa kamień polodowcowy był bez skazy.Usiadłem na nim i zapłakałem patrząc na zdziczałe jabłonki,w sadzie, nad nimi klony wyrosłe szumiały.
W Adamowicach wyjeżdżając do Polski tez , zostawiliśmy budynek mieszkalny i zaplecze inwentarskie ,łaźnię ,sad i osiem hektarów pola ,w tym do polowy zasiane zbożem,a widok był podobny. jak w Hrewlaniach
Biurokratyczny proceder-odbiegający od głoszonych wartości, nie tylko poniżył godność starego człowieka,ale nie pozwolił w odpowiednim czasie,kiedy jeszcze żyli ludzie z tamtych lat i stron udokumentować to co rodzice zostawili na kresach!.
Zaskarżyłem tę przewlekłość do najwyższych wladz RP..w wyniku tego .Ministerstwo skarbu pismem .05 12.2011 r . zażądało od wojewody akt sprawy,-zał nr . i
- potwierdziło raczącą opieszałość administracji - ale nie przeprosiło i nie wyciągnęło w stosunku winnych żadnej sankcji -zal ..nr. .Zaskarżyłem powyższe w administracyjnym sądzie wojewódzkim,zadając zadośćuczynienia w kwocie 100 tys....Sprawa ślimaczyła miesiącami,przechodziła na kolejny rok.a wojewoda. mimo,ze dawno uzupełniłem brakujące dokumenty,to dopiero, 25.01.2013 roku przyznał rekompensatę i to tylko za 8 hektarów ziemi w Adamowicach , na własny koszt zobowiązał powołać rzeczoznawce, wycenił ją na 100 tys zł , -zal nr Na wypłatę tej kwoty.. czekałem kolejnych kilka miesięcy., faktycznie wypłacono tylko 25 tys zł,to jest 25 % oszacowanej wartości ..
Wspomniany sąd roszczenia uznał za bezzasadne,sprawiedliwości stało się zadość orzekł--dostałem rekompensatę..Zaskarżyć wyrok moglem tylko za pośrednictwem adwokata,z urzędu nie otrzymałem,mam dużą emeryturę napisali. Za dużą by umrzeć,a za mala by żyć godnie .-wynosi 1800 zł,a koszty utrzymania i leki drożeją,
Pociotkom magnatów ,biednemu kościołowi wypłacają krocie.rekompensat i nie tylko.,finansują pikiety w obronie opozycji na Białorusi,moja rodzina służyła ojczyźnie i broniła jej..Siedziałem 6 lat bez wyroku, jednego wujka rozstrzelali,drugi z rodziną na Syberii , potem walczył pod Monte Casino,a ojciec ochotnikiem w legionach,w 1944 roku uciekł przed enkawudzistą do Polski I na tym tle wypłacona kwota rekompensaty woła o pomstę do nieba.,a tryb jej załatwiania co najmniej karygodny. I nic więcej się nie należny od prawa i sprawiedliwości z koroną na głowie Królowej Polski, prócz metra ziemi płatnej na cmentarzu.?
Mam 82 lata i świadomość,,. gdybym napisał do wyższego obrońcy pokrzywdzonych to odpowiedzi już nie przeczytałbym, radzą pisać do rzecznika europejskiego praw człowieka,do pozarządowych organizacji , pomoże to jak umarłemu kadzidło-powiedziałem,wybrałem rzecznika polskiego,z empatią te brudy z wartościami chrześcijańskimi niech przeczyta.W załączeniu źródłowa do tego =dokumentację,pozostała w posiadaniu ww decydentów .Skargi do boga nie napiszę,że odpowiedzi nie doczekam,
Z poszanowaniem
piątek, 27 września 2013
.Z piersi wyssali matek boga,honor i ojczyznę, i za te zwodnicze słowa ginęli, Monte Casino,Lenino,łagry i powojenne ,bratobójcze zmagania.Im,akowcom," wyklętym żołnierzykom" salut,a tym co po wojnie dźwigali z ruin kraj,gromili szabrowników bez pomocy królowej Polski,j wiecznie dziewicy,ale likwidowali nierówność społeczną,analfabetyzm,żarówki wkręcali ,gdzie diabeł mówił dobranoc. dziś hańba i szyderstwo! .
