czwartek, 2 stycznia 2014
Puki ciągniesz kierat-żyjesz....
Z pod kopyt tumany kurzu unosiły , wielmożnych do kościoła, bryczką wiozła , dziedziczka z cukierki nam rzucała,a mąż stary, laską POSZTURCHIWAŁ FURMANA,by prędzej minął wiejską hołotę. Galopowała na niej tez konno, z rozwianym włosem za wzgórza, ,gdzie dzikie żurawie miały zer. Nago ku nim podchodziła,a z gęstwiny fornal zbliżał. Czemu tak dzieje - pytałem dziadka, on jary ,a mąż stary – wyjaśnił i zasłaniał ich widok
Bawiłem się potem w to na pastwisku,krowę, zamieniałem w dziedziczkę,a byczka w fornala ,a one biegły na łąkę pańską, zarządca batem smagał „więcej nie będę”-skomlałem , ale potem na kiju jak białogrzywej cwałowałem w jej ustronie , w lustrze wody widziałem naga i potęgę kosmatego fornala, rówieśników do zabawy zwerbowałem– , brata tez , z kijka spadł, potłukł kolana, w domu, wygadał. lanie większe niż od zarządcy dostałem.
W 1939 roku enkawudziści w pałacu wielmożnych szkolę gminna zrobili,a ich do obory wypędzili , a potem na bryce do łagru w Bierozwiecze wieźli. Białogrzywa nie biegła kłusem jak onegdaj ino parskała. Dziedziczka potargane włosy i twarz łzami zalane miała,obok blady jak trup mąż,a enkawudzista furmanił, naganem niby batem machał i krzyczał śmierć burżujom, ziemia chłopom.,a siermiężni wtórowali " nasza,nasza i bimbrem częstowali.
Groźby ponure zwisły i -nad nami,ojciec sklepikarz,legionista
-na sybir w sam raz. Enkawudzista puki co na białogrzywej nas odwiedzał
,zabrał szablę ułańską ojcu, , matkę uwodził i szturchając naganem mówił ,gdyby nie twoja uroda -na białych niedźwiedziach byś zipała... Nie zdążył nas wykończyć, uciekł przed Niemcami. Białogrzywa zajeżdżona została. Dziwnym wzrokiem na Niemców spozierała.,a kiedy oni Ojca zrobili zarządcą majątku.
znów wigoru nabrała
, ,z zadartym ogonem niby baletnica szła. Bryczka kołysała uginając się na resorach., siedziałem w niej niby dziedzic , majątkiem wszak jego ojciec zarządzał . Rasowa sybiraczka, dziedzic piką bolszewika z niej strącił i sobie zabrał mówił ojciec.
Przed lagrem czerwonoarmistów esesman,na widok jej salutował , usiadł obok mnie i powiedział głaszcząc po głowie , takiego syna mam w Poznaniu.
Czerwonych diabłów, w bagno wrzucimy i klepał ojca po ramieniu. jechał z nami na targowisko
buty czerwonoarmistów,szynele chłopom dawał za masło,jajka. A za drutem kolczastym obok stłoczeni jak śledzie w beczce żydzi ,wyciągali ręce o chleb.
Jankiel z córką Rebeką , zobaczył nas
ratuj błagał ojca ,przed wojną dawał towary nam na kredyt.
Esesman wtedy rzekł w majątku mojego wuja niech pracuje Rebeka ,a Jankiel na szmelc!
Skulona jechała z nami , obok lagru wołali halit Juda, ojciec pokazał im zezwolenie,a ciężarówka z żydami mijała,zegnaj Rebeko wolał jej ojciec, za kilka minut rozległy serie z cekaemów .
Już po nich wyszeptała, trzęsła niby galareta i całą drogę chlipała. W majątku doszła do siebie . Księgowała ilość dostarczanej Niemcom żywności. Nie raz krewny dziedzica. przyjeżdżał na motocyklu po miód,bimber i uśmiechał jakoś dziwnie do Rebeki.
Zbrodnie bolszewików wołają o pomstę - mówił,. wstąpiłem do eses,by być ich katem.