Jedni bohaterzy,męczennicy na cokołach stoją,drudzy zdrajcy,pachołki
Moskwy opluwane.Judaszowskie słowa z piersi matek- ością niezgody,jedni chcą więcej boga, drudzy honoru i władzy, ojczyznę wolną-wołają-racz dać o pani, Od zawsze tak było i będzie dopóki władze nad duszami kowalskich cnota wieczna z Jasnej Góry miedz będzie
.Ty i ja,chociaż dzielą nas lata doświadczeń nazywamy to czystym kurewstwem.Zniewolona Polska miłością bliźniego,wartościami katolickimi, dupy daje zdeprawowanemu Watykanowi i zdemoralizowanemu biznesem wielkiemu bratu za oceanu. ,a kowalskim ?Gówno i bezimienne groby .
Poniektórzy,bliscy ubolewają , że takie poglądy mamry , doświadczenia,a nie dzwony kościelne i gruszki na wierzbie to uczyniły . Tworzymy własną ojczyznę , w myślach i uczynkach, w obronie jej murem stoimy! I co obca przemoc wzięła-szablą odbierzemy- nie śpiewamy.Nie skowyczymy pod krzyżem i manifestacjach ulicznych.Ojczyzna u nas nie brzmi dumnie.Komu daje dupy, ,kogo wzbogaca,a kogo na śmietnik wyrzuca,pozbawia szans na godną starość wiemy aż do bólu.Mamy za duże emerytury by z głodu zdechnąć,a za małe by godnie żyć i chwalić tych skurwieli co nad nami.Kryterium prawdy- doświadczenia.!
Pod figurą wiecznie cnotliwej współbraci gnoją,a pieprzą o wartościach,miłości bliźniego., rozgrzeszają . judasze ,zboczeńcy kowalskich
.Spowiadamy się wiec tylko przed sobą! To nasz dar natury . Łączy jak tantryczny seks, bez pokuty i strachu!Tam tylko Jezus i Maria Magdalena ,i Lucypera w owocu pożądania .
Wyobraźnia bezwstydnością sięga głębi -kiedy czekam na taka spowiedź z tobą moja mila !
W pulsujących falach .Kwitniesz Latosem, płomieniem zniewalasz.
Ty nie panna ,a ja nie kawaler.Z nieudanych związków,zwichrowanych życiorysów rodem. Los ofiarował nas sobie.Ty to ja,,kreślimy na wspólnym niebie najdroższe nam wartości.,a
moralność katolicka - dla kowalskich zastawiamy,to ich opium!,Tworzymy swoją rację , zmienimy tym, siebie tak,że słowa z ambony i ględzenia władzy nam zwisają w okolicach,gdzie plecy kończą szlachetna nazwę..Kiedy się spowiadamy , iskrzy i czas mdleje i czuje się nieśmiertelność-!Naszą spowiednik lasy co wiecznie śpiewają,podróże dalekie,wspólne marzenia i sny-
Nie metryka ,a hardość ducha, na przekór ,zadymkom i pielgrzymkom tam nas pędzi, tam uciekamy od prozy dnia. Sprzedawców paszportów do nieba,hodowców gruszek na wierzbie omijamy na kilometr. Skrzydła, wspólne loty -to ,nasz sposób na życie..A zwichrowana przeszłość,zloty i upadki osobiste?. Zmieniliśmy o nich wspomnienia.Bywają jednak chwile smutku,samotności ,jak w każdym życiu..Ale ..
!
Uśmiech twój - niebo w oczach- zatrzymuje, złowieszcze działanie czasu,,..
rozwiera skrzydła, do lotu Kto wędruje we dwoje ,żyje dwa razy dłużej .Za mienione podróże,za ,ogród marzeń,za zielone listki nadziei, dziękuje ci moja jedyna i niepowtarzalna podróżniczka i proszę o jeszcze.Mój świat i pieśni srebrny zdrój i wszystek czar przeżytych lat to ty i tylko ty!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