Widziałem jak ich bił kolbą i spluwał na ich wykrzywione ze strachu twarze.-Siedziałem w bryce wtedy obok ojca, ,a on machał ku nam mauzerem i krzyczał"jak Kuba bogu,to bóg Kubie
I pamiętam Rebekę z tego majątku - wieczorami śpiewała psalmy , dłonie wznosiła ku niebu, długie włosy wiatr zakrywał twarz ,a na kasztanku galopował do niej w skórzanym płaszczu nieznany jeździć, z rozwartymi , ramionami. biegła ku nie mu
. Ojciec to tez zauważył i kazał mnie spać w stodole z robotnikami ,a oni rechotali,”akowiec Żydówkę kopci” . Co to znaczy kopci- pytałem sam siebie?.
Jak umknęła do lasu stajenny donos na ojca w gestapo złożył. ,a znajomy esesman rzekł
- donosiciele najgorszy gatunek i splunął na niego.,nie zastrzelę boś u dziadka mego pracował.
Nocą stajenny na grzbiecie białogrzywej węglem
napisał” śmierć zdrajcy Stalina,pętlę nam zostawił i uciekł do czerwonych partyzantów.
W 1944 roku znów bolszewicy wracali.Rozbite czołgi jeszcze tliły w okolicy ,a oni szukali ojca,
. Szpicle wskazywali kryjówki. .Umykał im w porę.,dzielić losu braci na Syberii nie zamierzała,ostatnią kulę sobie ,w razie czego sobie wpakuję,opiekuj eis wtedy rodziną.,-powiedział ,pod przebranym nazwiskiem, nim ociekł do Polski na stacji kolejowej pracował.
A oni szukali, pruli słomę, bagnetami w stodole, stogi siana.
Matce zadzierali spódnicę., grozili,lagrami jeśli nie wskaże kryjówki Krzyczałem "tato ratuj mamę".
.Sąsiedzi unikali Tylko dziadek który mieszkał nad rzeczką, odwiedzał . . Zbierajcie runo ,zima sroga ze wschodu idzie i głód wielki niesie. Była to ostatnia
złota jesień na ziemi rodzinnej ,wzburzona Brzezinka zrywała mosty,zalewała drogi ,wiatr strącał liście z drzew, prześladowcy ,nie mogli do jechać
W lasie dziedzica zbierałem runo .Baby tam nie zaglądały- duch jego z szablą paraduje-mówiły,a faktycznie w lochach- go umęczyli- ci sami,co gonią twego ojca.. wyjaśnił dziadek
Grzybów mnóstwo ,a same jakby wskakiwały do koszyka, dzięcioły dziobały korę, wiewiórki hasały po drzewach.,gdzie mój tata pytałem ich ?
.Mama suszyła i kwasiła runo, borówki wkładała w drewnianą beczułkę i mroziła na ganku. Zimą stawiała na stół .Z pieczonymi ziemniakami rozpływały w ustach, na języku czuło kawałeczek lata . Starczyć musi do końca zimy mówiła. Brat szukał ich w komórce,a znalazł zapalnik do granatu i włożył do pieca. Garnek z ziemniakami szlak trafił,konewka z mlekiem spadła z zydla, ze strachu dostał biegunki. . Wyleczył się borówkami.
Przewodniczącym rejonu,i aniołem stróżem naszym został partyzant stajenny . Przed wojną dziedzicom czapkowałem, za Fryca twojemu mężowi,a teraz wskazał naganem n a mnie -on będzie moim furmanem..To dzieciak,-ripostowała
ale ty dorosła, urodziwa odrzekł- Kto wie- jakie byłby nasz los,gdyby nie jej uroda?-woziłem tego drania od. wioski do wioski, zalegających z dostawą żywca,straszył Syberią, zaglądał do
zagród wdów, było ich mnóstwo, Pocieszał ich,a białogrzywa skubała trawkę u plota. Wracał czerwony na twarzy. Zawiadomienia ,że ktoś śmiercią bohatera zginął też-wręczał.
Pewnego razu, na chwiejnych nogach , cuchnący bimbrem wyszedł z biura, wlazł na woź i rozkazał " na przełaj do Tamary ,wio ,wio wykrzykiwał.,mieszkała na skraju lasu. Wszedł do niej ,słyszałem jego bełkot i szamotaninę . W rozdartej bluzce wyskoczyła boso przez okno i ociekała do lasu,gonił i wolał "stój,bo strzelam .
Nie mów o tym nikomu srogo. ostrzegał i dał pętko kiełbasy. Z czosnkiem wędzona od burżuja-wyjaśnił. Schowałem za pazuchę,przywoziłem do domu .Za Łapówki takie zwalniał od obowiązkowych dostaw
Pamiętam gminę Mosar. czekałam na niego ,a sybiraczka nieopodal pasieki parsknęła,pszczoły obsiadły ją nagle , wierzgała nogami ,stanęła dęba, przewróciła wóz i ul , pomknęła,z przednimi kolami,a roje mnie obsiadły W biurze gminy,krople walerianowe i kubeł zimnej wody uratowały od niechybnej śmierci.
.Na końcu wsi zatrzymano kobyłkę. Wiozła mnie chrapiąc ciężko,spuchła twarz,ze nic nie widziałem , słyszałem tylko jej chrapanie i czułem chybotanie wozu,wpadał w koleiny wyżłobione czołgami .Był to znajomy znak ze zbliżamy do domu. Na podwórku zarżała żałośnie, mama wybiegła przerażona pytała co się stało, nie widziałem jej i płakałem. Białogrzywa też chorowała.
Opuchły nozdrza i boki ,nie skubała trawki tylko wodę pila i n a mój widok głowę podnosiła. Zioła dziadka na nogi ją postawiły .Nie ma tego złego co na dobre nie wyjdzie-przestałaś furmanić- drewno z lasu prędzej wywieziesz,wykonasz plandostaw żywca,zbożna i wywózki drewna z lasu-a potem Polska -rzekł fornal
W łapciach, siermiędze opasanej w sznurkiem drewna z lasu wywoziłem ,,płozy skrzypiały ,kobyłka truchcikiem biegła, para buchała jej z modrzy,a grzbiet i boki pokrywały się szronem. ,dzwoneczki u jej szyi dzyń,dzyń,
Jodły jesiony i piękne brzózki piły drwali cięły , dzięcioły przerywały pukanie ,zające zmykały,tylko stary lis z oddali się gapił,wiedział jakby że na pohybel faszystów i ku chwale władzy radzieckiej to robimy .
Gałęzie rzucałem w ognisko,suszyłem siermięgę,a starzy,kulawi,,drwale układali belki. w saniach moich przez zamarznięte jezioro do stacji kolejowej je wiozłem. przed wojną ,pływałem po nim łódką,z ojcem w szałasie nad brzegiem spałem. Wspomnienia te ogrzewały nogi ,a gdzie on teraz zadawałem pytanie ?
Belki chybotały i pachniały żywicą,jechałem za kulawym sąsiadem!Zatrzymał nagle konia ,odwilż nadeszła,rąb przeręblę . rozkazał. Ryby się duszą Waliłem siekierą w lód ,aż woda trysnęła, wypłynęły szczupaki, rozwartymi paszczami. chwytały powietrze,
. ludzi w ,koszykach taskali je do domu.
Za ryby komisarz dopisał więcej kubików drewna,nie mów nikomu,bo zamiast do Polski pojedziesz na Sybir, .Późnym wieczorem wracałem do domu w Adamowicach Ciągnęła pokornie sanie,śnieg skrzypiał pod płozami. Szurała kopytami . - Wio, wołałem , boki spocone,pokryte szronem, pośliznęła,przewróciła ,dziadek wybawił nas z tarapatów.
. Ale zachorowała, krosty skore pokryły Ziołami dziadka leczyłem, wigoru nabrała i znów na mój widok rżała
Z kwitkami,litrem bimbru i skorkami na kożuch mama poszła do naszego anioła stróża. Łapówę przyjął kwitki obejrzał i powiedział,plan wykonał,zezwolenie do Polski podpisze,ale jeszcze mnie poproś nim z mężusiem spotkasz-mówił jej
pojedziemy do taty" braciszek wolał klepał siostrę po plecach i wolał tarto ,a ona beczała i wolała ,siusiu chcę.
...
.Słonce coraz cieplej świeciło,śnieg topniał,nad oknem zwisały długie sople lodu,a pod strzechą świergotały wróble. Strącałem śnieg z antonówki i nieopacznie złamałem gałązkę.,pojawiły się kropelki ,zamarzały w sopelki,w marcowym słońcu płonęły niebieskawym kolorem ,na języku słodycz ich czułem. to łzy wiosny,powiedziała mama
.Od drzewek ciągnęły długie cienie,z górki biegły strumyki,w dole łączyły się w jeden nurt spychając śnieżną miazgę do sadu. Na leszczynie pojawiły się brązowe ,podłużne paciorki,na wierzbie bazie pachniały nektarem. Ledwie widoczna zieleń okrywała wszystkie drzewa. Z każdym dniem sad jaśniejszy. ,brakuje tylko jaskółek i szpaków...,gniazdka pod strzechą i domek na gruszce czekają,a my musimy uciekać z stąd, wyszeptała jakoś smutno mama. Przebiśniegi wytężają główki ku niebu,ziemia budzi się z letargu,patrz synku ,nasz język tupta pod drzewkiem,wyciągnąłem ku niemu dłonie,lecz czmychnął w krzaki.
Była to ostatnia wiosna. Aldona ze smutkiem w oczach ,zabierz mnie do Polski prosiła,tam tatuś czeka.. grała na bałałajce,śpiewała o ptaszku ze złamanym skrzydełkiem, wieś wiedziała ,ze zginał nad Wisłą,a ona mówiła,ze czuję go w sercu. Zabierz ze sobą prosiła. miała dwanaście l wtedy z biało-czerwoną opaską na rękawie z odziałem krewniak dziedzica przyszedł,gdzie białogrzywa zapytał?
!
Dobytek na wozie już leżał, ,a on , odradzał wyjazd - .Zarośnięte twarze partyzantów, tchnęły jakąś smutną grozą. Siorbali łapczywie kapuśniak,. Gapiłem się na ich - broń , moja lepsza -
wyszeptałem
- masz broń-zapytała mama?
- Jak nie wyjedziemy , to walczyć trzeba- pocieszałem przerażoną rodzicielkę.
-, Trzecia wojna na włosku wisi - zabierając mój arsenał powiedział i pogłaskał n a pożegnanie białogrzywą.
Mama powiedziała wówczas: "Komu w drogę temu czas". Aldona , biegła u wozu ,niebieską chusteczką zegnała.
W Postawach Białogrzywa.,nie chciała wejść do wagonu, wierzgała nogami. Ludzie płakali , kruki krakały na drzewach złowieszczo. A mnie było zal Aldony,żoną chciała być
Pociąg na bocznicy stał jeszcze długo, mknęły transporty z Germanii -fabryki wywożą- mówili ludzie. Takich bocznic-nim
szerokie tory kończyły bieg było multum. Pod niebem, czekaliśmy na polski transport kilka dni. Białogrzywą w rzeczce poiłem ,ugrzęzła w torfowisku,ledwie wykaraskała
.Na ziemi poniemieckiej,oborę lepszą niż nasz dom za bugiem miała,ale sil już do pracy ubywało,kosiarkę ledwie ciągnęła,ciężko z legowiska się podnosiła. Pewnego ranka
szla na łąkę,ale obejrzała się n a mnie, jej wielkie oczy. smutkiem płakały, szurała kopytami powoli ,minęła łąkę i szla dalej,gdzie kąkole , zasieki i okopy, tam rozległ się potworny huk ,w kuchni szyby wyleciały co się stola pytała trwożnie mama. dygotałem jęcząc,co się stało?Białogrzywa uleciała do nieba ,moja białogrzywa. Jej historia-to historia mojego dzieciństwa i droga przez mękę do Polski
Zbiegi okoliczności nie istnieją, jest coś, co rządzi przypadkiem, wszystko ma jakąś przyczynę .Uczulenie na jad pszczeli pozostał do dziś,a tam gdzie kiedyś wlocie dziedzica kurhany i no wspomnienia jak żywe ostały..
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz